HoloNet.pl

forum fanów Star Wars
Teraz jest N 17 gru 2017, 01:31

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 184 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 13  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: Śr 30 lip 2003, 17:08 
Offline
Yuuzhan Warrior
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 22:10
Posty: 400
Lokalizacja: Siedlce - Belkadan
Odgrzałem ten temat z holo "classic" bo uważam że dobrze jest podyskutować omawiając naszą twórczość więc wklejajcie fan fici !!!

_________________
Supreme Commander Damarcus D'ann Marr
<b><u>Yuuzhan Vong</u> PRAETORITE VONG</b>

RSV/CPT Damarcus/M/FRG Phoenix/Reserves

"I want those bastards deader than a meat-sauce covered Ewok with a chainsaw up his ass in a pit full of god damned starving Rancors"


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: N 03 sie 2003, 16:47 
Offline
Yuuzhan Warrior
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 16:48
Posty: 411
Lokalizacja: Baanu Sosnowiec - polskie Yuuzhan'tar
Na dobry początek nowego holo fragment 12 rozdziału... wprawdzie drugie tyle jest jeszcze przed tym fragmentem, no ale niedopracowane, no i niedługo będzie gotowe.... :D :arrow:

DARK EMPIRE:Shadows of Jedi

Rozdział 12 (fragment 2)

Poranek w Cytadeli wyglądał zupełnie tak samo, jak pozostałe części dnia. Przez ponure korytarze siedziby Imperatora na okrągło przechadzali się szturmowcy, gwardziści i oficerowie imperialnej armii.
Nietrudno było zauważyć, że wszystkie te istoty to mężczyźni.
Poza wyjątkowymi sytuacjami, wstęp do Cytadeli miała tylko jedna kobieta.
Odziana w czerń długowłosa blondynka wkroczyła śmiało do sali tronowej. Poza nią i Palpatine’em, w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze czwórka gwardzistów: dwóch przy drzwiach, a dwóch po obu stronach tronu. Odziane w karmazynowe stroje posępne postacie zdawały się być posągami - uosobieniem wierności wobec Imperium i jego władcy.
- Panie - szepnęła Sandra Vidaan. Dziewczyna przyklękła na jedno kolano, pochylając głowę w pokornym ukłonie.
- Powstań. Mam z tobą parę spraw do omówienia.
- Słucham - w tonie krótkiej wypowiedzi blondynki nie było śladu pytania.
- I dobrze, że słuchasz - na twarzy Palpatine’a pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu. - Nadszedł sygnał od Noma Anora.
- Tak szybko? - spytała dziewczyna bez większego entuzjazmu.
- Owszem - Imperator przerwał na chwilę. - Boba Fett zjawił się na Nar Shaddaa, wraz z dwoma innymi łowcami nagród.
Sandra miała ochotę, by zadać pytanie „I co z tego?”. Powstrzymała się jednak, po pierwsze dlatego, iż okazałaby w ten sposób brak szacunku władcy Imperium - a kara za brak szacunku była równa karze za zdradę.
Po drugie - czuła, że Palpatine jeszcze nie skończył.
- Nom Anor mówił, że miał z tą dwójką rozmowę... zdaje się na temat jakiegoś starego długu... kiedy do ich spotkania przyłączył się Fett.
- Do czego zmierzasz, panie? - niecierpliwość Sandry w końcu dała o sobie znać.
Palpatine zgromił ją wzrokiem.
- Z danych, które otrzymałem od Anora, wynika, iż ten duet to Zuckuss i Daol Neberrie.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia, zmieszanego z uczuciem ulgi, malującym się w sercu Sandry. Dziewczyna poczuła, jak najskrytsze, nie do końca zdefiniowane uczucie, które żywiła do mž krótkiej wypowiedzi blondynki nie było śladu pytania.
- I dobrze, że słuchasz - na twarzy Palpatine’a pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu. - Nadszedł sygnał od Noma Anora.
- Tak szybko? - spytała dziewczyna bez większego entuzjazmu.
- Owszem - Imperator przerwał na chwilę. - Boba Fett zjawił się na Nar Shaddaa, wraz z dwoma innymi łowcami nagród.
Sandra miała ochotę, by zadać pytanie „I co z tego?”. Powstrzymała się jednak, po pierwsze dlatego, iż okazałaby w ten sposób brak szacunku władcy Imperium - a kara za brak szacunku była równa karze za zdradę.
Po drugie - czuła, że Palpatine jeszcze nie skończył.
- Nom Anor mówił, że miał z tą dwójką rozmowę... zdaje się na temat jakiegoś starego długu... kiedy do ich spotkania przyłączył się Fett.
- Do czego zmierzasz, panie? - niecierpliwość Sandry w końcu dała o sobie znać.
Palpatine zgromił ją wzrokiem.
- Z danych, które otrzymałem od Anora, wynika, iż ten duet to Zuckuss i Daol Neberrie.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia, zmieszanego z uczuciem ulgi, malującym się w sercu Sandry. Dziewczyna poczuła, jak najskrytsze, nie do końca zdefiniowane uczucie, które żywiła do młodego łowcy, rozbudza się gdzieś w jej wnętrzu...
Przez krótką chwilę Sandra zapomniała, gdzie się znajduje. Uświadomienie sobie faktu, że pod samym nosem Imperatora daje upust swoim emocjom, pozwoliło jej wrócić do zwykłego stanu umysłowego. Zbyt późno jednak.
Palpatine zaśmiał się, nie mogąc powstrzymać złośliwej satysfakcji.
- Sądziłaś, że zdołasz ukryć coś takiego przede mną? Wierz mi: spoufalanie się ze zdrajcami, jakieś durne miłości...
„Miłości?”...
- ...prędzej czy później zawsze doprowadzają do błędu. Przestajesz myśleć logicznie... przegrywasz.
- Ależ, panie... - dziewczyna ponownie przyklękła, podświadomie czując, że taka pozycja może wywołać uczucie litości u władcy Imperium. Może nie złapie ją za krtań ręką Ciemnej Strony...
- Milcz! - syknął Imperator. - I nie rób z siebie idiotki. Ktoś, kto sądzi, że stać mnie jeszcze na litość, nie zasługuje na inne określenie.
- Rozumiem - Sandra służalczo przytaknęła.
Palpatine pokręcił powoli głową.
- Nic nie rozumiesz. Powstań! Twoja postawa okrywa hańbą tytuł Ręki Imperatora - Imperator zrobił krótką przerwę. - I uświadom sobie wreszcie, 3odego łowcy, rozbudza się gdzieś w jej wnętrzu...
Przez krótką chwilę Sandra zapomniała, gdzie się znajduje. Uświadomienie sobie faktu, że pod samym nosem Imperatora daje upust swoim emocjom, pozwoliło jej wrócić do zwykłego stanu umysłowego. Zbyt późno jednak.
Palpatine zaśmiał się, nie mogąc powstrzymać złośliwej satysfakcji.
- Sądziłaś, że zdołasz ukryć coś takiego przede mną? Wierz mi: spoufalanie się ze zdrajcami, jakieś durne miłości...
„Miłości?”...
- ...prędzej czy później zawsze doprowadzają do błędu. Przestajesz myśleć logicznie... przegrywasz.
- Ależ, panie... - dziewczyna ponownie przyklękła, podświadomie czując, że taka pozycja może wywołać uczucie litości u władcy Imperium. Może nie złapie ją za krtań ręką Ciemnej Strony...
- Milcz! - syknął Imperator. - I nie rób z siebie idiotki. Ktoś, kto sądzi, że stać mnie jeszcze na litość, nie zasługuje na inne określenie.
- Rozumiem - Sandra służalczo przytaknęła.
Palpatine pokręcił powoli głową.
- Nic nie rozumiesz. Powstań! Twoja postawa okrywa hańbą tytuł Ręki Imperatora - Imperator zrobił krótką przerwę. - I uświadom sobie wreszcie, że gdybym chciał cię zabić, nie bawiłbym się w zbędne pułapki.
Sandra odetchnęła z ulgą, powstając z klęczek.
- Wybaczam ci, ponieważ nawet tak dobrze wyszkolonej jak ty osobie może się przytrafić pewien błąd. Szczególnie, kiedy jest się w takim wieku... Co nie oznacza, że będę tolerował dalsze tego typu zachowania. Masz z tym skończyć!
- Rozumiem - szepnęła nieśmiało dziewczyna.
Rysy Palpatine’a złagodniały.
- Taak. Wierzę, że rozumiesz. I chyba wiem, jak możesz odkupić swe winy. Dostaniesz kolejną misję.
- Jaką, mój panie?
Twarz Imperatora ozdobił niezwykle chłodny uśmiech.
- O szczegółach... porozmawiamy później.

_________________
I walk alone in the darkness of the city
Got no place to call home
I might be dyin'
But you can't hear a sound
'Cause midnight rain is comin' down
I'm just a stranger, a stranger in this town...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Wt 05 sie 2003, 07:38 
Offline
Rogue Leader
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 17:17
Posty: 200
Lokalizacja: Biała Podlaska / Lublin
no tak, wiedzialem ze pierwszy ff bedzie Rickiego wiedzialem :D

_________________
Cztery słonie, różowe słonie...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Wt 05 sie 2003, 17:57 
Offline
Yuuzhan Warrior
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 16:48
Posty: 411
Lokalizacja: Baanu Sosnowiec - polskie Yuuzhan'tar
cieszę się że wiedziałeś. A co o nim sądzisz?

_________________
I walk alone in the darkness of the city
Got no place to call home
I might be dyin'
But you can't hear a sound
'Cause midnight rain is comin' down
I'm just a stranger, a stranger in this town...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 sie 2003, 07:53 
Offline
Rogue Leader
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 17:17
Posty: 200
Lokalizacja: Biała Podlaska / Lublin
nie czytałem :D wysiadłem po chyba 6 linijkach
wystawie ci opinie na podstawie tego co przeczytałem ;) czytac sie da, nawet fajne ale.... ale.... jakby ci to powiedziec.... cos jest nie tak... sposob tworzenia przez ciebie dialogow troszke jest zbyt..... prosty... napewno mnie rozumiesz...

pozdr. :)

_________________
Cztery słonie, różowe słonie...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 sie 2003, 13:21 
Offline
Yuuzhan Warrior
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 22:10
Posty: 400
Lokalizacja: Siedlce - Belkadan
Ricky mogę mieć prośbę wiesz nie zawsze śledziłem twoje f-fice :roll: i wielu ludzi z nowego holo nie będzie wiedzieć możesz w kilku postach powklejać tą "książkę" ??

_________________
Supreme Commander Damarcus D'ann Marr
<b><u>Yuuzhan Vong</u> PRAETORITE VONG</b>

RSV/CPT Damarcus/M/FRG Phoenix/Reserves

"I want those bastards deader than a meat-sauce covered Ewok with a chainsaw up his ass in a pit full of god damned starving Rancors"


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: N 10 sie 2003, 15:59 
Offline
Yuuzhan Warrior
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 16:48
Posty: 411
Lokalizacja: Baanu Sosnowiec - polskie Yuuzhan'tar
jasne...

na razie rozdiały 1 i 2 w wersji z kilkoma poprawkami (wraz ze śmierćią starego holo umarły pierwotne wersje)

DARK EMPIRE: SHADOWS OF JEDI

R O Z D Z I A Ł 1

Nar Shaddaa

Nar Shaddaa, księżyc huttańskiej planety Nal Hutta, od wielu wieków można było opisać tymi samymi słowami - parszywy, śmierdzący, brudny. Doprawdy, na „księżycu przemytników”, jak go nazywano z uwagi na ciągłą obecność w tym miejscu tysięcy szmuglerów i innych typków spod ciemnej gwiazdy, niewiele było miejsc, których nie można było określić w ten sposób.
O hangarze naprawczym Shuga Ninxa, który na pierwszy rzut oka wcale nie różnił się od reszty księżyca, dało się mimo wszystko powiedzieć tylko, że jest brudny. Powietrze natomiast było tu całkiem znośne; na upartego można się było przyczepić tylko do lekkiej woni różnego rodzaju olejów i smarów. A już na pewno nikt nie mógł nazwać tego miejsca parszywym. Obecnie, zresztą właściwie tak było zawsze, hangar wypełniony był przeróżnymi typami statków - myśliwcami, frachtowcami, znalazła się tu nawet lekka kanonierka. Dookoła nich krzątała się cały czas chmara mechaników i techników. Uwagę Ninxa absorbował jednak w tej chwili tylko jeden - zmodyfikowany koreliański YT-2000, „Devastator”, należący do postaci, która przyglądała się nowemu, ale jeszcze nie dokończonemu statkowi Shuga, „Starlight Intruderowi”. Był to młody, nieźle zbudowany mężczyzna o dosyć długich włosach w kolorze ciemny blond i niebieskich, wiecznie rozmarzonych oczach, które niejedno już chyba widziały. Łowca nagród, Daol Neberrie.
- I jak ci się podoba ten statek? - głos Salli Zend, pomocnicy Ninxa, dobiegał z wnętrza „Intrudera”.
- Jak dla mnie to wygląda jak stara, poobijana puszka z karmą dla Hutta.
- Czy ty zawsze musisz być tak cholernie szczery?
- No przecież żartowałem. Fakt, piękny to on nie jest, ale ważne jak będzie latał, no nie? - odpowiedział z uśmiechem łowca, po czym zwrócił się do Shuga - Długo jeszcze będziesz naprawiał ten hipernapęd?
- Chwilę to potrwa. Co ty sobie myślisz, że wykłada się zepsuty, wkłada nowy i wszystko zrobione? Trzeba trochę przy tym pomajstrować - jakby na potwierdzenie swych słów Ninx zaczął kręci%E, znalazła się tu nawet lekka kanonierka. Dookoła nich krzątała się cały czas chmara mechaników i techników. Uwagę Ninxa absorbował jednak w tej chwili tylko jeden - zmodyfikowany koreliański YT-2000, „Devastator”, należący do postaci, która przyglądała się nowemu, ale jeszcze nie dokończonemu statkowi Shuga, „Starlight Intruderowi”. Był to młody, nieźle zbudowany mężczyzna o dosyć długich włosach w kolorze ciemny blond i niebieskich, wiecznie rozmarzonych oczach, które niejedno już chyba widziały. Łowca nagród, Daol Neberrie.
- I jak ci się podoba ten statek? - głos Salli Zend, pomocnicy Ninxa, dobiegał z wnętrza „Intrudera”.
- Jak dla mnie to wygląda jak stara, poobijana puszka z karmą dla Hutta.
- Czy ty zawsze musisz być tak cholernie szczery?
- No przecież żartowałem. Fakt, piękny to on nie jest, ale ważne jak będzie latał, no nie? - odpowiedział z uśmiechem łowca, po czym zwrócił się do Shuga - Długo jeszcze będziesz naprawiał ten hipernapęd?
- Chwilę to potrwa. Co ty sobie myślisz, że wykłada się zepsuty, wkłada nowy i wszystko zrobione? Trzeba trochę przy tym pomajstrować - jakby na potwierdzenie swych słów Ninx zaczął kręcić kluczem hydraulicznym.
- Dobra, dobra. Muszę się ulotnić.


Dwa poziomy miasta niżej, w sektorze koreliańskim, Daol Neberrie wszedł do dobrze znanej przemytnikom i łowcom nagród spelunki, „Meltdown Cafe”. Należała ona do byłego przemytnika, Mikka Lesneya, który paręnaście lat wcześniej postanowił się ustatkować i za zarobione na przemycie pieniądze kupił lokal. Nie był on luksusową restauracją, lecz jedynie miejscem, gdzie dało się wypić, a nawet zjeść coś, co nie przypominało w smaku nerfiego łajna.
Było to wszak jedno z tych miejsc, gdzie roiło się od podejrzanych typków, osobników przeróżnych gatunków i parających się różnymi zajęciami. Neberrie zauważył innego łowcę, Zuckussa, pochodzącego z planety Gand, i skinął mu głową. Gandyjski najemnik odpowiedział przyjaznym salutem.
- Co podać? - spytał krępy barman, gdy łowca zbliżył się do lady.
- Koreliańską brandy.
Szklanka trzymana przez gorylowatego barmana napełniła się do połowy złocistym drinkiem.
- Dwa kredyty.
Na blacie pojawiła się pięciokredytówka rzucona przez Daola.
- Reszty nie trzeba - szepnął.
Łowca szybkim ruchem zabrał szklankę ze stołu. Klucząc 6 kluczem hydraulicznym.
- Dobra, dobra. Muszę się ulotnić.


Dwa poziomy miasta niżej, w sektorze koreliańskim, Daol Neberrie wszedł do dobrze znanej przemytnikom i łowcom nagród spelunki, „Meltdown Cafe”. Należała ona do byłego przemytnika, Mikka Lesneya, który paręnaście lat wcześniej postanowił się ustatkować i za zarobione na przemycie pieniądze kupił lokal. Nie był on luksusową restauracją, lecz jedynie miejscem, gdzie dało się wypić, a nawet zjeść coś, co nie przypominało w smaku nerfiego łajna.
Było to wszak jedno z tych miejsc, gdzie roiło się od podejrzanych typków, osobników przeróżnych gatunków i parających się różnymi zajęciami. Neberrie zauważył innego łowcę, Zuckussa, pochodzącego z planety Gand, i skinął mu głową. Gandyjski najemnik odpowiedział przyjaznym salutem.
- Co podać? - spytał krępy barman, gdy łowca zbliżył się do lady.
- Koreliańską brandy.
Szklanka trzymana przez gorylowatego barmana napełniła się do połowy złocistym drinkiem.
- Dwa kredyty.
Na blacie pojawiła się pięciokredytówka rzucona przez Daola.
- Reszty nie trzeba - szepnął.
Łowca szybkim ruchem zabrał szklankę ze stołu. Klucząc przez kilka minut po lokalu znalazł wreszcie wolny stolik. Przysiadł na krzesełku i zaczął pić drinka, przysłuchując się dźwiękom muzyki jizzowego zespołu, którego kawałki w porównaniu z tym, co na Tatooine grali niegdyś Modal Nodes czy Max Rebo Band, wydawały się zwyczajnym amatorstwem.


Minęła godzina i wysłannik Czarnego Słońca, z którym miał spotkać się łowca, wciąż się nie zjawiał. Daol sprawdził, czy nadal do jego pasa przypięte są dwa znajome ciężary: blaster i starannie ukryty miecz świetlny. Przejechał dłonią po rękojeści miecza i w umyśle napłynęły mu wspomnienia dawnych lat... Pochodził z małej, prowincjonalnej planety Naboo, gdzie mieszkał do trzynastego roku życia, kiedy to imperialni szturmowcy zamordowali jego rodzinę. Wtedy właśnie, tuż przed bitwą o Endor, uciekł z rodzimego świata. Niedługo później na swej drodze spotkał mistrza Jedi, który odkrył w nim talent do posługiwania się Mocą i zaczął szkolić na Jedi. Niestety, z planów zostania rycerzem nic nie wyszło. On i jego nauczyciel musieli latać po galaktyce uciekając przed zabójcami Jedi. Jednak mistrz został w końcu zamordowany przez Wielkiego Inkwizytora Tremayne’a, mrocznego Jedi na usługach Palpatine’a. Daol przeżył tylko dlategoprzez kilka minut po lokalu znalazł wreszcie wolny stolik. Przysiadł na krzesełku i zaczął pić drinka, przysłuchując się dźwiękom muzyki jizzowego zespołu, którego kawałki w porównaniu z tym, co na Tatooine grali niegdyś Modal Nodes czy Max Rebo Band, wydawały się zwyczajnym amatorstwem.


Minęła godzina i wysłannik Czarnego Słońca, z którym miał spotkać się łowca, wciąż się nie zjawiał. Daol sprawdził, czy nadal do jego pasa przypięte są dwa znajome ciężary: blaster i starannie ukryty miecz świetlny. Przejechał dłonią po rękojeści miecza i w umyśle napłynęły mu wspomnienia dawnych lat... Pochodził z małej, prowincjonalnej planety Naboo, gdzie mieszkał do trzynastego roku życia, kiedy to imperialni szturmowcy zamordowali jego rodzinę. Wtedy właśnie, tuż przed bitwą o Endor, uciekł z rodzimego świata. Niedługo później na swej drodze spotkał mistrza Jedi, który odkrył w nim talent do posługiwania się Mocą i zaczął szkolić na Jedi. Niestety, z planów zostania rycerzem nic nie wyszło. On i jego nauczyciel musieli latać po galaktyce uciekając przed zabójcami Jedi. Jednak mistrz został w końcu zamordowany przez Wielkiego Inkwizytora Tremayne’a, mrocznego Jedi na usługach Palpatine’a. Daol przeżył tylko dlatego, iż Tremayne dopadł mistrza w mieście, a chłopak przebywał w tym czasie na statku. Zdołał uciec, bo mistrz przesłał mu przed śmiercią ostrzeżenie. Później, by nie zostać zabitym, stał się łowcą nagród, mając do tego odpowiednie predyspozycje. Był szybki, zwinny i niegłupi, a do tego znał przecież podstawowe umiejętności Jedi. Doprawdy, była to prawdziwie zabójcza mieszanka. Dostał się pod opiekę doświadczonego łowcy Jovii’ego Rendara, jednak ten także wkrótce zginął i piętnastoletni wtedy Daol musiał zacząć pracować wyłącznie na własne konto...
Przerwał rozmyślania o własnej przeszłości, gdy do jego stolika podszedł wysoki, dosyć masywnie zbudowany człowiek w czarnym stroju. Było w nim coś nietypowego, coś, co nie bardzo pasowało Daolowi do powszechnie przyjętych norm. Neberrie próbował wybadać go poprzez Moc, ale nie wyczuł nic. Zupełnie tak, jakby Cufa tu nie było. „Muszę na niego uważać” - pomyślał Daol.
- Sarlacc zeżre wszystko - łowca odetchnął z ulgą. To na pewno była osoba, z którą miał się spotkać, gdyż podała umówione hasło. Zauważył jednak, że facet mówi z raczej niespotykanym akcentem.
- Nawet mandaloriańska zbroja przed nim nie chroni. Jestem D, iż Tremayne dopadł mistrza w mieście, a chłopak przebywał w tym czasie na statku. Zdołał uciec, bo mistrz przesłał mu przed śmiercią ostrzeżenie. Później, by nie zostać zabitym, stał się łowcą nagród, mając do tego odpowiednie predyspozycje. Był szybki, zwinny i niegłupi, a do tego znał przecież podstawowe umiejętności Jedi. Doprawdy, była to prawdziwie zabójcza mieszanka. Dostał się pod opiekę doświadczonego łowcy Jovii’ego Rendara, jednak ten także wkrótce zginął i piętnastoletni wtedy Daol musiał zacząć pracować wyłącznie na własne konto...
Przerwał rozmyślania o własnej przeszłości, gdy do jego stolika podszedł wysoki, dosyć masywnie zbudowany człowiek w czarnym stroju. Było w nim coś nietypowego, coś, co nie bardzo pasowało Daolowi do powszechnie przyjętych norm. Neberrie próbował wybadać go poprzez Moc, ale nie wyczuł nic. Zupełnie tak, jakby Cufa tu nie było. „Muszę na niego uważać” - pomyślał Daol.
- Sarlacc zeżre wszystko - łowca odetchnął z ulgą. To na pewno była osoba, z którą miał się spotkać, gdyż podała umówione hasło. Zauważył jednak, że facet mówi z raczej niespotykanym akcentem.
- Nawet mandaloriańska zbroja przed nim nie chroni. Jestem Daol Neberrie.
- Wiem. Ja nazywam się Pedric Cuf. Pozwolisz, że przejdę od razu do rzeczy? - Cuf odczekał chwilę potrzebną do tego, by Neberrie skinął potwierdzająco głową. - Mamy dla ciebie propozycję, łowco - rozmówca zdjął kaptur. Przypatrując mu się, Daol zauważył, że jedno z jego oczu było jakby przedzielone na pół. Wyglądało dziwnie, jak nie od kompletu... tak, jakby droidowi protokolarnemu zamontować część od astromecha. - Chcemy, byś złapał dla nas człowieka nazwiskiem Sedriss. Jest wysoko postawionym urzędasem imperialnym i ostatnio bardzo przeszkadzał nam w handlu w Światach Jądra.
- W handlu czym?
- Aaa... krajowymi wyrobami... z Ryloth... z Kessel.
Łowca uśmiechnął się. Rzecz jasna, Pedricowi chodziło o znane środki odurzające, ryll i błyszczostym.
- Ile?
- Czego?
- Nagroda.
- Aaa... - wysłannik zaczynał się powtarzać. - Pięćdziesiąt tysięcy kredytów.
Daol Neberrie pochylił się nad stołem.
- Za taką cenę to ja wam mogę najwyżej nerfa złapać. Stówa, połowa z góry - wstał, odsuwając od siebie krzesło, i spojrzał na Cufa z góry. - Inaczej... poszukacie sobie innego łowcy.
- Zaczekaj.
Daol ponownie zajął miejsce przy stoliku.
aol Neberrie.
- Wiem. Ja nazywam się Pedric Cuf. Pozwolisz, że przejdę od razu do rzeczy? - Cuf odczekał chwilę potrzebną do tego, by Neberrie skinął potwierdzająco głową. - Mamy dla ciebie propozycję, łowco - rozmówca zdjął kaptur. Przypatrując mu się, Daol zauważył, że jedno z jego oczu było jakby przedzielone na pół. Wyglądało dziwnie, jak nie od kompletu... tak, jakby droidowi protokolarnemu zamontować część od astromecha. - Chcemy, byś złapał dla nas człowieka nazwiskiem Sedriss. Jest wysoko postawionym urzędasem imperialnym i ostatnio bardzo przeszkadzał nam w handlu w Światach Jądra.
- W handlu czym?
- Aaa... krajowymi wyrobami... z Ryloth... z Kessel.
Łowca uśmiechnął się. Rzecz jasna, Pedricowi chodziło o znane środki odurzające, ryll i błyszczostym.
- Ile?
- Czego?
- Nagroda.
- Aaa... - wysłannik zaczynał się powtarzać. - Pięćdziesiąt tysięcy kredytów.
Daol Neberrie pochylił się nad stołem.
- Za taką cenę to ja wam mogę najwyżej nerfa złapać. Stówa, połowa z góry - wstał, odsuwając od siebie krzesło, i spojrzał na Cufa z góry. - Inaczej... poszukacie sobie innego łowcy.
- Zaczekaj.
Daol ponownie zajął miejsce przy stoliku.
- Cenisz się jak Boba Fett - uśmiechnął się Cuf. - Ale Fett jest ostatnio nieuchwytny. Dlatego Czarne Słońce chce, bym wynajął ciebie. Tylko, żeby móc zgodzić się na sto tysięcy, muszę się skonsultować z przełożonymi.
- Byle szybko.
Łowca skrzyżował ręce na piersi, przyglądając się Cufowi, który oddalając się w stronę wyjścia wyciągnął komunikator.







R O Z D Z I A Ł 2

Nar Shaddaa

Pedric Cuf po chwili wrócił do stolika. Mina przestępcy świadczyła jednak o niezdecydowaniu jego przełożonych.
- Możemy ci dać sto tysięcy... - Neberrie uśmiechnął się lekko. Gdyby udało mu się wykonać misję, dostałby dziesięć razy więcej, niż obecnie miał na koncie. - ...ale jako zaliczkę dostaniesz tylko piętnaście, łowco. Za duże ryzyko.
- Jakie ryzyko? - Daol zaczął coś podejrzewać. To chyba nie będzie akcja polegająca na wyciągnięciu byle urzędasa z jego przytulnego gabineciku.
- Nooo... wiesz... to wysoko postawiony oficer... nie myśl, że nie będzie przy nim szturmowców - Cuf mówił te słowa spokojnie, jakby chodziło o kilka robaków, których ugryzienie może wywołać lekkie swędzenie skóry. - Cenisz się jak Boba Fett - uśmiechnął się Cuf. - Ale Fett jest ostatnio nieuchwytny. Dlatego Czarne Słońce chce, bym wynajął ciebie. Tylko, żeby móc zgodzić się na sto tysięcy, muszę się skonsultować z przełożonymi.
- Byle szybko.
Łowca skrzyżował ręce na piersi, przyglądając się Cufowi, który oddalając się w stronę wyjścia wyciągnął komunikator.







R O Z D Z I A Ł 2

Nar Shaddaa

Pedric Cuf po chwili wrócił do stolika. Mina przestępcy świadczyła jednak o niezdecydowaniu jego przełożonych.
- Możemy ci dać sto tysięcy... - Neberrie uśmiechnął się lekko. Gdyby udało mu się wykonać misję, dostałby dziesięć razy więcej, niż obecnie miał na koncie. - ...ale jako zaliczkę dostaniesz tylko piętnaście, łowco. Za duże ryzyko.
- Jakie ryzyko? - Daol zaczął coś podejrzewać. To chyba nie będzie akcja polegająca na wyciągnięciu byle urzędasa z jego przytulnego gabineciku.
- Nooo... wiesz... to wysoko postawiony oficer... nie myśl, że nie będzie przy nim szturmowców - Cuf mówił te słowa spokojnie, jakby chodziło o kilka robaków, których ugryzienie może wywołać lekkie swędzenie skóry.
- W porządku. A ile mam czasu, by wykonać zadanie?
- Czas nieograniczony, ale zależy nam, byś zrobił to jak najszybciej... wiesz, nasi klienci się niecierpliwią...
- Jasne. Noo... to ja się zmywam.
Łowca pożegnał się z Cufem, wstał i ruszył do wyjścia. Po drodze minął kilku barczystych typków, którzy właśnie wchodzili do kantyny. Skierował się z powrotem ku hangarowi Shuga. Po kilku minutach skręcił w jeden z zaułków, będących skrótem do bazy mechanika. Niespodziewanie usłyszał słowa adresowane do niego:
- Ty. Młody. Podejdź no tu.
Łowca rozejrzał się i zauważył postać, która wypowiadała te słowa. Była nią stara, zgarbiona kobieta siedząca na ziemi.
- Przepraszam. Eee... nie mam drobnych - odparł wymijająco.
- Nie, chłopcze. Vima wie - jej spokojny głos wyrażał ledwo zauważalne rozbawienie.
- Wiesz, że nie mam forsy? To po co mnie zatrzymujesz? - w głosie Daola dało się wyczuć irytację.
- Nie o to Vimie chodzi. Vima wie... Vima czuje, kim jesteś...
Daol sięgnął po Moc i wreszcie zrozumiał: ta babka też umiała się nią posługiwać.
- Czego ode mnie chcesz? - przykucnął, by jego oczy znalazły się na poziomie twarzy Vimy.
- Powie
- W porządku. A ile mam czasu, by wykonać zadanie?
- Czas nieograniczony, ale zależy nam, byś zrobił to jak najszybciej... wiesz, nasi klienci się niecierpliwią...
- Jasne. Noo... to ja się zmywam.
Łowca pożegnał się z Cufem, wstał i ruszył do wyjścia. Po drodze minął kilku barczystych typków, którzy właśnie wchodzili do kantyny. Skierował się z powrotem ku hangarowi Shuga. Po kilku minutach skręcił w jeden z zaułków, będących skrótem do bazy mechanika. Niespodziewanie usłyszał słowa adresowane do niego:
- Ty. Młody. Podejdź no tu.
Łowca rozejrzał się i zauważył postać, która wypowiadała te słowa. Była nią stara, zgarbiona kobieta siedząca na ziemi.
- Przepraszam. Eee... nie mam drobnych - odparł wymijająco.
- Nie, chłopcze. Vima wie - jej spokojny głos wyrażał ledwo zauważalne rozbawienie.
- Wiesz, że nie mam forsy? To po co mnie zatrzymujesz? - w głosie Daola dało się wyczuć irytację.
- Nie o to Vimie chodzi. Vima wie... Vima czuje, kim jesteś...
Daol sięgnął po Moc i wreszcie zrozumiał: ta babka też umiała się nią posługiwać.
- Czego ode mnie chcesz? - przykucnął, by jego oczy znalazły się na poziomie twarzy Vimy.
- Powiedzieć ci o czymś... takich jak ty... uzdolnionych do władania Mocą... jest wielu... ale boicie się zjednoczyć... boicie się razem stanąć przeciwko ciemnościom.
Daol pokręcił głową.
- Ej... o czym ty bredzisz? Zaszyłaś się na Nar Shaddaa... i chyba od dobrych siedmiu lat nie oglądałaś Holowiadomości, babciu... Palpatine, Vader i inni Mroczni Jedi dawno nie żyją...
- Cicho bądź - przerwała mu. - Ciemności powracają... potężniejsze niż kiedykolwiek... - Vima zamknęła oczy, jakby szukając czegoś w sobie... lub w Mocy, Daol nie do końca wiedział, która wersja jest poprawna. - Spotkasz kogoś, kto może okazać się przydatny... kogoś, kto być może będzie kiedyś twoją ostatnią deską ratunku... lecz przyjdzie potem czas, że ty będziesz musiał potem tej osobie pomóc wyrwać się z objęć mroku...
- Przecież ja nawet nie jestem Jedi... a skoro jesteś taka mądra, to czemu sama nie staniesz do walki?
- Vima jest za stara... i nie jest godna nazywać siebie Jedi... a ty... jesteś nim, ale musisz w to uwierzyć. Wszystko sprowadza się do uwierzenia, chłopcze.
- Dobra, niech będzie na twoje... o co chodzi z tymi ciemnościami? I gdzie mam szukać tej osoby?
W tym momencie babka skierowała wzrok ku czemuś, co znajdowadzieć ci o czymś... takich jak ty... uzdolnionych do władania Mocą... jest wielu... ale boicie się zjednoczyć... boicie się razem stanąć przeciwko ciemnościom.
Daol pokręcił głową.
- Ej... o czym ty bredzisz? Zaszyłaś się na Nar Shaddaa... i chyba od dobrych siedmiu lat nie oglądałaś Holowiadomości, babciu... Palpatine, Vader i inni Mroczni Jedi dawno nie żyją...
- Cicho bądź - przerwała mu. - Ciemności powracają... potężniejsze niż kiedykolwiek... - Vima zamknęła oczy, jakby szukając czegoś w sobie... lub w Mocy, Daol nie do końca wiedział, która wersja jest poprawna. - Spotkasz kogoś, kto może okazać się przydatny... kogoś, kto być może będzie kiedyś twoją ostatnią deską ratunku... lecz przyjdzie potem czas, że ty będziesz musiał potem tej osobie pomóc wyrwać się z objęć mroku...
- Przecież ja nawet nie jestem Jedi... a skoro jesteś taka mądra, to czemu sama nie staniesz do walki?
- Vima jest za stara... i nie jest godna nazywać siebie Jedi... a ty... jesteś nim, ale musisz w to uwierzyć. Wszystko sprowadza się do uwierzenia, chłopcze.
- Dobra, niech będzie na twoje... o co chodzi z tymi ciemnościami? I gdzie mam szukać tej osoby?
W tym momencie babka skierowała wzrok ku czemuś, co znajdowało się za plecami Daola. Łowca odwrócił się, by zobaczyć, co to takiego, jednak poza człowiekiem oddalonym o kilkaset metrów nie znalazł niczego, co nie byłoby stałym elementem otoczenia. Kiedy zwrócił się ponownie do Vimy, miejsce, które zajmowała przed kilkoma sekundami okazało się puste. Neberrie rozejrzał się i zauważył, że nie ma jej też nigdzie w pobliżu. Po prostu zniknęła, nie pozostawiając ani śladu.
Czyżby była duchem?
Wzruszył ramionami, po czym szybkim krokiem ruszył ku hangarowi Ninxa.


Byss

Odbicie. Pchnięcie. Blok. Fioletowe ostrze poruszało się w rękach młodej blondynki średniego wzrostu tak szybko, iż postronny obserwator, nie wiedząc na kogo patrzy, mógł pomyśleć, że widzi właśnie osobę, która ma za sobą co najmniej dwadzieścia lat szkolenia w dziedzinie szermierki. Jednak Sandra Vidaan, bo tak nazywała się owa dziewczyna, sama mając dopiero osiemnaście lat, walki mieczem uczyła się zaledwie od czterech. Dopiero dzień wcześniej powróciła na Byss; przez kilka poprzednich tygodni szkoliła się wraz z Mrocznymi Jedi na Vjun.
Nagły cios z półobrotu zaskoczył jej przeciwnika, który był treningowym droidem, zaprojektowanym i zbudowanym parę lat wcześniej na poleceło się za plecami Daola. Łowca odwrócił się, by zobaczyć, co to takiego, jednak poza człowiekiem oddalonym o kilkaset metrów nie znalazł niczego, co nie byłoby stałym elementem otoczenia. Kiedy zwrócił się ponownie do Vimy, miejsce, które zajmowała przed kilkoma sekundami okazało się puste. Neberrie rozejrzał się i zauważył, że nie ma jej też nigdzie w pobliżu. Po prostu zniknęła, nie pozostawiając ani śladu.
Czyżby była duchem?
Wzruszył ramionami, po czym szybkim krokiem ruszył ku hangarowi Ninxa.


Byss

Odbicie. Pchnięcie. Blok. Fioletowe ostrze poruszało się w rękach młodej blondynki średniego wzrostu tak szybko, iż postronny obserwator, nie wiedząc na kogo patrzy, mógł pomyśleć, że widzi właśnie osobę, która ma za sobą co najmniej dwadzieścia lat szkolenia w dziedzinie szermierki. Jednak Sandra Vidaan, bo tak nazywała się owa dziewczyna, sama mając dopiero osiemnaście lat, walki mieczem uczyła się zaledwie od czterech. Dopiero dzień wcześniej powróciła na Byss; przez kilka poprzednich tygodni szkoliła się wraz z Mrocznymi Jedi na Vjun.
Nagły cios z półobrotu zaskoczył jej przeciwnika, który był treningowym droidem, zaprojektowanym i zbudowanym parę lat wcześniej na polecenie samego Dartha Vadera, Mrocznego Lorda Sith. Już samo to, że Vader ćwiczył walkę mieczem właśnie z tego typu robotami, mogło wywołać sprzeczne uczucia w sercu osób, które trenowały z owymi automatami. U jednych wstręt, u drugich raczej dodatkową motywację, by spróbować dorównać osiągnięciom Czarnego Lorda. Osiągnięciom w szybkości rozbijania droidów w pył.
Cios musiał naprawdę zaskoczyć robota, gdyż po chwili jego głowa i korpus wylądowały w dwóch różnych częściach sali. Sandra podeszła do chronometru. Należała raczej do tej drugiej grupy osób: nie może być inaczej, kiedy jest się Ręką Imperatora... Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz. „Nie było tak źle” - pomyślała. Wynik czterdzieści siedem sekund był jej rekordem życiowym. No, ale do najlepszego wyniku Dartha Vadera, jeśli oczywiście to, co twierdził Imperator było prawdą, brakowało jej mniej więcej pół minuty...
- Bardzo dobrze, moja droga przyjaciółko. Prawie tak samo perfekcyjnie, jak został przeprowadzony nasz atak na Coruscant - była zaskoczona, że ktoś zdołał się dostać na salę bez jej wiedzy. Zaskoczenie jednak minęło, gdy uświadomiła sobie, do kogo należy ten głos. Słyszała go już wiele razy od tych czterech lat. By%nie samego Dartha Vadera, Mrocznego Lorda Sith. Już samo to, że Vader ćwiczył walkę mieczem właśnie z tego typu robotami, mogło wywołać sprzeczne uczucia w sercu osób, które trenowały z owymi automatami. U jednych wstręt, u drugich raczej dodatkową motywację, by spróbować dorównać osiągnięciom Czarnego Lorda. Osiągnięciom w szybkości rozbijania droidów w pył.
Cios musiał naprawdę zaskoczyć robota, gdyż po chwili jego głowa i korpus wylądowały w dwóch różnych częściach sali. Sandra podeszła do chronometru. Należała raczej do tej drugiej grupy osób: nie może być inaczej, kiedy jest się Ręką Imperatora... Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz. „Nie było tak źle” - pomyślała. Wynik czterdzieści siedem sekund był jej rekordem życiowym. No, ale do najlepszego wyniku Dartha Vadera, jeśli oczywiście to, co twierdził Imperator było prawdą, brakowało jej mniej więcej pół minuty...
- Bardzo dobrze, moja droga przyjaciółko. Prawie tak samo perfekcyjnie, jak został przeprowadzony nasz atak na Coruscant - była zaskoczona, że ktoś zdołał się dostać na salę bez jej wiedzy. Zaskoczenie jednak minęło, gdy uświadomiła sobie, do kogo należy ten głos. Słyszała go już wiele razy od tych czterech lat. Był to głos Imperatora Palpatine’a.
- Nie spodziewałam się, że tak świetnie umiesz się maskować w Mocy. Zanim nie odezwałeś się, nawet nie wiedziałam, że jesteś w pobliżu, panie - odwróciła się ku swojemu rozmówcy. Oczy dziewczyny spotkały się przez chwilę z przenikliwym wzrokiem Palpatine’a. „Jakim cudem on jeszcze żyje?” - pomyślała Sandra patrząc na Imperatora. Gdyby nie Ciemna Strona, ten stary człowiek z pewnością od dawna byłby martwy.
Jeśli w ogóle można go było jeszcze nazwać człowiekiem.
- I dlatego musisz się jeszcze sporo nauczyć. A teraz chcę, abyś przerwała ćwiczenia, i udała się za mną. Mamy od kilku dni gościa, którego chciałbym ci przedstawić, Sandro.
- To z nim pewnie spędzałeś ostatnio tyle czasu, panie?
- Masz rację.
- Kim on jest?
- Naszym nowym sojusznikiem. Nie pytaj o to więcej. Za chwilę sama go poznasz - głos Imperatora był stanowczy, lecz nie zawierał w sobie gniewu.
- Oczywiście, panie.
Ruszyli dobrze oświetlonym korytarzem ku środkowej części wielkiego budynku zwanego Cytadelą Byss. Nowa stolica Imperium bardzo przypominała zresztą niedawno odbite Coruscant, z tą jednak różnicą, że tu nie wszystkie skrB3 to głos Imperatora Palpatine’a.
- Nie spodziewałam się, że tak świetnie umiesz się maskować w Mocy. Zanim nie odezwałeś się, nawet nie wiedziałam, że jesteś w pobliżu, panie - odwróciła się ku swojemu rozmówcy. Oczy dziewczyny spotkały się przez chwilę z przenikliwym wzrokiem Palpatine’a. „Jakim cudem on jeszcze żyje?” - pomyślała Sandra patrząc na Imperatora. Gdyby nie Ciemna Strona, ten stary człowiek z pewnością od dawna byłby martwy.
Jeśli w ogóle można go było jeszcze nazwać człowiekiem.
- I dlatego musisz się jeszcze sporo nauczyć. A teraz chcę, abyś przerwała ćwiczenia, i udała się za mną. Mamy od kilku dni gościa, którego chciałbym ci przedstawić, Sandro.
- To z nim pewnie spędzałeś ostatnio tyle czasu, panie?
- Masz rację.
- Kim on jest?
- Naszym nowym sojusznikiem. Nie pytaj o to więcej. Za chwilę sama go poznasz - głos Imperatora był stanowczy, lecz nie zawierał w sobie gniewu.
- Oczywiście, panie.
Ruszyli dobrze oświetlonym korytarzem ku środkowej części wielkiego budynku zwanego Cytadelą Byss. Nowa stolica Imperium bardzo przypominała zresztą niedawno odbite Coruscant, z tą jednak różnicą, że tu nie wszystkie skrawki lądu były zabudowane. A na Coruscant tak, poza jednym, niewielkim: najwyższym szczytem górskim na planecie, Manauri. Znajdowała się na nim jedynie nieduża, aczkolwiek bardzo ekskluzywna restauracja o tej samej nazwie.
Szli wolno, ponieważ Vidaan musiała się dostosować do kroku niemłodego już Palpatine’a. Nie mogła przecież wyprzedzać mistrza. Po kilku minutach marszu tunelami pełnymi szturmowców i szaleńczej jazdy windami, dotarli w końcu do celu. Komnata, do której weszli, była osobistym pokojem Imperatora, do którego rzadko kiedy i rzadko kto miał wstęp (oczywiście, poza droidami sprzątającymi). Jednak Sandra, sięgając Mocą do pokoju, wyczuła obecność jednej osoby. I to takiej, która świetnie umiała się posługiwać największą siłą Jedi i Sithów.
Cały ten pokój utrzymany był w stylu, którego dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować. Pośrodku pomieszczenia stało łoże, proste, ale wygodne. Obok łóżka znajdował się nietypowy stojak, nad którym unosił się Holocron, starożytne urządzenie nauczające adeptów Mocy. Było ono przydatne zarówno dla Sithów, jak i dla Jedi, ze wskazaniem na tych drugich. Ściany były w ciemnych barwach, od szarego do czerni. W jedną z nich wbudowane były drzwi prowadzące poprzez korytarzawki lądu były zabudowane. A na Coruscant tak, poza jednym, niewielkim: najwyższym szczytem górskim na planecie, Manauri. Znajdowała się na nim jedynie nieduża, aczkolwiek bardzo ekskluzywna restauracja o tej samej nazwie.
Szli wolno, ponieważ Vidaan musiała się dostosować do kroku niemłodego już Palpatine’a. Nie mogła przecież wyprzedzać mistrza. Po kilku minutach marszu tunelami pełnymi szturmowców i szaleńczej jazdy windami, dotarli w końcu do celu. Komnata, do której weszli, była osobistym pokojem Imperatora, do którego rzadko kiedy i rzadko kto miał wstęp (oczywiście, poza droidami sprzątającymi). Jednak Sandra, sięgając Mocą do pokoju, wyczuła obecność jednej osoby. I to takiej, która świetnie umiała się posługiwać największą siłą Jedi i Sithów.
Cały ten pokój utrzymany był w stylu, którego dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować. Pośrodku pomieszczenia stało łoże, proste, ale wygodne. Obok łóżka znajdował się nietypowy stojak, nad którym unosił się Holocron, starożytne urządzenie nauczające adeptów Mocy. Było ono przydatne zarówno dla Sithów, jak i dla Jedi, ze wskazaniem na tych drugich. Ściany były w ciemnych barwach, od szarego do czerni. W jedną z nich wbudowane były drzwi prowadzące poprzez korytarz do sali, w której Vidaan nigdy nie była. Dziewczyna wiedziała jednak, co się tam znajduje. Laboratorium klonujące Imperatora.
Na brzegu łóżka siedział osobnik, którego obecność Sandra wyczuła wcześniej. W tej chwili okropnie ciekawiło ją, kim się on okaże. Bądź co bądź, Palpatine rzadko przyjmował tu gości.
Prawdę mówiąc, to chyba nigdy.
Na pewno nie był to żaden z Ciemnych Jedi - tych znała wszystkich, więc Imperator nie miał powodu, by ich jej przedstawiać. Ale kim był ten użytkownik Mocy?
Z rozmyślań wyrwał ją głos Palpatine’a:
- Mój przyjacielu... oto osoba, o której ci mówiłem... moja Mroczna Wojowniczka... moja Ręka... Sandra Vidaan.
Dziewczyna skłoniła się lekko gościowi i zauważyła na jego ukrytej pod kapturem twarzy skierowany do niej uśmiech. Po chwili osobnik wstał i zdjął kaptur. Sandrze aż zaparło dech w piersiach. Miała przed sobą całkiem przystojnego, choć nie najwyższego mężczyznę o rozczochranych blond włosach. Widziała go już wcześniej, ale wyłącznie na hologramach. Zresztą jego oblicza trudno było nie znać.
- Sandro... przedstawiam ci nowego Mrocznego Lorda Sith. Luke’a Skywalkera.

_________________
I walk alone in the darkness of the city
Got no place to call home
I might be dyin'
But you can't hear a sound
'Cause midnight rain is comin' down
I'm just a stranger, a stranger in this town...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 14 sie 2003, 09:34 
Offline
Yamakasi
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 18:45
Posty: 470
Lokalizacja: Sopot-Gdynia-lisia nora
heh :) trochę ci się Ricky twoje dzieło pomotało :D
myślę że aż do czasu poprawy holo nie ma sensu zamieszczania fanfików - sami widzicie co się dzieje :P


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 14 sie 2003, 13:34 
Offline
Yuuzhan Warrior
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 16:48
Posty: 411
Lokalizacja: Baanu Sosnowiec - polskie Yuuzhan'tar
no chyba tak, dlatego jak ktoś chce poczytać, to...
http://www.gwiezdne-wojny.pl/tekst.php?nr=322

_________________
I walk alone in the darkness of the city
Got no place to call home
I might be dyin'
But you can't hear a sound
'Cause midnight rain is comin' down
I'm just a stranger, a stranger in this town...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 14 sie 2003, 16:24 
Offline
Terminator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 17:37
Posty: 1003
Lokalizacja: Warszawa
Właśnie , Ricky. Twoje fan - fiction bardzo mi się podobają ,ale ciężko się to czyta na holol ,które ma problemy techniczne z wyświetlaniem długich tekstów. Zatem staraj się dzielić opowiadania na kilka postów (moderatorzy zrozumieją) lub podawaj linki do swoich dzieł.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: N 17 sie 2003, 19:34 
Offline
Royal Guard

Dołączył(a): N 17 sie 2003, 19:25
Posty: 738
/


Ostatnio edytowano Cz 26 lis 2009, 00:54 przez Morgan Venturi, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 21 sie 2003, 21:14 
Offline
Royal Guard

Dołączył(a): N 17 sie 2003, 19:25
Posty: 738
/


Ostatnio edytowano Cz 26 lis 2009, 00:54 przez Morgan Venturi, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Pt 22 sie 2003, 21:55 
Offline
Royal Guard

Dołączył(a): N 17 sie 2003, 19:25
Posty: 738
/

_________________
You gotta love it, you gotta love it. The Undreaming is Unchained. The Future awaits us.
Dreamfall: The Longest Journey


Ostatnio edytowano Cz 26 lis 2009, 00:54 przez Morgan Venturi, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Pt 22 sie 2003, 22:06 
Offline
Royal Guard

Dołączył(a): N 17 sie 2003, 19:25
Posty: 738
/

_________________
You gotta love it, you gotta love it. The Undreaming is Unchained. The Future awaits us.
Dreamfall: The Longest Journey


Ostatnio edytowano Cz 26 lis 2009, 00:55 przez Morgan Venturi, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Pn 25 sie 2003, 00:12 
Offline
Miss Holonetu
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz 21 sie 2003, 11:47
Posty: 48
Lokalizacja: Warszawa
Heh, to i ja wkleję fragment swojego fan - fica. Dla osób, które nie przeczytały "Ślubu księżniczki Lei"pewne rzeczy mogą wydać się niezrozumiałe, ale co tam... ENJOY.


Z leczniczego transu wyrwało Jazzhirę przeciągłe wycie rancora oraz wrzaski poirytowanych kobiet krzątających się wokół ogniska rozpalonego na środku polany. Nie docierał do niej jednak sens ich rozmów. Dudnienie w uszach oraz uciążliwy ból przeszywający całe ciało nie pomagały w odzyskaniu świadomości i skupieniu myśli. W ustach czuła smak krwi. Jej własnej krwi. Ze wszystkich sił starała się przypomnieć sobie, co się stało, lecz w jej głowie pojawiały się nieliczne obrazy, zaledwie urywki ostatnich wydarzeń. Widziała wioskę swojego klanu położoną na samym szczycie skalnego wzniesienia oraz płomienie tańczące wśród drzew otaczającego je lasu. Widziała deszcz strzał i włóczni spadających na osadę i jej niczego się nie spodziewających mieszkańców oraz przerażenie odmalowane na twarzach czarodziejek ze Śpiewającej Góry. Również jak przez mgłę widziała starszą kobietę leżącą nieruchomo u swych stóp. Ostatkiem sił wyszeptała słowa: "Niech Twa dusza nie zazna nigdy spokoju, ... córko" i wyzionęła ducha. Ten szept wydawał się być krzykiem, wciąż przybierającym na sile, odbijającym się echem w jej umyśle. Nagle, poczuwszy zimny dotyk na swym ramieniu, Jazzhira podjęła próbę poderwania się na równe nogi ze swego legowiska, jednakże ciało odmówiło jej posłuszeństwa, a przed oczami pojawiły się czarne plamy. Wtedy pochyliła się nad nią jakaś młoda postać odziana w ciemną zbroję z jaszczurzych łusek. Wyglądała dziwnie znajomo. Zamrugała powiekami, by odzyskać ostrość wzroku. Nie myliła się. To była Thazirion, siostrzenica nieżyjącej już od wielu lat Gethzerion. Zamaszystym gestem wskazując obozowisko, kobieta przemówiła spokojnym, przyjaznym tonem:
- Siostry Nocy witają Cię, Jazzhiro - mimo uśmiechu na jej twarzy czuła wyraźnie bijący od niej chłód - Raduje nas fakt, iż w końcu zdecydowałaś się do nas przystać. Wybrałaś słuszną drogę - dodała po chwili, niespiesznie poprawiając opatrunki umocowane za pomocą skóry z whuffy. Następnie wstała i zaczęła cicho nucić słowa jakiegoś zaklęcia, kołysząc się lekko niczym drzewa na wietrze. Jazzhira miała wrażenie jakby otulał ją niewidzialny całun, uśmierzając ból w miejscach, gdzie odniosła najcięższe obrażenia. Jedynie jej twarz nie przestawała piec. Dotknęła jednego z policzków i skrzywiła się, gdy uświadomiła sobie, iż pojawiła się na nim pulsująca blizna. Piętno Siostry Nocy.

Jazzhira stała na brzegu jeziora, nieobecnym wzrokiem sięgając gdzieś poza horyzont. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, zwiastując nadejście wieczora i ustępując miejsca czterem krążącym wokół Dathomiry księżycom. Gdzieniegdzie słychać było niesione przez jesienny wiatr ryki drapieżników, które o tej porze najchętniej wybierały się na łowy oraz łopot skrzydeł różnobarwnych ptaków szukających schronienia na noc. Spośród odgłosów przyrody Jazzhira wyłowiła dźwięk rogu, dochodzący z głębi lasu. Schyliła się, by podnieść z ziemi rzucone niedbale ubranie. Wciągnęła tunikę na wciąż wilgotne po kąpieli ciało i ruszyła pewnym krokiem w kierunku, z którego dochodził ów głos. Szła wąską ścieżką, przedzierając się przez gąszcz smukłych, wysokich drzew i krzewów o wielkich, okrągłych liściach, których gałęzie co chwilę zaplątywały się w jej długie włosy. Wkrótce oczom jej ukazała się wioska położona w tętniącej życiem, zielonej dolinie. Oświetlał ją blask płonących wszędzie pochodni. Pomiędzy domostwami biegały wolno oswojone zwierzęta oraz piszczące radośnie dzieci. W powietrzu unosił się zapach dymu z ognisk oraz pieczonego mięsiwa. Kobieta minęła bezszelestnie posterunek wartowniczek szepcących zaklęcia rozpoznania oraz ognisko, przy którym siedzieli w ciszy mężczyźni i ludzie w podeszłym wieku. Dobrze wiedzieli, gdzie się znajduje ich miejsce. Byli wśród nich nowi, przechwyceni niedawno przez Siostry Nocy niewolnicy. Niepewni swej przyszłości, woleli unikać pożądliwego wzroku nieobliczalnych wojowniczek. Minęły zaledwie dwa dni od ataku buntowniczek na siedzibę klanu Sióstr ze Śpiewającej Góry, lecz Jazzhira, która została wtedy ciężko ranna w walce ze swą matką, w zadziwiająco szybkim tempie odzyskiwała siły. Nigdy wcześniej nie przypuszczała nawet, iż ciemna magia może okazać się aż tak potężna. W jej dawnym klanie użytkowanie jej było surowo karane, a rozmów na ten temat skrzętnie unikano.
"Już nikt nie będzie mi niczego zabraniał" - pomyślała, uśmiechając się sama do siebie, po czym przekroczyła próg jednej ze stojących po środku wioski drewnianych, pokrytych słomą chat.
- Oczekiwałyśmy cię, siostro - rzekła do niej jedna z siedzących w kręgu czarownic - Przybyłaś w samą porę na naradę wojenną.
Jazzhira obeszła całą izbę, by dotrzeć do jedynego wolnego miejsca między Thazirion a inną wiedźmą. Jako pierwsza głos zabrała najstarsza z kobiet, odziana w przewiewną, czarną szatę. Kościane ozdoby na jej szyi wskazywały na to, że jest przywódczynią klanu.
- Rukko - zwróciła się do do siedzącej naprzeciwko postaci - Ilu ciał doliczyłaś się w fortecy na Śpiewającej Górze? Ta z kolei skuliła się i nieśmiało odpowiedziała:
- Już ci powiedziałam, że zginęli wszyscy mieszkańcy... Nie dokończyła jednak, gdyż poczuła uścisk niewidzialnej dłoni na swojej szyi, który z każdą chwilą przybierał na sile. - Łrzesz! - zagrzmiała wściekle przywódczyni. W jej oczach przemknęły gniewne błyski, a blizny na twarzy nabrzmiały czerwienią - Nasza zwiadowczyni doniosła mi, iż widziała jakieś zbiegłe czarodziejki. Prawdopodobnie będą szukały schronienia u wojowniczek z Pustyni Burz i ostrzegą je o naszych zamysłach. Nie możemy do tego dopuścić. Za wszelką cenę trzeba je powstrzymać.
- Nigdy ich nie dogonimy - wtrąciła Thazirion z powątpiewaniem kręcąc głową. Stara kobieta, słysząc to, uśmiechnęła się.
- Nigdy nie mów "nigdy" - odparła - O ile mi wiadomo, nasze uciekinierki przemierzają góry pieszo. My mamy rancory, więc dogonienie ich nie powinno sprawić żadnych problemów.
- Kogo chcesz wysłać, Vish? - zapytała inna czarownica. Przywódczyni zwlekała z odpowiedzią. Zerknęła na Rukkę, która bezskutecznie próbowała uwolnić się z jej uścisku. W końcu, gdy uznała, iż dała jej wystarczającą lekcję posłuszeństwa, zostawiła ją w spokoju. Rukka tymczasem zachłysnąwszy się powietrzem, padła na ziemię. Inne Siostry Nocy wydawały się nie zwrócić uwagi na ten incydent, choć każda z nich dziękowała w duchu za to, że nie jest na jej miejscu. Nikt nie był na tyle silny ani odważny, aby móc przeciwstawić się woli liderki.
- Wyprawie przewodniczyć będzie Thazirion - rzekła Vish - Wybierze pięć najbieglej posługujących się magią wojowniczek według własnego uznania. Chcę, Jazzhiro, abyś ty również wzięła udział w pościgu. Słyszałam, iż niejednokrotnie zapuszczałaś się w góry północne i znasz ten teren lepie niż którakolwiek z nas - ciągnęła, widząc jej potwierdzający gest. Będziesz pełniła rolę przewodniczki.. Poprowadzisz nasze siostry możliwie najkrótszą drogą - wyczuła, iż rozważa coś w myślach.
- Chcesz coś powiedzieć, Jazzhiro - spytała, obrzucając ją badawczym spojrzeniem. Kobieta przez chwilę wahała się z odpowiedzią
- Co zamierzasz uczynić z pojmanymi czarodziejkami?
Spodziewała się nagany, ale zamiast tego usłyszała, jak wiedźma wybucha gromkim śmiechem. Taka reakcja nie zwiastowała nic dobrego. - Nic nie zrobię - odparła z rozbawioną miną
- Nie weźmiecie jeńców - dodała, po czym ponownie wlepiła w nią wzrok. Jazzhira czuła wyraźnie niewidzialny palec próbujący sforsować barierę wytworzoną w jej umyśle. Musiała bardzo się skupić, aby odeprzeć ten atak i ukryć lęk, który zrodził się w jej sercu. Vish wyszczerzyła w uśmiechu poczerniałe zęby.
- Nie mamy czasu do stracenia - rzuciła w powietrze, podnosząc się ze swojego miejsca. - Karz dzieciom zaprzęgać rancory i przynieść prowiant - zwróciła się do Thazirion. - Za chwilę ruszacie w drogę - odwróciła się na pięcie i opuściła pomieszczenie. Za nią wybiegła doradczyni, starając się dotrzymać jej kroku.
- Ufasz jej? - spytała bez ogródek. Vish zarzuciła kaptur na głowę.
- Komu? Jazzhirze? - domyśliła się starsza kobieta - Najbliższe dni pokarzą, ile warta jest jej lojalność wobec Sióstr Nocy. Potraktujemy to jako test.

Słońce nie zdąrzyło jeszcze wzejść, gdy siedmioosobowa grupa wojowniczek z Thazirion na czele wyruszyła w drogę. Rozpoczal się pościg. Jazzhira dosiadająca jednego z mniejszych rancorów, wyprzedzała pozostałe siostry o paręset metrów, bacznie się rozglądając. Mrok oraz gęsta mgła spowijająca cały las, ograniczały jej pole widzenia. Co jakiś czas rzucała zaklęcie mające na celu wyostrzenie zmysłów, które w takich warunkach łatwo ulegały uśpieniu. Wyczuwała obecność stworzeń czających się zaroślach, jak również niechęć wierzchowców do podróżujących na ich grzbietach czarownic.
- Stać! - niespodziewanie rozległ się jej głos. Zeskoczyła zwinnie z rancora i pobiegła w kierunku przewróconej machiny kroczącej AT-AT, która wyrosła im naprzeciwko. Obok leżały bezwładnie ciała kilku szturmowców oraz pilota pojazdu.
- Wygląda na to, że wywiązała się tu bitwa - stwierdziła Thazirion.
- I to nie tak dawno temu - dodała Jazzhira, zdjąwszy chełm jednemu z poległych żołnierzy - Ciała nie zaczęły się jeszcze rozkładać. Już miała się odwrócić, gdy jej uwagę przykuł mały, metalowy przedmiot, znany jej jako komunikator. Korzystając z okazji, iż nikt na nią nie patrzy, podniosła go z ziemi, po czym wsunęła do kieszeni w tunice.
- Ten oddział musiał się natknąć na nasze uciekinierki. Są niedaleko, czuję to - wdrapała się na swoje zwierzę i bez słowa ruszyła dalej.

Przez następną godzinę kobiety trwały w absolutnej ciszy. Na skraju lasu napotkały na ścianę skalną tak stromą, że dla zwykłego człowieka była ona przeszkodą nie do przebycia.
- Znalezienie bezpieczniejszej drogi zajmie nam sporo czasu - przerwała milczenie Jazzhira.
- Nie możemy sobie na to pozwolić - wtrąciła od razu Thazirion - Musimy dostać się na górę jak najszybciej. Podjechały do zbocza, po czym ich rancory poczęły się wspinać, zahaczając ogromne pazury w szczelinach skalnych i chwytając się wystających ga% dolinie. Oświetlał ją blask płonących wszędzie pochodni. Pomiędzy domostwami biegały wolno oswojone zwierzęta oraz piszczące radośnie dzieci. W powietrzu unosił się zapach dymu z ognisk oraz pieczonego mięsiwa. Kobieta minęła bezszelestnie posterunek wartowniczek szepcących zaklęcia rozpoznania oraz ognisko, przy którym siedzieli w ciszy mężczyźni i ludzie w podeszłym wieku. Dobrze wiedzieli, gdzie się znajduje ich miejsce. Byli wśród nich nowi, przechwyceni niedawno przez Siostry Nocy niewolnicy. Niepewni swej przyszłości, woleli unikać pożądliwego wzroku nieobliczalnych wojowniczek. Minęły zaledwie dwa dni od ataku buntowniczek na siedzibę klanu Sióstr ze Śpiewającej Góry, lecz Jazzhira, która została wtedy ciężko ranna w walce ze swą matką, w zadziwiająco szybkim tempie odzyskiwała siły. Nigdy wcześniej nie przypuszczała nawet, iż ciemna magia może okazać się aż tak potężna. W jej dawnym klanie użytkowanie jej było surowo karane, a rozmów na ten temat skrzętnie unikano.
"Już nikt nie będzie mi niczego zabraniał" - pomyślała, uśmiechając się sama do siebie, po czym przekroczyła próg jednej ze stojących po środku wioski drewnianych, pokrytych słomą chat.
- Oczekiwałyśmy cię, siostro - rzekła do niej jedna z siedzących w kręgu czarownic - Przybyłaś w samą porę na naradę wojenną.
Jazzhira obeszła całą izbę, by dotrzeć do jedynego wolnego miejsca między Thazirion a inną wiedźmą. Jako pierwsza głos zabrała najstarsza z kobiet, odziana w przewiewną, czarną szatę. Kościane ozdoby na jej szyi wskazywały na to, że jest przywódczynią klanu.
- Rukko - zwróciła się do do siedzącej naprzeciwko postaci - Ilu ciał doliczyłaś się w fortecy na Śpiewającej Górze? Ta z kolei skuliła się i nieśmiało odpowiedziała:
- Już ci powiedziałam, że zginęli wszyscy mieszkańcy... Nie dokończyła jednak, gdyż poczuła uścisk niewidzialnej dłoni na swojej szyi, który z każdą chwilą przybierał na sile. - Łrzesz! - zagrzmiała wściekle przywódczyni. W jej oczach przemknęły gniewne błyski, a blizny na twarzy nabrzmiały czerwienią - Nasza zwiadowczyni doniosła mi, iż widziała jakieś zbiegłe czarodziejki. Prawdopodobnie będą szukały schronienia u wojowniczek z Pustyni Burz i ostrzegą je o naszych zamysłach. Nie możemy do tego dopuścić. Za wszelką cenę trzeba je powstrzymać.
- Nigdy ich nie dogonimy - wtrąciła Thazirion z powątpiewaniem kręcąc głową. Stara kobieta, słysząc to, uśmiechnęła się.
- Nigdy nie mów "nigdy" - odparła - O ile mi wiadomo, nasze uciekinierki przemierzają góry pieszo. My mamy rancory, więc dogonienie ich nie powinno sprawić żadnych problemów.
- Kogo chcesz wysłać, Vish? - zapytała inna czarownica. Przywódczyni zwlekała z odpowiedzią. Zerknęła na Rukkę, która bezskutecznie próbowała uwolnić się z jej uścisku. W końcu, gdy uznała, iż dała jej wystarczającą lekcję posłuszeństwa, zostawiła ją w spokoju. Rukka tymczasem zachłysnąwszy się powietrzem, padła na ziemię. Inne Siostry Nocy wydawały się nie zwrócić uwagi na ten incydent, choć każda z nich dziękowała w duchu za to, że nie jest na jej miejscu. Nikt nie był na tyle silny ani odważny, aby móc przeciwstawić się woli liderki.
- Wyprawie przewodniczyć będzie Thazirion - rzekła Vish - Wybierze pięć najbieglej posługujących się magią wojowniczek według własnego uznania. Chcę, Jazzhiro, abyś ty również wzięła udział w pościgu. Słyszałam, iż niejednokrotnie zapuszczałaś się w góry północne i znasz ten teren lepie niż którakolwiek z nas - ciągnęła, widząc jej potwierdzający gest. Będziesz pełniła rolę przewodniczki.. Poprowadzisz nasze siostry możliwie najkrótszą drogą - wyczuła, iż rozważa coś w myślach.
- Chcesz coś powiedzieć, Jazzhiro - spytała, obrzucając ją badawczym spojrzeniem. Kobieta przez chwilę wahała się z odpowiedzią
- Co zamierzasz uczynić z pojmanymi czarodziejkami?
Spodziewała się nagany, ale zamiast tego usłyszała, jak wiedźma wybucha gromkim śmiechem. Taka reakcja nie zwiastowała nic dobrego. - Nic nie zrobię - odparła z rozbawioną miną
- Nie weźmiecie jeńców - dodała, po czym ponownie wlepiła w nią wzrok. Jazzhira czuła wyraźnie niewidzialny palec próbujący sforsować barierę wytworzoną w jej umyśle. Musiała bardzo się skupić, aby odeprzeć ten atak i ukryć lęk, który zrodził się w jej sercu. Vish wyszczerzyła w uśmiechu poczerniałe zęby.
- Nie mamy czasu do stracenia - rzuciła w powietrze, podnosząc się ze swojego miejsca. - Karz dzieciom zaprzęgać rancory i przynieść prowiant - zwróciła się do Thazirion. - Za chwilę ruszacie w drogę - odwróciła się na pięcie i opuściła pomieszczenie. Za nią wybiegła doradczyni, starając się dotrzymać jej kroku.
- Ufasz jej? - spytała bez ogródek. Vish zarzuciła kaptur na głowę.
- Komu? Jazzhirze? - domyśliła się starsza kobieta - Najbliższe dni pokarzą, ile warta jest jej lojalność wobec Sióstr Nocy. Potraktujemy to jako test.

Słońce nie zdąrzyło jeszcze wzejść, gdy siedmioosobowa grupa wojowniczek z Thazirion na czele wyruszyła w drogę. Rozpoczal się pościg. Jazzhira dosiadająca jednego z mniejszych rancorów, wyprzedzała pozostałe siostry o paręset metrów, bacznie się rozglądając. Mrok oraz gęsta mgła spowijająca cały las, ograniczały jej pole widzenia. Co jakiś czas rzucała zaklęcie mające na celu wyostrzenie zmysłów, które w takich warunkach łatwo ulegały uśpieniu. Wyczuwała obecność stworzeń czających się zaroślach, jak również niechęć wierzchowców do podróżujących na ich grzbietach czarownic.
- Stać! - niespodziewanie rozległ się jej głos. Zeskoczyła zwinnie z rancora i pobiegła w kierunku przewróconej machiny kroczącej AT-AT, która wyrosła im naprzeciwko. Obok leżały bezwładnie ciała kilku szturmowców oraz pilota pojazdu.
- Wygląda na to, że wywiązała się tu bitwa - stwierdziła Thazirion.
- I to nie tak dawno temu - dodała Jazzhira, zdjąwszy chełm jednemu z poległych żołnierzy - Ciała nie zaczęły się jeszcze rozkładać. Już miała się odwrócić, gdy jej uwagę przykuł mały, metalowy przedmiot, znany jej jako komunikator. Korzystając z okazji, iż nikt na nią nie patrzy, podniosła go z ziemi, po czym wsunęła do kieszeni w tunice.
- Ten oddział musiał się natknąć na nasze uciekinierki. Są niedaleko, czuję to - wdrapała się na swoje zwierzę i bez słowa ruszyła dalej.

Przez następną godzinę kobiety trwały w absolutnej ciszy. Na skraju lasu napotkały na ścianę skalną tak stromą, że dla zwykłego człowieka była ona przeszkodą nie do przebycia.
- Znalezienie bezpieczniejszej drogi zajmie nam sporo czasu - przerwała milczenie Jazzhira.
- Nie możemy sobie na to pozwolić - wtrąciła od razu Thazirion - Musimy dostać się na górę jak najszybciej. Podjechały do zbocza, po czym ich rancory poczęły się wspinać, zahaczając ogromne pazury w szczelinach skalnych i chwytając się wystających gałęzi. Spod ich masywnych łap uciekały z głuchym hukiem mniejsze i większe kamienie. Wojowniczki, przywiązane do siodeł, musiały mocno się wtulić w swoje wierzchowce, aby nie spaść. Nagle w połowie drogi jedna z bestii, stanąwszy na chwiejącym się głazie, straciła równowagę i osunęła się, wpadając na niczego się nie spodziewającego drugiego rancora. Ten wraz z przerażoną czarownicą na grzbiecie runął w dół, obijając się o skały. Zwierzę, które spowodowało wypadek, wisiało na jednym szponie, próbując uspokoić się i zebrać siły na następny ruch. Był tak gwałtowny, że dosiadająca go kobieta puściła wodze i zawisła głową w dół.
- Renn! - wrzasnęła Thazirion w jej kierunku, gdy zorientowała się, co się w tej krótkiej chwili wydarzyło.
- Trzyma mnie tylko jeden pas - odpowiedział drżącym głosem - Zaraz spadnę.
- Nie spadniesz. Tylko się nie poruszaj - rzuciła Jazzhira i nakazała swojemu rancorowi zbliżyć się do Renn. Zachowywała przy tym maksimum ostrożności. Gdy dzielił ją od niej zaledwie metr, upewniła się, że sama jest dobrze przypięta do siodła i wyciągnęła rękę w jej kierunku.
- Złap mnie - powiedziała.
Kobieta uczyniła to. W tym samym momencie pękł pas owijający jej biodra i tułów zwierzęcia. Jazzhira poczuła gwałtowne szarpnięcie, które prawie wyrwało jej dłoń ze stawów.
- Nie puszczaj mnie, Jazzhiro! - załkała Renn trzymająca się kurczowo jej ręki. Spojrzała na nią błagalnie, lecz w oczach swojej wybawczyni dostrzegła niepokojące błyski.
- Nie ma miejsca dla słabych - Jazzhira wyszeptała te słowa tak cicho, że jedynie zdana na jej łaskę lub niełaskę kobieta mogła je usłyszeć. Rozluźniła uścisk i pozwoliła, by czarownica jej się wyśliznęła. Patrzyła, jak raz po razie bezwładne ciało wojowniczki obija się o ostre krawędzie skał. Jeszcze przez krótką chwilę widziała niedowierzający wyraz twarzy swojej ofiary. Pogoniła swoją bestię, ściskając wodze od uprzęży drugiego stwora i zrównała się z Thazirion. Spuściła głowę na znak głębokiego żalu po stracie sióstr, a może by ukryć dziką satysfakcję...
- Zrobiłaś wszystko, co było w twojej mocy, by ją uratować - rzekła przywódczyni wyprawy - Nie omieszkam wspomnieć o tym Vish - dodała z goryczą w głosie.
Kontynuowały wspinaczkę, tym razem posuwając się wolniej i nieco ostrożniej. Gdy już dotarły na szczyt wzniesienia, Thazirion zeskoczyła ze swojego wierzchowca. Zanuciła zaklęcie i wtedy wszystkie wojowniczki usłyszały trzask łamanych gałęzi drzew. Czarownica zaczęła rzucać nimi przy użyciu magii w rancora, który jeszcze niedawno niósł Renn. Przerażone zwierzę wyło przeraźliwie, słaniając się łapami przed nadlatującymi z ogromną prędkością pociskami, które ramiły jego ciało. Słąbło z każdym następnym ciosem. Pozostałe zwierzęta, sparaliżowane strachem, przyglądały się smutno tej scenie. Jazzhira czuła, jak powoli uchodzi z niego życie.
- Dość - powiedziała stanowczo. - Te bydlęta kiedyś pozabijają nas wszystkie - odparła wściekle wiedźma. Zaprzestała jednak znęcania się nad rancorem. Ten z kolei, ciężko ranny, uciekł, pozostawiając za sobą strużki krwi...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 184 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 13  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL