HoloNet.pl

forum fanów Star Wars
Teraz jest N 17 gru 2017, 01:32

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 184 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostNapisane: Wt 12 paź 2004, 14:21 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
Lorienjo napisał(a):
Jedi Nadiru Radena, Sir!
Niby wszystko jest na miejscu, choć koniec urwany w pół słowa. Niby niczego nie brakuje. Co miało być powiedziane, zostało powiedziane. Co miało być pokazane pokazanym zostało. Tylko...
Tylko, że nadal jest to "porywające" jak dwa tysiące sto pięćdziesiąty dziewiąty odcinek "Mody na sukces".
Nie jesteś przypadkiem historykiem? ;)

Mimo wszystko, czekam na ciąg dlaszy. Przeczytam. 8)


No bo widzisz, Lorienjo to jest tak: gdybym nie pisał opowiadania dziejącego się w czasie akcji KOTORa to i problem z przedstawieniem historii by znikł. A tak zmuszony jestem do "omówienia" paru faktów z przeszłości, by ludziom wszystko przyklepało się na swoje miejsce. Nie jest to najłatwiejsze do wykonania, ale spróbowałem i oto efekt; może dla kogoś, kto nie miał żadnej styczności z Knights of the Old Republic będzie to ciekawsze, ale sam tego pewien nie jestem. Jakby nie powiedzieć wszystko dzieje się zgodnie z fabułą starego dobrego KOTORa, toteż zaskoczeń nie ma. Z góry założyłem, że ta opowieść będzie z początku nudnawa, nastawiona na konkretnego czytelnika - ale jak już mówiłem nie da się przewidzieć każdego efektu.
Ze swojej strony chciałem pokazać jak ta wielka batalia, jak i też cała wojna oddziałowują na pojedynczego rycerza Jedi, Aruna i jego kontakty z Vimą Sunrider, a także szereg wywołanych tym wydarzeń.
Nadal nie wiem, czy mi się udało, to co zamierzałem.

Ale nie martw się, Lorienjo. Następne moje opowiadanie będzie krótsze i pozbawione "opowiadania historii" i szczegółów technicznych, gdyż wracam do starej, dobrej Galaktyki okresu Skywalkerów...

Tak przy okazji - bardzo lubie historię; nie chwaląc się wcale, powiem, że zawsze byłem w niej najlepszy.

Swoją drogą Lorienjo, to "urwanie się" nie było planowane. Być może coś mi się nawaliło, przy kopiowaniu - zaraz to poprawię. Będziesz mógł to czytnąć do końca.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Wt 12 paź 2004, 14:38 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
Oto brakujący kawałek, który niewiedzieć czemu zniknął mi poprzedniego razu.


Nagle Xofe Jaace głośno stękał i z zadziwiającą pewnością siebie twardo zlustrował admirał Dodonnę, na co ta zareagowała podniesieniem jednej brwi.
- Z całym szacunkiem pani admirał, ale uważam, że całe to gadanie jest na nic. Jest tutaj po prostu za dużo opcji... za dużo „gdyby”. Nie mamy szans ustalić planu działania dla każdej z owych sytuacji. To zwyczajnie niemożliwe.
Furto Bothanina zafalowało, gdy ten ze zdumieniem usłyszał wypowiedź młodego Jedi. Sam lepiej by tego nie ujął, ale nie chciałby uwaga mężczyzny przeszła nad głowami pozostałych, toteż natychmiast kiwnął potakująco głową i dopowiedział tonem pozbawionym emocji:
- Niestety, kapitan Jaace ma sporo racji. Trzeba to sobie powiedzieć prosto w twarz. To spotkanie nie przyniosło nam kompletnie nic... a nawet można powiedzieć, że pojawiło się jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi i mnóstwo wątpliwości.
- To prawda – w końcu zgodził się Radena, poszukując poparcia – które natychmiast otrzymał zdecydowanym kiwnięciem głową - w oczach Vimy Sunrider – Dopiero, gdy przybędziemy na miejsce, będziemy w stanie cokolwiek ustalić. W sumie jedyne, co możemy teraz zrobić to przeprowadzić ćwiczenia w symulatorach, przydzielić odpowiednie oznaczenia eskadrom, pogrupować flotę i... – rycerz wzruszył ramionami – czekać cierpliwie na dalszy rozwój wypadków.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Wt 12 paź 2004, 15:23 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
Oto trzeci fragment Knights of the Old Republic: Ostatnia Bitwa.
Na razie widzę, że czyta jedynie Lorienjo, ale zachęcam też i innych do zapoznania się z tym opowiadaniem.


Rozdział III
**********

Wszyscy rozeszli się jakieś dziesięć minut później, ale nawet po opuszczeniu mostka Arun Radena czuł się jakoś tak dziwnie drętwo i zupełnie bez energii, którą najwyraźniej musiał pozostawić wraz z ostatnim krokiem postawionym na podłodze lądowiska hangaru „Saviora”. Mimo wszystko wciąż mógł się ruszać, więc chyba jednak jest w porządku.
- Wiesz, co Vimo? – zwrócił się do swojej uroczej towarzyszki, która bezustannie podążała obok niego – Nigdy nie lubiłem takich spotkań. Czuje się po nich jak po dziesięciogodzinnej bitwie. Na dodatek nie wygranej.
Córka Nomi Sunrider roześmiała się ciepło, ironicznie przypatrując się skrzywionej twarzy rycerza Jedi.
- A ja myślałam, że już się przyzwyczaiłeś...
- A to dobre! – krzyknął Radena, oglądając się na kobietę – Kto by pomyślał, że mówi to Vima Sunrider?
- Och, daj spokój Arun... To, że moja matka zasiada w Najwyższej Radzie Jedi na Coruscant nic nie świadczy.
- Wiem, Vimo, wiem – mistrz na chwilę przystanął i gdy tylko uzyskał szansę, zajrzał w szmaragdowe oczy kobiety – Ale nie wszyscy to wiedzą. Zwłaszcza teraz, w czasie kolejnej wojny Sith. Zapewne liczą, że będziesz postępować jak twoja matka i uratujesz Galaktykę od Sithowego pomiotu.
- To jest bezsensowne. Żaden pojedynczy człowiek nie jest w stanie zmienić oblicza Galaktyki. Nawet Revan potrzebował Malaka i całej rzeszy Jedi, aby osiągnąć zamierzony cel.
- Oczywiście – przytaknął mistrz – Tyle, że od czasów Wielkiej Wojny w pamięci społeczeństwa zapisał się wizerunek bohatera; kogoś, kto choć trochę wyróżnia się ponad innych. Tak jak Bastila Shan dzisiaj.
- Może – przyznała w końcu Sunrider – Im bardziej jednak ktoś staje się owym bohaterem i w dodatku jest Jedi, może zapragnąć władzy. A żądza władzy prowadzi prostą drogą ku Ciemnej Stronie.
Radena uznał, że czas nieco zmienić tor rozmowy:
- Nomi Sunrider wyglądała na taką osobę w trakcie Wielkiej Wojny Sith. Po prostu ludzie myślą, że skoro to jedna rodzina, to czemu nie miałaby tak samo postępować, nie?
Kobieta parsknęła sarkastycznie.
- Nomi jest zupełnie inna niż ja. Ona w moim wieku wolała się uczyć się panować nad Medytacją Bitewną i wpływać na umysły innych. Ja natomiast znacznie bardziej preferuję walkę na miecze świetlne, czego chyba nigdy nie cierpiała moja matka, ale – tu kobieta posłała mu lekki uśmiech – już ty dobrze wiesz jak bardzo różnią się nasze charaktery.
Arun uśmiechnął się ciepło, przypominając sobie długą wizytę Nomi Sunrider na Dantooine. To, czego się wtedy nauczył, znacznie przekraczało wszystko, co do tamtej pory wiedział; nikt, nawet sam Vandar Tokare tak perfekcyjnie nie... hm „wykładał” filozofii Jedi, czy też zawiłych tajników Mocy, jak matka Vimy. Pamiętał, że jej mowa dotycząca Ciemnej Strony była najlepszą, jaką kiedykolwiek słyszał w życiu. Wiele jej słów zapadło mu w pamięci na bardzo długo.
- Tak, to prawda – rzekł po chwili, choć szybko postanowił zmienić front – Niemniej, bardziej przypominasz swoją matkę, niż myślisz. Tak samo świetnie orientujesz się w historii Zakonu, potrafisz doskonale wytłumaczyć wiele zawiłości, przemawiasz nawet lepiej niż ona i... w ogóle na Jedi nadajesz się znacznie bardziej niż ja.
Vima jakby lekko się zarumieniła, ale Arun nie mógł być tego pewien, gdyż kobieta natychmiast odwróciła głowę.
- Przesadzasz. Każdy z nas ma inne umiejętności, które czynią go wyjątkowym. Tak samo jak cechy charakteru... weźmy na przykład... – Vima chwilę pomyślała – Choćby moją matkę i Bastilę Shan, które opanowały rzadko występującą wśród Jedi Medytację Bitewną, ciebie jako świetnego pilota, mistrza Tokare jako filozofa Mocy, Exara Kuna, mistrza miecza świetlnego czy nawet samego Revana, stratega nad strategami.
- To, co mówisz ma sens; to oczywiste, że inni nie powinni na nas polegać jako, powiedzmy żołnierze albo administratorzy, którzy przy użyciu Mocy będą wiedzieć, czy wybrać żółte lub czerwone dywany dla ambasady sektora Rachuk, ale prawda jest taka, że polegają.
- Cóż – kobieta wzruszyła ramionami – Przecenianie rycerzy Jedi to już chyba tradycja, nie?
- Bez najmniejszych wątpliwości.
- No, tak czy inaczej powinniśmy się postarać, żeby obywatele nam ufali – na twarzy Vimy pojawił się kwaśny wyraz – Co w ostatnich czasach jest trochę trudne.
Arun ze zdziwieniem przekraczającym wielkość Coruscant popatrzył na Sunrider, starając się przy tym by jego twarz wyrażała skrajne oburzenie, co wypadło tak komicznie, iż kobieta o mało się nie zadławiła śmiechem.
- Dobra, dobra. Trochę bardziej niż trudne... a przynajmniej o wiele bardziej niż myślimy – dopowiedziała, posyłając mu promienny uśmiech.
Za to właśnie najbardziej cenił Vimę – przemknęło Radenie przez głowę – za niewyczerpalny optymizm i wiecznie kojący humor, nawet w obliczu bitwy, którą mogą sromotnie przegrać. Taak... – pomyślał Jedi – Nic, tylko czekać na ostateczną porażkę... ale jak już czekać to w dobrym towarzystwie.
Nic więcej już nie mówiąc, dwoje rycerzy Jedi powoli pospieszyło w kierunku niewielkiego, oznaczonej głębszą czerwienią wejścia windy. Wrota z durastali otworzyły się i oboje - po zaledwie dwusekundowej podróży o jeden poziom w górę (a było tych poziomów jedynie trzy), wkroczyli na błyszczący metalicznie pokład, gdzie standardowo znajdywały się kabiny żołnierzy Republiki i załogi.
Zanim jednak wsiedli do windy, Radena spostrzegł ledwo widzialną w Mocy zmarszczkę, która niespodziewanie wypłynęła na zewnątrz. Rycerz od razu zorientował się, że jakaś natrętna myśl dręczy jego przyjaciółkę.
- Co się stało?
- Nic, nic... – trochę zaskoczona głosem mężczyzny, Vima pokręciła leciutko głową, wydając z siebie zduszone westchnienie – Znowu mnie na czymś przyłapałeś.
Radena przywołał na swoje usta zawadiacki półuśmieszek, za którym jednak kryła się troska o kobietę.
- Taka już moja rola... – radośnie podchwycił, lecz szybko powrócił do poprzedniego tematu – Po prostu twoje emocje i myśli same z ciebie wypływają jak fontanna – mistrz puścił oko do przyjaciółki – Ale nie martw się, nikomu nie powiem.
Sunrider cichutko się zaśmiała i choć nie trwało to długo, w tej sytuacji Radena uznał, że to najwspanialsza muzyka... zresztą chyba zawsze tak było – pomyślał Arun, nieznacznie wzruszając ramionami.
- Myślałam o Revanie – przyznała po chwili Sunrider – O Revanie i jego powrocie.
- Ach tak... Revan.
Nagle Vima stanęła i łagodnie pochwyciła mężczyznę za ramię, przyciągając go na tyle, że była teraz w stanie zobaczyć nawet najmniejszy błysk jego niebieskich oczu, które z zaciekawieniem przyglądały się jej zmarszczonemu czołu.
- Czy... czy ty wiedziałeś o tym od początku?
Całą swą podświadomością Arun spodziewał się – i jednocześnie obawiał - tego pytania, lecz za nic nie potrafił na nie odpowiedzieć. Mistrz pogładził jedynie dłoń kobiety, trzymającej jego rękę.
- Tak... – szczerze wyznał – Byłem jednym z pierwszych, którzy się o tym dowiedzieli. W końcu uczestniczyłem w tamtej bitwie i to właśnie ja... – rycerz zwiesił głos, oczekując reakcji Sunrider – ja pomogłem Bastili Shan przyprowadzić ciało Revana, bo inaczej bym nie nazwał tego, co po nim pozostało przed oblicze Najwyższej Rady Jedi.
Zgodnie z oczekiwaniami rycerza Vima omal się nie zachłysnęła z wrażenia, słysząc wypowiedź Aruna. Jedi przeciągle zlustrowała Radenę, przy czym jej ręka bezwiednie puściła jego ramię.
- To ty tam byłeś? Nie wiedziałam...
- Nie mogłaś wiedzieć - błyskawicznie sprostował mężczyzna, starając się by jego smutek zbytnio przez niego nie przechodził, ale z góry wiedział, że to niemożliwe. Był świadomy tego, iż niepotrzebnie się zamartwia, ale... Niespodziewanie Arun obiema rękami delikatnie pochwycił lewą dłoń Vimy, niezmiernie zaintrygowanej jego zachowaniem – Naprawdę długo się nie widzieliśmy... chociaż wiem, że to głupio brzmi ale... przepraszam, że wcześniej nie powiedziałem ci tego wszystkiego.
- Nie ma sensu się obwiniać, za coś, czego nie dało się zrobić, Arun – łagodnie zganiła Sunrider, wkładając w swoje słowa tyle ciepła, ile tylko zdołała – To nie twoja wina, ze sprawy potoczyły się tak a nie inaczej.
- Wiem... – Radena zwiesił głowę, monotonnie przyglądając się podłodze – Ale winien ci jestem dalsze wyjaśnienia. Jako, że znałem już prawdę, uczestniczyłem też razem z Bastilą w spotkaniu z Najwyższą Radą Jedi. Rada, jak to w tamtych czasach nie potrafiła dojść do porozumienia przez bardzo długi okres... No co? A nie było tak? – powiedział, unosząc głowę, gdy ujrzał wymowny wyraz twarzy kobiety, która moment po nim wzruszyła ramionami.
- Noo tak... jakby nie powiedzieć Rada nie zawsze potrafi znaleźć odpowiednią ściekę.
- Tak właśnie było i wtedy. Ale w końcu Shan zdołała przekonać mistrzów Zakonu, że należy coś zrobić z Revanem, gdyż jedynie on może ich doprowadzić do Gwiezdnej Kuźni, co aktualnie zrobił.
- Z tego, co mówisz wychodzi teraz, że mieli rację – rzekła ostro Vima – Nikt, nawet Mroczny Lord Sith nie zasługuje na śmierć... – gdy Sunrider dobrze uświadomiła sobie, co przed chwilą powiedziała, z przerażeniem spojrzała na Aruna – Czy... czy Rada myślała o... ?
- Nie – stanowczo zaprzeczył, zanim jeszcze mistrzyni skończyła zdanie – Jedi nigdy by tego nie zrobili. Przecież wiesz. Opcją ostateczną było oddanie go komuś. Komukolwiek.
- I w ten sposób mieli się pozbyć „kłopotu”? – Vima z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Decyzja o renowacji, jeżeli można coś takiego powiedzieć jego umysłu przyszła z najwyższym trudem – szybko sprostował mężczyzna, widząc groźne błyski w oczach przyjaciółki – Najbardziej oponowali Oron Kira i Qrrrl Toq; obawiali się, że Revan może ponownie przejść na Ciemną Stronę, tak samo jak nasz przyjaciel Xofe Jaace teraz. Myśleli, że nawet jeżeli jego umysł będzie nowy, gdy tylko były Lord Sith pozna swą poprzednią tożsamość, porażka z przeszłości całkowicie go załamie.
- Zapewne nie tylko oni tak uważali.
- Z tym, że Kira i Toq mieli największe powody do nieufności. Wydarzenia z Wielkiej Wojny musiały odcisnąć na nich swoje piętno – widzieli przecież na swoich własnych oczach, jak Ulic Qel-Droma pogrążał się w ciemności. Tak, czy inaczej za sprawą Mistrza Tokare – tu Arun mocniej ścisnął dłoń Vimy, po czym łagodnie ją puścił, uśmiechając się doń lekko – twojej matki i rzecz jasna Bastili udało nam się przekonać Najwyższą Radę o słuszności tej decyzji.
- Nam? – podejrzliwie spytała Sunrider.
- W sumie... to ja też opowiadałem się za tą opcją – na usta Radeny wpłynął nieznaczny uśmiech – Postanowiono jednak, że Revan dowie się prawdy w odpowiednim czasie. Swoja drogą ja jestem pewien, że już ją zna, tak samo jak Vandar Tokare...
Mężczyzna, przypatrując się uważnie Vimie, dostrzegł kolejną oznakę zduszonego przygnębienia, które wypłynęło po jakiejś wyjątkowo niespokojnej myśli, jaka targnęła kobietę. Radena nie wiedząc jak, postanowił ją szybko uwolnić od smutku.
- Ale raczej nie chcesz słuchać o włożeniu do jego mózgu nowej tożsamości i wątpię też byś miała ochotę na dalsze nudnawe opowieści jakiegoś nadętego rycerza Jedi, który uważa, że zjadł wszystkie rozumy.
Sunrider mimowolnie się uśmiechnęła słysząc żart, dotyczący pewnej anegdoty z przeszłości Aruna na Korelli, o której ten wolałby raczej zapomnieć. Niestety w mgnieniu oka oblicze kobiety powróciło do poprzedniego stanu, chociaż jego przyjaciółka była świadoma starań mistrza Jedi.
- Przepraszam, Arun – westchnęła po chwili, wkładając w słowa dużą dawkę rozgoryczenia i żalu – Po prostu... chyba wciąż nie mogę oswoić się z myślą, że Darth Rev... to znaczy Revan wciąż żyje.
Radena uśmiechnął się ze współczuciem wymalowanym na twarzy.
- Wierz mi Vima: Ja też nie mogłem o tym nie myśleć. Wciąż, raz za razem próbowałem wyrzucić wizerunek Dartha Revana z mojej głowy i zastąpić go tym sprzed wojny, ale zwyczajnie nie potrafiłem.
Sunrider kolejny raz uważnie zlustrowała rycerza.
- Czy ty... znałeś osobiście Revana?
- Tak... – mistrz prychnął – A przynajmniej tak mi się zdawało – Radena uśmiechnął się ironicznie – Naprawdę ciężko dobrze znać człowieka, który bezustannie zakrywa stalową maską swoją twarz, ale jedno ci powiem. Ten człowiek faktycznie był doskonałym dowódcą i wyśmienitym strategiem, a co najważniejsze, i chyba najdziwniejsze z tego wszystkiego: był uosobieniem dobra... Naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem przeszedł na Ciemną Stronę... ale jeżeli potęga Kuźni jest tak wielka, że nie może jej się oprzeć nawet największy z Jedi, to jakim cudem my mamy się przed nią ochronić?
- Być może Revan tak bardzo chciał stać się potężnym, aby czynić dobro i to go ostatecznie zgubiło? A może zwyczajnie nie miał wsparcia wśród innych Jedi i chciał pokazać, że jest lepszy niż myślą? Może w decydującym momencie zabrakło właśnie tego wsparcia i Revan nie był w stanie się już bronić przed ciemnością? Jedynie razem Jedi są w sile podołać wyzwaniu i pokonać Mrocznego Lorda Malaka – w tonie Vimy dało się teraz usłyszeć narastającą z każdym słowem determinację i zapalczywość, godną jej matki – Samodzielnie nie mamy szans. Widać to doskonale na przykładzie Revana i Malaka.
Mistrz Jedi pokiwał głową w pełni zgadzając się z opinią przyjaciółki.
- Każdego dnia, gdy służyłem pod rozkazami Revana – to znaczy przez ostatnie siedem tygodni Mandaloriańskich Wojen – i myślałem, że już wszystko o nim wiem, on zaskakiwał mnie czymś nowym. Później przestałem już nawet zastanawiać się nad tym, kim jest tak naprawdę Revan – Arun roześmiał się gorzko – Po prostu nie miałem szans, by go rozgryźć; każdą decyzję podejmował z sobie tylko znanych powodów, biorąc pod uwagę wszystkie możliwości – nawet te najbardziej nieprawdopodobne i jedynie raz się pomylił – w trakcie bitwy o Thisspias. Jakimś cudem doskonale wiedział, kiedy zaatakować, kiedy bronić, a kiedy się wycofać z pola bitwy – mistrz powoli wzruszył ramionami – Być może w ten sam sposób doszedł do wniosku, że musi się dowiedzieć, jaki jest sekret Gwiezdnej Kuźni... nie mam już pojęcia, jakimi motywami kierował się Revan.
- To by pasowało do tego, co o nim słyszałam – powiedziała Sunrider – Domyślam się też, że niewiele mówił, prawda?
- To jest właśnie powód, dla którego nie potrafiłem go zrozumieć – natychmiast odpowiedział – Raz mówił zwięźle i z sensem, drugi rozlegle i tajemniczo, a niekiedy w ogóle nic nie mówił i nikt nie wiedział czemu... to było najczęściej wtedy, gdy musiał podjąć jedną ze swoich ciężkich decyzji. W każdym bądź razie jego czyny wykazywały, że zawsze kierował się swoim sumieniem – nigdy też nie szastał siłami, które otrzymał od admiralicji na Coruscant. Nie pozwalał, by jego żołnierze ginęli, dlatego też kazał zainstalować tarcze ochronne i systemy katapultowania w Republic Fighterach. Ja mam jeden z tych zmodyfikowanych myśliwców.
- Z jednej strony to dziwne, że taki człowiek stoczył się w otchłań mroku – powoli rzekła córka Nomi Sunrider – Ale z drugiej strony zaś... to było możliwe i niestety stało się – kobieta zmarszczyła brwi, wpatrując się w Aruna – Tak swoją drogą to, co ty tam robiłeś?
Mistrz zaśmiał się krótko.
- Nie uwierzyłabyś, gdybym ci powiedział.
- Zobaczymy.
- Najwyższa Rada Jedi wysłała mnie, żebym... – tutaj Radena gorzko się zaśmiał – pilnował Revana i po powrocie na Coruscant złożył sprawozdanie o jego poczynaniach.
Vima rozszerzyła oczy ze zdziwienia.
- Nie wierzę w to... ciebie wysłali na przeszpiegi?
- Można to tak nazwać. Z tym, że Revan wiedział, że jestem tam z polecenia Rady.
Sunrider roześmiała się głośno, ale po chwili umilkła, tknięta pewną ciekawą myślą.
- To, co się stało, że nie poleciałeś na tamtą... wyprawę, z której Revan już nie powrócił?
- Po prostu Rada wysłała kogoś innego zamiast mnie – rycerz melancholijnie pokiwał głową – Przez cały ten czas zastanawiałem się, co by było gdybym poleciał... czy mógłbym zmienić przyszłość.
Sunrider pokręciła głową, smutnie patrząc w niebieskie oczy Radeny.
- Co się stało, to się nie odstanie... tak naprawdę, to nie chciałabym wiedzieć, co by było, gdybyś ty tam poleciał zamiast tego drugiego Jedi.
- Może masz rację.
Kobieta w końcu puściła dłoń – choć ciężko tu powiedzieć, kto kogo trzymał – mężczyzny i z rozbawionym uśmiechem udała, że przygląda się Radenie, jakby pierwszy raz go widziała.
- Czy to na pewno ciągle my, Arun? Chyba wystarczy nam już tych pseudo-filozoficznych rozmów na cały tydzień, nie sądzisz?
- Zdecydowanie – rycerz parsknął śmiechem, ale szybko spoważniał, studiując wciąż nieprzeniknioną twarz Vimy Sunrider – Ale skoro już przy tym jesteśmy... To jaki teraz jest „ten” nowy Revan? – brwi mężczyzny podniosły się – Lepszy, czy też gorszy?
- Dobrze chyba wiesz, że nie da się zakwalifikować nowego Revana do którejkolwiek z tych kategorii - kobieta ostentacyjnie wzruszyła ramionami – Jego czyny i dokonania wskazują wyraźnie, że nowy Revan jest teraz dużo silniejszy w Jasnej Stronie, niż przedtem...
- Jeżeli w ogóle można coś takiego powiedzieć...
- Właśnie. Gdybym miała zadecydować, czy Revan jest „lepszy” albo „gorszy” – Vima rozłożyła ręce – popatrzyłabym dokładnie na jego dotychczasowe wyczyny... czyli podsumujmy: Na Dantooine pogodził dwie rodziny, które nienawidziły się tak bardzo, że bez wątpienia powybijały by się nawzajem.
- To z pewnością duży plus.
Sunrider spojrzała się dziwnie na mężczyznę.
- Czy ja słyszałam sarkazm w twoim głosie Radena?
Arun uśmiechnął się zawadiacko.
- Ależ skąd mistrzyni Sunrider.
- To dobrze. Na Tatooine zdołał pokojowo rozstrzygnąć konflikt pomiędzy Tuscenami a Korporacją Czerka – wyliczała dalej kobieta – Na Kashyyyk powstrzymał łowców niewolników. Za to na Korriban, stolicy Sith odwrócił od ścieżek Ciemnej Strony dziesiątki osób, które opuściły planetę, z czego część dołączyła do nas.
- To jest faktycznie osiągnięcie godne pochwały – przyznał rację Vimie, tym razem bez prób słownych dygresji – Tak samo jak przekonanie Yuthury Van, że Sith to nie droga dla niej.
- Nie wspominając już o Dustilu Onasim, synu Cartha – ręce kobiety skrzyżowały się na piersi – Dodając do tego masę innych drobnych uczynków, które zmieniły życie paru istot na lepsze... za to wszystko mogłoby odpowiadać dziesięć osób, a nie jedna. To chyba wystarczy by uwierzyć, że Revan się odrodził jako Jedi, a nie Sith...
- Ale ty wciąż masz wątpliwości, nie? – łagodnie przerwał Radena – Cały czas nie jesteś pewna, czy Revan drugi raz nie popełni tego samego błędu.
Kobieta uśmiechnęła się powściągliwie, kiwając głową. Wreszcie westchnęła zrezygnowana.
- Zapewne masz rację. Nie powinnam się tak przejmować...
- W rzeczy samej – natychmiast potwierdził Arun – Ale znam cię i wiem, że nie możesz o tym nie myśleć... Tak samo jak ja – dodał nieco ciszej.
- Jakby nie powiedzieć, to chyba moja wada – Sunrider zaśmiała się lekko – W ostateczności, jeśli Revan będzie w jakikolwiek sposób wykazywał chęć... może to za mocne słowo... zdrady, to jego przyjaciele, mam przynajmniej taką nadzieję odwrócą go od mrocznej drogi.
- Hmm... oby tak w istocie było.
Przez chwilę długą na najwyżej pięć sekund oboje Jedi nic nie mówili, jedynie wpatrując się w zastanowieniu jedno na drugie. Po tych pięciu sekundach, gdy już zorientowali się, że dla zewnętrznego obserwatora wyglądaliby nieco nietuzinkowo, nie mogli powstrzymać śmiechu.
- I tak to się kończy.
Vima zaciekawiona znaczeniem ostatniego zdania Radeny, spojrzała głęboko w oczy przyjaciela. Moment później, gdy jakaś myśl przemknęła w głowie jasnowłosej kobiety na jej usta wypłynął promienny uśmiech, który dla Radeny zawsze oznaczał kłopoty. Widząc go zrobił szybki zwrot w kierunku kwater żołnierzy, natychmiast mówiąc:
- Powinniśmy już iść odpocząć, nie sądzisz?
Ułamek sekundy później mężczyzna poczuł na ramieniu silny uchwyt kobiecej dłoni.
- Nie tak prędko, Radena – miękko rzekła – Nie powiedziałeś mi jeszcze jak się tu dostałeś, nie pamiętasz?
- No tak, ale... – Arun zrobił niezadowoloną i najbardziej rozżaloną minę, na jaką go było stać, którą tylko odrobinę złagodził ciepły śmiech rozbawionej Sunrider.
- I tak cię to nie minie, więc lepiej żebyś to teraz opowiedział.
- Dobra... niech ci będzie.
Rycerz powiedział to z takim zniechęceniem, że Vima Sunrider obrzuciła go zdumionym spojrzeniem, w której ukryta była troska.
- Nie chcę cię naciskać – całkiem poważnie powiedziała, z niepokojem patrząc na minę Radeny – Jeżeli na prawdę nie ch...
- Nie – mężczyzna westchnął w odpowiedzi – Powiem ci jak to było... ale chyba to nie jest najlepsze miejsce na jakiekolwiek opowieści, nie myślisz?
Vima zachichotała i demonstracyjnie rozejrzała się po szerokim korytarzy okrętu.
- A znasz takie miejsce?
- Oczywiście – Radena posłał czarujący uśmiech zielonookiej mistrzyni Jedi – Pokładową jadalnię.
- Jadalnia? Nie brzmi zachęcająco...
- Nie martw się. O tej godzinie jest kompletnie pusta.
- Aha... – powiedziała bez większego przekonania – To chyba rzeczywiście będzie długa historia.
Arun nie odpowiedział, zaśmiawszy się tajemniczo.

**********

Dwie godziny później Vima Sunrider uznała, że to faktycznie wyjątkowo długa historia. Siedząc naprzeciw Aruna Radeny w zwykłej, niczym niewyróżniającej się od innych pokładowych jadalni – oprócz oczywiście koloru ścian, które tu były pomalowane całkowicie na żółto – zastanawiała się jakim cudem, to co właśnie jej opowiadał rycerz Jedi mogło być zwykłym streszczeniem ostatniego roku z jego życia. Według jej skromnego zdania, tyle co przeżył wtedy Radena starczyłoby na, co najmniej dziesięć lat, a nie „zaledwie” jeden krótki rok.
Niemniej jednak po dwóch godzinach słuchania jego niezwykłej opowieści, Vima z największym trudem wierzyła, że wciąż z tak wielkim zafascynowaniem wchłania każde zdanie, wychodzące z ust mężczyzny... to naprawdę było bardzo dziwne, nawet dla niej. Kobieta nie miał pojęcia, czy ma tak dużą cierpliwości, czy też może Arun tak perfekcyjnie opowiada historię, którą każdy inny pominąłby, biorąc ją za nieciekawą.
Z drugiej strony nie miała przecież jeszcze okazji usłyszeć żadnej jego opowieści, gdyż prawie wszystkie przygody z przeszłości warte wzmianki przeżywali właściwie wspólnie – pomyślał nareszcie Sunrider – Począwszy od Dantooine przez szkolenie u mistrza Vrooka Lamara... Ale przecież od czasu, gdy je ukończyli minęło niemal siedemnaście lat w czasie, których widywali się jedynie kilkakrotnie i jakoś nie pamiętała, by Radena cokolwiek miał wtedy opisywać... Ciekawe... Za to jest pewna, że ona w wieku szesnastu lat poznała Aruna i wtedy opowiedziała mu, co się stało dwa lata wcześniej na planecie Rhen Var, gdzie Vima po raz pierwszy poznała potęgę Mocy, ucząc się pod okiem Ulica Qel-Dromy...
Vima błyskawicznie powróciła duchem do historii Aruna, odcinając się od swoich myśli.
- ...wtedy zostaliśmy zaatakowani przez dwa oddziały Sith Trooperów, czyli jakichś dwudziestu żołnierzy, ale nie stanowili oni żadnego wyzwania dla nas, więc gdy tylko zauważyli sześć ostrzy mieczy świetlnych, zaczęli uciekać ile sił w nogach.
Kobieta zaśmiała się lekko i na wpół kpiąco.
- I tak to wielki mistrz Arun Radena oswobodził trzystu więźniów...
- Nie żebym się chwalił, no ale... – rycerz wykonał pobłażliwy gest, udając że ta akcja była jedynie drobnostką w jego karierze – Potem przenieśli nas na naprawdę ciężki kawałek przestrzeni w Gromadzie Hapes. Sithowie i Republika walczyli o ten region już od wielu miesięcy i sytuacja stawała się dla tych drugich coraz gorsza. Najpierw Republika straciła Gallionore, a potem Olanji. Doszło do tego, że omal nie zabrano nam Hapes, ale jakoś wybroniliśmy stolicę Gromady, choć straty w sprzęcie i ludziach były tak wysokie, że szkoda gadać... – w tym momencie Arun przerwał, nieznacznie się rumieniąc, kiedy dostrzegł, iż oczy jasnowłosej kobiety nieustannie świdrują go na wylot – Czy ja nie zanudzam?
Vima zakryła dłonią usta, nie mogąc powstrzymać śmiechu, słysząc z jakim żalem i bólem wypowiedział to pytanie jej przyjaciel, co przy okazji zamaskowało jej zamieszanie, związane z tym, że w tak jawny i wręcz bezczelny sposób patrzyła mu prosto w oczy.
- Skądże znowu, Arun. Świetnie ci idzie – zapewniła i przypomniała sobie reakcję sprzed dwóch godzin. Ciągle nie miała pojęcia, dlaczego rycerz tak bardzo wzbraniał się przed opowiadaniem swojej historii. Do tej pory nie było żadnego fragmentu, który mogłaby zaliczyć do bolesnych, oprócz pogromu Republiki nad Ando. Co prawda Vima bała się, że pytając może zranić jakieś uczucia mistrza, ale postanowiła się dowiedzieć, o co chodziło – Tak przy okazji... zastanawiałam się dlaczego tak bardzo nie chciałeś nic powiedzieć o swojej przeszłości.
- Dlatego, że...– Radena chrząknął, wyraźnie zakłopotany – Tak strasznie długo schodzi mi opowiadanie czegokolwiek.
Sunrider spojrzała na mężczyznę jakby pierwszy raz go zobaczyła, zupełnie nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Po prostu ja mam coś takiego, że... jakby to powiedzieć... ja potrafię opowiadać, opisywać i ogólnie rzecz ujmując przedstawić wszystkie wydarzenia tylko ze szczegółami... albo w ogóle. Jakoś nie umiem niczego streszczać.
Vima rozdziawiła usta, w niedowierzaniu kręcąc głową.
- A ja cały czas myślałam, że chodzi o jakieś wydarzenie, o którym wolałbyś zapomnieć.
Radena zaśmiał się półgłosem, po czym uśmiechnął się współczująco do kobiety.
- Na szczęście nic z tych rzeczy.
- Tylko nie myśl, że teraz to, ci daruję. O nie Radena, nic z tych rzeczy... – rzekła wreszcie z udającym groźny błyskiem oka – No więc jak to było z tym Hapes?
Mistrz Jedi zrezygnowany, pokręcił głową.
- No to wpadłem... – zrobił krótką przerwę i kontynuował – Kiedy przybyliśmy na miejsce...

**********

Po dniu pełnym wrażeń, który spędził razem z Vimą Sunrider, zmęczony Arun Radena skierował się wprost do swojej kwatery. Zupełnie odcinając się od zewnętrznego świata, położył się w swoim łóżku i natychmiast zasnął. Sen miał bardzo niespokojny.
Nagle Arun otworzył szeroko oczy i poczuł, że znajduje się w bardzo znajomym miejscu... żółto-beżowa trawa łagodnie falowała, unosząc się na lekkim, acz chłodnym wietrze, który silnie poruszał gałęziami, rosnących gdzieniegdzie rozłożystych drzew, a srebrno-szare chmury zupełnie pokryły swoimi cielskami słońce i na rozległą równinę, poprzecinaną niewielkimi pagórkami padł mroczny, budzący niepokój i skrytą grozę cień. W oddali rozległ się jękliwy odgłos jakiegoś zwierzęcia.
W tym momencie Radena zobaczył obok siebie mężczyznę ubranego w obszerny płaszcz i brązową tunikę, przepasaną czarnym pasem, na którym błyszczał się srebrzysty cylinder. Trzymając ramiona oparte na bokach, otoczony falującym niespokojnie płaszczem mężczyzna przystawił sobie doń do skroni, ponad którą, poruszane gwałtownie coraz mocniejszym wiatrem czarne włosy, ruszały się we wszystkie strony.
Mężczyzna gwałtownie odwrócił się do tyłu i zobaczył przed sobą ciepło uśmiechniętą do niego dziewczynę o jasnych włosach i podobnym doń ubraniu. Młody mężczyzna również rozpromienił się i spokojnie podszedł do dziewczyny. W tej chwili młodzieniec zwalił się na ziemię i Radena nieświadomie krzyknął. Dziewczyna, jakby nie zauważyła niczego, ani też nie słyszała krzyku spokojnie stała nad mężczyzną, a Arun rzucił się na pomoc leżącemu na brzuchu mężczyźnie. Szybko przewrócił go na plecy i odskoczył, gdy zajrzał w jego twarz, z przerażeniem patrząc raz na dziewczynę, a raz na młodzieńca przed nią.
Radena osunął się na kolana i obie postacie powoli rozmyły się w powietrzu. Dokładnie w tej chwili zerwał się gwałtowny i srogi wiatr, a równinę opanowała niemal zupełna ciemność.
Nagle przed nim zamajaczył jakiś cień, zupełnie inny niżeli ten, który oplótł równinę. Cień zamienił się w ludzką postać i wskazał mu jakiś odległy punkt za niewysoką skarpą, odcinającą się od reszty powierzchni. Widmo rozmyło się w powietrzu i raptem ponownie pojawiło kilkanaście metrów dalej. Arun zaczął biec w kierunku zjawy, lecz gdy tylko zbliżał się do niej na małą odległość ta znikała i stała dalej. Radena biegł za widmem, aż dopadł skarpy, na którą się wdrapał.
Stanął na jej czubku i ujrzał w oddali zasnute ciemną chmurą dymu ruiny jakiegoś wielkiego budynku, a wokoło setki palących się drzew i doszczętnie spaloną trawę otaczającą je zewsząd.
Widmo powtórnie znalazło się przed oczami Radeny, lecz tym razem było ono wyraźne. Zjawa była wysokim, długowłosym młodym mężczyzną, który był ubrany w dziwny strój i trzepoczącą na wietrze pelerynę. U boku wisiał srebrny cylinder o dwóch zakończeniach. Twarde rysy mężczyzny nie rozpogodziły się, a jego ręka wskazała palące się ruiny.
Raptownie Arun znalazł się tuż przed owymi ruinami, które jednak już się wypaliły, sczerniałe od ognia. Radena odwrócił się na wszystkie strony, lecz nie dojrzał już tajemniczej zjawy. Wszedł między dwa zrujnowane mury i poszedł dalej. Nagle stanął i spojrzał w dół. Na zniszczonej podłodze widniało dziesiątki nierozpoznawalnych śmieci i pogiętych kawałków metalu. Raptownie zauważył skrawek brązowego materiału i podniósł go. Wtedy spostrzegł leżące w szczątkach sczerniałego muru ciało. Dopadł do niego i odgarnął kamienie z twarzy. Zobaczył oblicze czerwonoskórego Twi’leka, odzianego tak samo jak młodzieniec i dziewczyna, których ujrzał na równinie. Martwe oczy obcego zaświeciły w blasku promieni słońca, które nagle wynurzyło się spośród olbrzymiej czarnej chmury i natychmiast zanikło. Radena krzyknął i odsunął się jak mógł najdalej od nieżyjącej istoty. W tej chwili potknął się o coś i padł na ziemię. Odwrócił głowę w bok i spojrzał prosto w oczy innego trupa. Przerażony, zerwał się na nogi i zaczął uciekać. Z każdym krokiem spostrzegał coraz to nowe szczątki istot, które niegdyś były żywe. Poskręcane w różnych pozycjach martwe ciała były przygniecione stosami kamienia, nadpalone przez ogień, zupełnie zwęglone... Nagle potknął się, lecz tym razem nie upadł, choć powinien.
Przed nim stał oparty o szczątki muru mężczyzna w starczym wieku. Jego rysy były łagodne, lecz wcale takimi się nie wydawały.
Twarz mężczyzny była jakaś znajoma.
Radena pokręcił głową i z żałobnym krzykiem cofnął się o jeden krok. Arun rozejrzał się we wszystkie strony. Przerażenie było wszystkim, czego doświadczył, kiedy rozpoznał nadpalone zgliszcza.
W tej chwili zamajaczył przed nim cień mężczyzny z długą peleryną i rozwianymi na wietrze włosami.
Jego też Arun rozpoznał.
Z krzykiem bólu, złapał za cylinder, leżący obok ciała starego mężczyzny i rzucił się na mroczne widmo...
Arun Radena obudził się, zalany potem. Niespokojnie uniósł się ponad łóżko. Rozbieganymi oczyma rozejrzał się po przyciemnionym wnętrzu kwatery i parę razy głęboko odetchnął, po czym cicho opadł z powrotem na łóżko.
Wizja ruin na Dantooine poruszyła nim do głębi. Gdyby nie był rycerzem Jedi, powiedziałby, że to zwykły, nic nie znaczący koszmar. Ale jako, że jest Jedi i tak naprawdę pierwszy raz w życiu miał jakikolwiek sen, to może to być coś poważnego. Wciąż roztrzęsiony, zaczął myśleć, czy to, czego przed chwilą doświadczył to wizja przeszłości, czy też może jego wyobraźnia, złączona z emocjami, wywołanymi przez wiadomość o katastrofie na Dantooine wytworzyła coś takiego...
Mistrz Jedi potarł czoło i pomyślał jak bardzo jest zmęczony i, że nawet jeżeli była to wizja przeszłości, to tyczy się ona jedynie przeszłości. Nic więcej. Z tym, że pojawienie się w tym śnie Exara Kuna nic dobrego nie wróży...
Cóż miało to znaczyć?
Arun Radena nie zamierzał jednak wnikać w znaczenie tego snu i z postanowieniem, że nie będzie go już nawet wspominał, ponownie zasnął.
Tego było już za wiele dzisiejszego dnia...

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 13 paź 2004, 17:49 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 1767
Lokalizacja: Łódź
Jedi Nadiru Radena, Sir!
"Po dniu pełnym wrażeń", gdyż albowiem w całości i w szczególe ;) nie znam KOTORa, postanowiłem zaznać rozrywki zwanej lekturą przy "Rozdziale III" twej opowieści, gdyż tym razem ponoć miało być ciekawiej... :?

Nie wiem jak wy, ale ja juz dosyć często uczestniczę w powiedzmy "obiadkach" rodzinnych z okazji imienin (wstaw co ci odpowiada) ciotki, wujka, brata, szwagra czy szwagierki. Bywa różnie...
Czasem wchodzisz, a tu przed tobą stół zastawiony, aż się ugina i nie wiesz od czego masz zacząć. I gdyby nie wujek z jego dowcipami to pewnie następnego dnia niewiele by pod kopułką zostało... Papu, kielich, gadu-gadu, papu, chyba znowu to samo, bo skąd inne, kielich etc.
Ale bywa i inaczej. Zaproszą na obiad. Przychodzisz. "Klapa, buźka, goździk". Siadasz, a na stole tylko zakąski i połówa. "This is it!" Pogadać, przekąsić, chlapnąć, pośmiać się, powspominać i od czasu do czasu na stół sunie kolejne danie "główne", a każde następne lepsze i ciekawsze. I ani się spostrzegasz, a tu już pora zmywać się na chatę, a ochota na imprezowanie nie mija... Fakt, czasem tak bywa. Różnica wydaje się niewielka, ale diabeł tkwi w szczegółach. ;)

Jedi Nadiru Radena, Sir!
Stop! Medytować ci potrzeba, gdyż mimo rozdziału III nadal nie widzę specjalnej różnicy między opisem, a dialogiem, a akcja "porywa" mnie jak kolejna, Maker wie jakiej produkcji, telenowela.
Wydaje mi się, że to nie tak. Czytelnika wciągnąć trzeba, zaskoczyć, co ciekawsze kąski podsunąć z nienacka. To ma być jak spływ górską rzeką, a nie wiosłowanie pod wiatr. To ma być frajda. Od czasu do czasu adrenalinka, a potem chwila wypoczynku i zanim czytelnik się zorientuje znowu kopa adrenalinki i tak do samego końca, aby nie usnął, a wspominał przez lata. Oto opowieść przygodowa na miarę "Star Wars"!

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 14 paź 2004, 11:55 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
No dobrze, Lorienjo. Przyznaje się do porażki.
Powiedz w takim razie, co możesz mi zasugerować w kwestii tworzenia opowiadań SW.
Bo trochę jestem skołowany, a pomoc by się (jak widzę) przydała.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 14 paź 2004, 12:33 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 1767
Lokalizacja: Łódź
I tu leży pies pogrzebany. Jak? :?:

Jakbym wiedział jak to sam bym pisał. Spróbowałem kiedyś opisać cudze pomysły ze SW Tales, ale nie do końca byłem zadowolony (może poproszę Pafawaga, aby wrzucił je do "Opinii"). Mam nawet jeden swój pomysł, ale nie wiem jak opisać początek, od którego sporo zależy. Jednym słowem to trudne. ;)

Zawsze uważałem, że zaczynać się powinno od form krótkich, ale Misiek z LO2 z lekka nadszarpnął moje przekonanie (chyba, że "oszukuje" i ma na koncie grubą teczkę opowiadań). Czyli nie wiem, nie jestem guru. Jest w sieci trochę materiałów, wprawek, ćwiczeń (patrz chociażby na Gildii), ale dla mnie zawsze najważniejsza była reakacja czytelnika, a nie koniecznie zgodność z kanonem. Choć pewne fundamentalne zasady są nienaruszalne, ale o tym samemu wcześniej, czy później każdy się przekona. Chociażby układ dramatu greckiego, bo to dobrze działa w każdej prawie dziedzinie słowa.

Jestem czytelnikiem. Biorąc do ręki SW szukam rozrywki, przygody. SW to przygoda i taką powinny pozostać. A więc historia ekscytująca, zaskakująca, dynamiczna ("Zdrajca" wcale nie zaprzecza tej koncepcji). A do języka to mam tylko tyle, abym się nie "potykał" przy lekturze (mój ulubiony motyw z "piosenką").

Jedi Nadiru Radena, Sir!
Jak widzisz nie czepiłem się ani pomysłu, ani języka, tylko tej ogólnej monotonii. Prawie przysypiałem. Ale to być może tylko moje wrażenie. Ciekawiej tu było, gdy wypowiadało się więcej fanów, a co niektórzy nawet mieli ku temu odpowiednie "narzędzia". I nie zawsze się zgadzaliśmy (patrz: Konkurs). Bywały momenty, że podobno fatalnie językowo opowiadanie, akurat mnie odpowiadało bardzo. Ale bywało i na odwrót, język ok za to nuda. Teraz wam został jedynie marudny droid. :|

Rady szukasz? Pisz, to najważniejsze i testuj różne pomysły, oczywiście na czytelniku (sęk w tym, aby kogoś zmusić do przeczytania, kto nie będzie ci kadził ;) ). Gdy w końcu trafisz w sedno skrobnij coś dłuższego. A może zacznij jak A.S.? Od super konkursu z super nagrodami? Jak się wstrzelisz sam zostaniesz guru. ;)

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Cz 14 paź 2004, 13:26 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
Widzę jak się sprawy trzymają... Dla mnie w każdym bądź razie SW jest czymś więcej niż rozrywką i przygodą. To prawda, że historia powinna być zaskakująca, escytująca, ale nie zawsze musi być dynamiczna. Często to szkodzi (np. w Cieniach Imperium, gdzie jest przerost akcji, nad treścią, która to mogła być dużo lepsza. Autor lepiej mógłby wykorzystać wątek Vadera - Luke'a), a niekiedy nie jest potrzebne. Zdrajca przykładem. Ja wole książki bardziej "uduchowione", ale nie narzekam na ich brak w EU.

Tak, czy inaczej: co rozpocząłem, to należałoby zakończyć. Toteż wstawiam tu czwarty rozdział KOTOR Ostatnia Bitwa. Raczej niewiele zmieni on opinię Lorjenjo o OB, ale są jeszcze dalsze, (I hope) ciekawsze rozdziały.

Rozdział IV
**********

Minęło kilka długich dni od owego dramatycznego snu oraz momentu, od którego VI Flota wyruszyła z Republic City i teraz – kiedy do wyjścia z nadprzestrzeni pozostało zaledwie kilkanaście minut – Arun Radena doszedł do przekonania, że dni te przeminęły dla niego nadzwyczaj szybko i zarazem bardzo udanie.
Większość tego czasu – który zwyczajnie dłużył się każdemu normalnemu człowiekowi do granic nieskończoności – spędził pogrążony w rozmowach z Vimą Sunrider o sprawach bardziej lub mniej „przyziemnych” z czego jedna zaszła nawet na sprawę wyboru ostatniego Wielkiego Kanclerza, co wcześniej byłoby chyba czymś, czego nigdy by nie tknął. Niemniej jednak resztę okresu sześciodniowej podróży nadprzestrzennej wypełnił trenowaniem na symulatorach – gdzie zmierzył się z samą Vimą i które to spotkanie wolałby rycerz szybko zapomnieć - oraz wizytami na mostku w celu opracowania szczegółów rozmieszczania poszczególnych eskadr myśliwskich, czy też taktyki walki w najróżniejszych warunkach strategicznych. Kilka tygodni ze starym Revanem odstawiło swoje piętno. Czasem miał również sposobność porozmawiać z trzema członkami jego tuzina, obecnymi na pokładzie „Saviora”: Jekalem, Hoggim i Nawe Corem. Za to w ciągu trzech ostatnich dni nadział w harmonogram nowe zajęcie, gdyż namówił Vimę na kilkanaście treningowych pojedynków na miecze świetlne. Niestety – zgodnie z przewidywaniami rycerza – dziewięć z nich przegrał i jedynie cztery wygrał... ale mimo to dobrze było sobie przypomnieć parę ciosów i sztuczek wyuczonych dawno, dawno temu.
Stojąc przed stalowymi drzwiami we wnętrzu pomieszczenia, służącego za sypialnię dla pięciu ludzi, mężczyzna przyczepił miecz świetlny do pasa, który poprawił na sobie moment wcześniej, strzepując z oczu ostatnie resztki snu. Zgodnie z radami Vandara Tokare nie złożył kombinezonu pilota, lecz pozostał przy swojej zwyczajowej tunice Jedi. Mistrz uważał po prostu, że w wypadku, gdy Kuźnia okaże się stacją, lub okrętem – co jest prawie pewne – trzeba będzie wysłać Jedi do jej wnętrza i zmierzyć się z Sithami wewnątrz niej. A wtedy ciężkie i nie nadające się do walki kombinezony będą bardzo przeszkadzać. Co prawda Radena pozbawiał się szans przeżycia, jeśliby został zestrzelony, ale należało podjąć ryzyko. W końcu odgarnął czarne włosy do tyłu i nareszcie otworzył drzwi. Zanim postawił pierwszy krok, błyskawicznie doskoczyła do niego Vima Sunrider, uśmiechając się przyjaźnie, ale z wyrzutem.
- Arun jak zawsze ostatni.
- Tym razem chciałem się naprawdę dobrze wyspać.
Vima z powątpiewaniem na twarzy obrzuciła go spojrzeniem i na jej usta wypłynął nader tajemniczy uśmiech.
- To widać. Tak czy inaczej, lepiej żebyśmy poszli do hangaru, gdyż za chwilę „przybijemy” do pewnej Kuźni.
Nim Radena cokolwiek zdążył powiedzieć, Sunrider ruszyła żwawym krokiem do windy, co lekko wznieciło podejrzenia w umyśle mistrza, ale jak spojrzał na swój chronometr, zaczepiony wokół jego lewego nadgarstka i zobaczył, że zostało niecałe siedem minut do wyjścia z nadprzestrzeni wszystko się rozjaśniło i również przyspieszył. Gdy byli już w połowie drogi Vima oznajmiła:
- Flota wyskoczy z hiperprzestrzeni niecałą sekundę wcześniej niż planowano.
- Sekundę? Hmm... to będzie jakieś... – Arun szybko zrobił odpowiednie obliczenia w głowie: Jeżeli poruszamy się z szybkością około stu tysięcy razy większą od prędkości światła w nadprzestrzeni... a przynajmniej tyle wychodzi, jeżeli popatrzy się na to, jak szybko przeleci się daną odległość, choć wiadomo, że w hiperprzestrzeni nie obowiązują żadne tradycyjne reguły... hamując dojdziemy do dziesiątej prędkości światła, co oznacza, że przebylibyśmy w ciągu tej jednej sekundy prawie jedną milionową roku świetlnego... – Jakieś dziesięć milionów kilometrów od Gwiezdnej Kuźni, czyli z prędkością podświetlną dolecimy tam w... dwadzieścia minut.
Sunrider kiwnęła nieznacznie głową.
- Dokładnie – kobieta rzuciła mu rozbawione spojrzenie - Jak widać czasy nauki zapadły ci się w pamięć bardziej niż mnie.
- Chyba żartujesz. To wszystko przez to, że przerabiałem kiedyś teorię nadprzestrzeni na Dantooine – czarnowłosy mężczyzna zmarszczył brwi - Nie pamiętasz tego?
- Ledwo, ledwo... ale pamiętam. Uczył cię tego tamten Givin... nazywał się bodajże Yui, czy jakoś tak. Ja nic z tego wszystkiego nie zrozumiałam.
- No właśnie, Yyui – sprostował rycerz, szczerząc szeroko zęby – Mogę ci przypomnieć, co nieco z tego, jeżeli oczywiście chcesz.
Vima niepewnie wzruszyła ramionami.
- Czemu by nie? Najlepiej o tym hamowaniu.
- Załóżmy, że podróżujemy z prędkością stu tysięcy szybkości światła – rycerz odniósł wrażenie, iż tak naprawdę jego przyjaciółka wszystko to wie; pomyślał, że Vima rozpoczęła rozmowę po, to aby nie tylko móc posłuchać Radeny, ale także by choć przez chwilę nie myśleć o nadchodzącej batalii i jej skutkach. Dlatego też kontynuował - Takie właśnie ma maksymalne osiągi nasza flota. Wiesz, niewielu tak naprawdę to wie, ale w czasie skoku w hiperprzestrzeń nasza mała armada rozpoczęła od dziesięciu prędkości światła i dopiero po trzydziestu minutach dobiła się do stu tysięcy. Inaczej mówiąc przyspieszała w nadprzestrzeni jakieś pięćdziesiąt pięć prędkości na sekundę. Tak samo jest z hamowaniem, tyle że z drugiej strony.
Sunrider pokiwała głową a na jej twarzy ukazała się kwaśna mina.
- Teraz to sobie przypominam. Z tego, co wiem niektórzy myślą, że maksymalna szybkość to przychodzi od razu po skoku.
- Niestety. A wystarczy przecież porównać normalne wyjście z nadprzestrzeni a to, kiedy ściągnie cię okręt interdykcyjny. Tam masz łagodne, a tu wyrwanie takie, ze nawet tłumiki inercyjne tego nie mogą zrównoważyć. Być może kiedyś to się zmieni...
- He, a pomyśleć, że kiedyś uważano, że nie da się przekroczyć prędkości światła...
- Nie ma co się dziwić. W końcu te trzydzieści tysięcy lat temu podróżowano z marnym napędem atomowym, kiedy hipernapęd był jedynie marzeniem kilku zwariowanych osób.
- Tak...
Przeszli w milczeniu kilkanaście kroków, aż odezwała się mistrzyni Jedi.
- Jak wiesz na pokładzie „Saviora” pozostało wielu naszych pilotów, dowódców i Jedi, którzy mają uczestniczyć w bitwie i trzeba ich stąd zabrać – tu Vima uśmiechnęła się w stronę Radeny – W sumie ja też się do nich zaliczam, więc bardziej pasuje słowo „nas”.
- Weźmiecie tamten prom, co jest w hangarze i polecicie nim na jeden z tych lotniskowców.
- Właśnie.
Co prawda Radena wiedział to od samego początku, ale pewności nigdy nie za wiele. Ta sekunda może trochę zmienić, i to na ich korzyść – pomyślał rycerz – Flota będzie miała więcej czasu na zmianę formacji w zależności od ruchów i ilości maszyn wroga. Poza tym lepiej będziemy się orientować, z czym mamy do czynienia – Zwłaszcza jeżeli chodzi o Gwiezdną Kuźnię.
I tak nim się obejrzał, wchodził już przez szerokie wrota lądowiska. Od razu rzucił mu się nadzwyczaj wzmożony ruch personelu wokół wszystkich trzech pojazdów: jego myśliwca, maszyny Jekala, a najbardziej, co zresztą oczywiste wokoło kanciastego, piętnastometrowego promu klasy Eta, który ledwo się mieścił w niewielkim hangarze, przewiercającym kadłub okrętu na samym środku, gdyż zajmował całą szerokość pokładu. Największe pomieszczenie „Saviora” zakończone było dwoma gigantycznymi śluzami po obu stronach, tak, że gdyby znalazł się jakiś wariat, to mógłby próbować przelecieć przez statek bez postoju.
Zanim jednak przeszedł pierwsze trzy metry, spostrzegł sznur ciągle wchodzących i wychodzących z promu żołnierzy, pilotów Republiki i Jedi. Przez chwilę nawet mignęła mu na rampie sylwetka Xofe Jaace’a, a tuż po nim jego skrzydłowego, Sullustanina Haggi’ego. Trudno było również nie dojrzeć Bothanina Sonmila Dey’lyę, który stał obok rampy, wyglądając na wszystkie strony, jakby kogoś szukając i nie było zbyt ciężko domyśleć się, o kogo chodzi.
- Mistrzyni Sunrider – powiedział szybko pokryty sierścią osobnik – Prom odlatuje natychmiast po wyjściu z nadprzestrzeni, czyli za trzy i pół minuty, więc proszę wsiadać do środka.
- Dziękuję komandorze – uprzejmie podziękowała i po odejściu żołnierza, odwróciła się do runa z ciepłym uśmiechem na twarzy – Nasze ścieżki ponownie się rozchodzą, mistrzu Radena.
Arun powoli skierował wzrok na zielone oczy kobiety.
- Niestety – rycerz pomyślał, że to wielka szkoda, iż muszą lecieć w oddzielnych eskadrach, ale z drugiej strony to i dobrze; piloci pod dowództwem Vimy mają większe szanse przeżycia pod jej rozkazami, niż ktokolwiek inny. Jedi uśmiechnął się miło, choć smutnie – Wreszcie dopięliśmy swego, nie? Znaleźliśmy Gwiezdną Kuźnię i właśnie lecimy rozpylić ją na atomy.
- I jeżeli wszystko pójdzie jak trzeba, ta wojna zostanie nareszcie zakończona...
- Tak... – Radena przybrał minę zdobywcy i wypiął pierś - Ale od czego jesteśmy my, dzielni rycerze Jedi, nie?
Sunrider przywołała zgryźliwy półuśmiech na usta.
- A jak... – po chwili uśmiech zbladł i powróciła troska i zastanowienie – A tak na poważnie; ta bitwa nie będzie spacerkiem i choć myślę, że wygramy, to straty mogą być olbrzymie.
- Musimy się z tym liczyć, Vimo.
Kobieta odwróciła głowę w kierunku wnętrza promu. Coraz mniej osób do niego wchodziło i wyglądało na to, że za jakąś minutę rampa zacznie się składać.
- Jak to mówił mistrz Vrook: Wszystko ma swój początek i koniec. Ta wojna trwa już stanowczo za długo, więc czas ją skończyć. Zbyt wielu ucierpiało już z jej powodu.
- Niestety... zbyt wielu – Arun powrócił myślami do Dantooine i natychmiast tego pożałował. Nie czas teraz na to, od razu wprowadził to zdanie do głowy. Muszę się skupić na bitwie. Z takim postanowieniem, zajrzał głęboko w oczy towarzyszki - Powodzenia, Vimo i niech Moc będzie z tobą.
Sunrider zaśmiała się cichutko, nieznacznie kręcąc głową.
- Hej, Arun. Nie martw się tak. Na pewno wygramy.
- Wiem – odpowiedział, choć nie o to się tak naprawdę martwił. Poklepał przyjaciółkę w ramię, przywołując nikły uśmiech – Pokaż im jak się pilotuje prawdziwe myśliwce!
- Nawet nie zauważą, co ich trafiło! – uśmiechnęła się ciepło i już całkiem poważnie dokończyła – Niech Moc będzie z tobą.
Vima Sunrider odwróciła się i znikła w czarnej czeluści wnętrza bezkształtnego promu kosmicznego. Arun ostatni raz obejrzał się na niego i szybko doskoczył do swojego myśliwca, jak zawsze gotowego do startu. Kierując się wzdłuż kadłuba, musnął gładki metal smukłej maszyny, ale zanim zdążył wspiąć się na Republic Fightera, nagle drogę zagrodził mu młody republikański technik w brązowo-czarnym kombinezonie.
- Maszyna jest sprawna i gotowa do boju! – krzyknął rozentuzjazmowany chłopak – Niech pan rozpyli tych Sithów na atomy, sir!
- Dziękuję – odrzekł, wsiadając do myśliwca z wypisanym na ustach uśmiechem. Ach ci młodzi – pomyślał – zawsze chętni rzucić się w wir walki. Niestety, najczęściej kończy się to gorzej niż źle... Kto wie? Może gdyby teraz spojrzał na siebie sprzed dwudziestu lat, również zobaczyłby takiego samego człowieka, jak ten młody technik.
Nim zdążył założyć brunatny hełm pilota, do jego uszu doleciał aż za bardzo znajomy śmiech. Rycerz odwrócił głowę i popatrzył prosto w twarz Jekala, który szczerząc zęby w szerokim uśmiechu, wskoczył do swojej maszyny.
- Teraz pokażemy im jak się lata! Po Sith Fighterach nie pozostanie nawet najmniejszego śladu! – rzucił z wielką zapalczywością w głosie i niezwykłym, jak na niego podnieceniem w oczach.
- Tylko nie popisuj się i nie zrób niczego głupiego, Jekal – ostrzegł natychmiast Radena podnosząc jedną brew. Doświadczony rycerz oglądał już za całe mnóstwo bitew, w których zginęło zbyt wielu młodych pilotów, niesionych natchnieniem i emocjami. Moment później jednak uśmiechnął się ironicznie - Przecież przed chwilą wypowiedział prawie te same słowa, co Jekal do Vimy Sunrider...
- Hej, Arun – chłopak znowu wyszczerzył zęby – To w końcu ja, nie?
Mistrz Jedi jedynie pokręcił głową, ale po chwili na jego ustach pojawił się lekki półuśmiech.
- Uważaj na siebie. Nie chcę stracić najlepszego pilota w eskadrze.
Jekal zasalutował okutą w rękawicę dłonią.
- Nie stracisz – uroczyście obiecał i mrugnął okiem do starszego mężczyzny – Daj im popalić, Arun!
Radena trzasnął w jeden z przełączników na konsolecie myśliwca i srebrzysta owiewka gładko zsunęła się do tyłu, zamykając się z przyduszonym sykiem.
- Oby, Jekal. Oby.
Rycerz Jedi zapiął oba pasy sieci bezpieczeństwa, które skutecznie przytrzymywały go do fotela, włożył na głowę hełm, po czym założył na obie ręce dwie czarne rękawice. Choć nie za bardzo lubił je nosić, wiedział, że gdy jego ręce zaczną się pocić w trakcie bitwy może to być niezwykle niebezpieczne; a w żadnej sytuacji ześlizgnięcie się dłoni ze sterów nie mogło być korzystne.
Radena ponownie spojrzał na swój czasomierz. Minuta i czterdzieści sekund. Jedi tracił kilka przełączników na pulpicie, który w jednej chwili rozjarzył się blaskiem, pobudzony do działania. Po niecałej minucie – w czasie, której Arun dla stuprocentowej pewności pobieżnie sprawdził wszystkie ważniejsze podsystemy; robiąc to znowu zaczął żałować, że żaden z modeli Republic Fightera nie posiada miejsce na gniazdko dla droida. Ile mógłby dać, aby wpakować do niego astromecha typu E4... jakże łatwiejsza stałaby się praca pilota. Na nieszczęście dopiero od niedawna zaczęto stosować roboty w pojazdach myśliwskich i w tej chwili jedynie ciężki myśliwiec uderzeniowy modelu Guardian takowym dysponował. Gdy skończył sprawdzanie, wyjrzał jeszcze poza transparistalową owiewkę na ostatnich, krzątających się po lądowisku, jak po ukropie mechaników i techników. Kątem oka spostrzegł, iż rampa promu kosmicznego powoli zaczyna się unosić i włączył silniki swojej maszyny.
Po krótkiej chwili dało się usłyszeć cichy pomruk generatorów repulsorowych i pojazd łagodnie podniósł się w górę. Odczekując kolejne dziesięć sekund, Jedi pomyślał, że choć w Republic Fighterach nie ma droidów to jak na dzisiejsze czasy, myśliwce te da się uruchomić i na dodatek w ciągu zaledwie niecałej minuty wszystkie systemy działają: począwszy od napędu, sterowania, nawigację po uzbrojenie i zamontowane kiedyś na polecenie Revana osłony.
Kiedy pozostało już tylko dwadzieścia sekund pilot musnął manetkę akceleratora i operując silnikami manewrowymi, łagodnie odwrócił w powietrzu republikański myśliwiec, w stronę olbrzymiej grodzi, oddzielającej hangar od mrocznej próżni.
I oto tak długo oczekiwana chwila nadchodzi – pomyślał – Nareszcie Gwiezdna Kuźnia pokaże swoje prawdziwe oblicze.
W przebłysku czasu, gdy „Savior” wkroczył z powrotem w normalną przestrzeń, gigantyczne odrzwia rozpoczęły rozsuwać się na górę i dół, zastąpione przez magnetyczną zasłonę chroniącą przed wypłynięciem powietrza na zewnątrz... a właściwie to można powiedzieć, że przed wdarciem się próżni do środka okrętu.
Ułamek sekundy po opadnięciu wrót, mistrz wyprowadził Republic Fightera poza magnetyczną osłonę i znalazłszy się na zewnątrz, pchnął przepustnicę tak, że ciąg pojedynczego silnika fuzyjnego zwiększył się do siedemdziesięciu procent mocy. Natychmiast przesunął całość mocy osłon na dziób i skierował przód maszyny prosto w stronę punktu, gdzie powinna się znajdować Gwiezdna Kuźnia, oczekując niespodziewanego ataku statków wroga.
Nic jednak się nie stało.
Arun Radena głęboko wciągnął powietrze i z ulgą je wypuścił – jego teoria o pułapce na szczęście się nie sprawdziła. Nie ma ani pułapki, ani okrętów Sithów, czekających by rozszarpać VI Flotę Republiki. Nic. Niemniej jednak mogli oni czekać gdzieś dalej... – rycerz pomyślał, że to bezsens przejmować się czymś takim, skoro nie widać przeciwnika...
Mistrz zmarszczył brwi i mocniej wytężył wzrok.
No właśnie. Jedyne, co widać to jakiś system słoneczny, a dokładniej świecącą krystalicznym blaskiem gwiazdę i krążącą po jej orbicie planetę... właściwie nie planetę, tylko gazowego giganta; normalnie wyglądającą kulę białego gazu – Arun jeszcze bardziej zmarszczył brwi i pochylił się w fotelu, na tyle ile mu pozwalały pasy ochronne – Coś nie było w porządku z tą gazową planetą... z jej górnej części (jeżeli można mówić o czymś takim jak „góra” czy „dół” w próżni) wzlatywał na długość jej średnicy cienki warkocz gazu, kończący się czymś, czego nie mógł dostrzec z odległości dziesięciu milionów kilometrów, więc Radena zrezygnował. Gdyby mimo wszystko miał zgadywać, powiedziałby, że na samym czubku owego zagadkowego strumienia znajduje się Gwiezdna Kuźnia.
Ciekawe, dlaczego mam złe przeczucia, co do tej Kuźni... – zastanowił się ponuro – Bardzo złe przeczucia, co do niej...
Jako, że nic ciekawego nie było już do oglądania, Radena szybko odwrócił myśliwiec, ściągając przepustnicę do zaledwie jednej dziesiątki mocy, stając się świadkiem błyskawicznego odlotu promu kosmicznego Republiki, po którym pozostała jedynie oddalająca się poświata czterech jasnych punktów, stanowiących silniki maszyny. Poza tym, przy manewrze zwrotu spostrzegł, iż myśliwiec Jekala znalazł się tuż obok jego prawej burty, dostosowawszy się do ciągu jego pojazdu.
Nie czekając chwili dłużej rycerz Jedi płaskim ruchem dłoni uruchomił komunikator i ustawił go na częstotliwość taktyczną, którą dzielił wyłącznie z Jekalem.
- Jak tam, Jekal?
- Wszystko w porządku, Arun – w tonie młodego pilota dało się odczuć wyraźny niepokój – Nie spodziewałem się zobaczyć coś takiego.
- Szczerze mówiąc chyba nikt się nie spodziewał.
- Noo... Nigdy jeszcze nie widziałem takiej gazowej planety, a ty?
- Też nie – zaprzeczył od razu, moment później zaśmiawszy się lekko – Z tym, że ja miałam okazje widzieć tylko Yavin i Bespin, więc raczej nie mam w tym zbyt wielkiego doświadczenia, nie?
- Ja tam też się nie znam, ale wydaje mi się, że znam skądś ten gaz...
- Przypomina mi gaz istylix z Corriny, ale to raczej nie on...
Rycerz usłyszał przez komunikator coś w rodzaju głębokiego wydechu.
- Myślisz, że Kuźnia tam jest... na szczycie tego czegoś?
- A gdzież indziej mogła by być? – odpowiedział pytaniem na pytanie – A jeżeli tam jest to boję się myśleć, dlaczego ten strumień gazów kieruje się prosto do niej... ale przynajmniej na razie nie ma żadnych Sithów. To chyba dobry znak, nie uważasz?
Młodzieniec donośnie się roześmiał, co trochę dziwnie zabrzmiało, przepuszczone przez krótkodystansowy komunikator.
- Jasne, że dobry! Dzięki temu będę miał dziesięć kredytów więcej!
- Dziesięć kredytów więcej? – zdezorientowany Radena zwiesił głos, czekając na odpowiedź Jekala.
- Proszę się nie obrazić mistrzu – zaczął oficjalnie, co zabrzmiało bardzo podejrzanie w uszach Aruna - Założyłem się z Hoggim, że jeżeli Sithowie zaatakują nas w ciągu dziesięciu minut, ja dam mu dziesiątkę, a jak zrobią to później, to on da ją mnie.
- Nie mogę w to uwierzyć... – mruknął Jedi, kręcąc głową z przerażeniem w oczach – Wy to naprawdę nie macie żadnych zahamowań. Zakładać się o takie coś w obliczu najważniejszej bitwy ostatnich czterech dekad...
Jekal głośno się roześmiał, nie dając mu dokończyć, wywołując natychmiastową reakcję starszego pilota, czyli wyraz pełnego oburzenia na twarzy. Jak on może tak... – natychmiast postanowił ostro zganić skrzydłowego:
- To wcale nie jest śmieszne, chłopcze. Nawet nie wiesz...
- Wyluzuj, Arun – młodzieniec jeszcze raz się zaśmiał – Żartowałem z tym zakładem!
Niebieski Pięć wyłącza się!
I tak, nim Arun zdołał wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie, coś w komunikatorze zatrzeszczało i zrozumiał, że młodzieniec bezczelnie go wyłączył.
Osłupiały Radena jedynie prychnął – Cóż. Jak widać Vima miała rację co do mnie. Młodsi zawsze są o jeden mały krok przede mną... a przynajmniej Jekal – pomyślał niepocieszony tym wnioskiem, który nasunął mu się do mózgu – I jakoś nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się zmienić...
Kiedy się rozejrzał przez owiewkę, spostrzegł, że znajduje się już na krańcu całej floty, gdy właśnie minął go ostatni z Capitolów. Zwiększył troszkę ciąg silników i podleciał do jednego z republikańskich lotniskowców Sentinel. Po sekundzie zaś obrócił o sto osiemdziesiąt stopni smukły dziób maszyny i dostosował prędkość do szybkości wielkiego okrętu.
W międzyczasie Radena przestawił moc kompensatora przyspieszeń na jedną dziesiątą normalnego ciążenia. Gdyby nie ów kompensator, niwelujący w wybrany przez pilota sposób skutki ciążenia, tworzącego się w trakcie gwałtownego manewrowania myśliwcem lot w czasie bitwy nie byłby właściwie możliwy; a przynajmniej znacznie trudniejszy. Oczywiście mistrz Jedi zawsze ustawiał go na poziomie około dziesięciu setnych tradycyjnego ciążenia, z przesunięciem na pięć setnych – tak samo jak zrobiłoby to większość doświadczonych pilotów w tej galaktyce. Według Aruna latanie w czasie bitwy z kompensatorem ustawionym na sto procent, czyli w pełni niwelującym przeciążenia był niczym więcej jak tylko efektownym samobójstwem – po prostu w ten sposób pilot całkowicie odcinał się od jakichkolwiek odczuć związanych z powszechnie znanymi prawami ruchu. Oznaczało to nie mniej ni więcej to, że pilot nie mógł normalnie czuć gdzie się znajduje, zaburzało to jego świadomość i zdolność oceniania odległości, co często przynosiło katastrofalne skutki.
Rycerz Jedi kolejny raz wyjrzał poza owiewkę, lecz tym razem spostrzegł wylatujące właśnie z lotniskowca Republic Fightery, z czego jedna trzecia należała do eskadry, którą on sam dowodził. Długo się nie zastanawiając, Arun wprawnym ruchem dłoni przekalibrował komunikator na częstotliwość taktyczną swojej jednostki, której używał zarówno w walce, jak i przed nią, czyli w gruncie rzeczy, teraz.
- Eskadra Niebieskich – odezwał się natychmiast – Meldujcie się.
- Niebieski Pięć gotowy do walki! – intuicyjnie krzyknął Jekal, wywołując kolejny rozdrażniony uśmiech na twarzy mistrza.
Dowództwo VI Floty postanowiło, iż ponad osiemset myśliwców, jakimi dysponuje flotylla – przy czym sześćset z nich to Republic Fightery a reszta to niemal równe półtora grosa [tuzina tuzinów] zapełnionego Crusaderami – podzieli na dwadzieścia dwa skrzydła myśliwskie po trzy dwunastki każdy. Poza tym uzgodniono, że dziesięć najważniejszych szwadronów nazwie kolorami; tak więc Zielonymi przywodził Bothanin Sonmil Dey’lya, Czerwonymi Xofe Jaace, Złotymi sławny w regionie Kolonii Korelianin Countaar, Czarnymi niezwykły Wookiee Eentuur z defektem głosowym, dającym mu możliwość rozmawiania w Basicu, a Srebrnymi dowodziła Vima Sunrider. Pozostałe dywizjony z konieczności oznaczono po prostu liczbami. Niestety jedynym mankamentem tego rozwiązania było to, iż rozkazy o poszczególnych przydziałach można było wysłać dopiero po wyjściu z nadprzestrzeni i zapewne wielu pilotów będzie miała trudność w rozpoznaniu, kto jest kim. Na szczęście jego Niebiescy znali się już całkiem dobrze i nie mieli z tym problemów.
Co prawda starano się, by na jedną eskadrę przypadał co najmniej jeden Jedi, jednak nie zawsze było to możliwe – albo brakowało dla nich maszyn, albo specjalnie nie chcieli polecieć. Zresztą w końcu nie każdy Jedi potrafi latać myśliwcem. Ci właśnie trafiali na pokłady lotniskowców i w promach bojowych klasy Eta czekali na prawdopodobną realizację abordażu na Gwiezdną Kuźnię. Spróbowano również przydzielić każdemu tuzinowi po kilka Crusaderów, ale Arun miał takie nieszczęście, że ze wszystkich „kolorowych” dwunastek on nie dostał ani jednego z ciężkich myśliwców.
- Niebieski Trzy obecny – zameldował kolejny pilot, wzór cierpliwości i spokoju, wiecznie opanowany Baar z Coruscant.
- Niebieski Dziesięć gotowy – zakomunikował Sullustanin Haggi, który jak spostrzegł Jedi dopiero przed chwilą dołączył do eskadry.
Swoją drogą to interesujące – pomyślał Radena – Musieli się szybko uwinąć z tym promem, skoro Haggi jest już na chodzie. Ciekawe, czy Vima też już ruszyła...
- Niebieski Sześć czeka na rozkazy.
- Niebieski Dwanaście, działka gotowe rozpylić Sithów, dowódco – oznajmił bojowo, czyli tak jak zwykle Bladee, znany wszystkim jako ekspert od naprawdę ciężkiej broni i wszelkiej maści materiałów wybuchowych.
- Niebieski Jedenaście...
Mistrz Jedi odczekał, aż reszta jego pilotów zgłosi swoją gotowość, po czym spojrzał na chronometr – osiemnaście minut – i ponownie nawiązał łączność z jednostką, uważnie obserwując ruchy VI Floty:
- Niebiescy, ustawić wektor lotu na kurs 0-30. Uaktywnijcie jednostki napędu na maksymalną prędkość podświetlną.
Jak powiedział, tak i sam zrobił trąciwszy jeden z wystających przełączników na pulpicie myśliwca. Mocniej naparł na manetkę akceleratora. Prędkość natychmiast wzrosła i z tradycyjnej, bojowej, z której korzystano w trakcie walki, przeskoczyła do prawie ośmiu tysięcy kilometrów na sekundę, co było wystarczającą szybkością, by w ciągu dwudziestu minut przebyć odległość dziesięciu milionów kilometrów. Normalnie, z taką prędkością myśliwce powpadałyby same na siebie, a strzały z laserów mijałyby przeciwników w odległości kilkunastu kilometrów, albo i więcej, więc z tego trybu korzystano wyłącznie przed walką.
- Mam nadzieję, że wszyscy dobrze się wyspali. Dzisiaj czeka nas naprawdę ciężki dzień, w którym my, piloci Republiki będziemy rozwalać setki Sithów, robić dwa razy tyle uników i cztery razy tyle pokazywać im, że jesteśmy lepsi, czyż nie?
Odpowiedział mu chór zniekształconych przez komunikator, rozbawionych głosów, w których dało się również usłyszeć niezwykłą wręcz zapalczywość i olbrzymią determinację, przeplataną z ledwo wyczuwalnym gniewem. Niewątpliwie jego piloci byli ze przygotowani do walki nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, czego nie można powiedzieć o innych, obecnych teraz w przestworzach przed gazową planetą i hangarach swoich lotniskowców. Każdy z jego podwładnych wiedział dokładnie, czego może się spodziewać, wiedział ile wysiłku trzeba włożyć w tą bitwę i ile może w niej stracić... ale też ile zyskać.
Radena pomyślał, że to bardzo dobry znak. A przynajmniej tak to wszystko wygląda na ekranie notatnika z danymi jego pilotów, który miał okazję przejrzeć przed startem.
- Miło słyszeć, że się ze mną zgadzacie. Po tej bitwie będziecie mogli opowiedzieć swoim wnukom, że walczyliście w bitwie, która uratowała Republikę.
Do uszu Aruna doleciał czyjś nerwowy śmiech i rycerz natychmiast pożałował poprzedniego zdania. Jedi skrzywił się nieznacznie, ale dokończył:
- Zanim jednak to się stanie, dojdzie parę Sith Fighterów na burtach waszych maszyn i kilkanaście niszczycieli mniej po stronie wroga. Pozostawcie za sobą długi ślad wypalonych wraków i... po prostu dajcie z siebie wszystko, zrozumiano?
- Tak jest, sir!
Pierś mistrza uniosła się ciężko i wyrzuciła z siebie głośne westchnienie. Arun nigdy nie uważał się za dobrego żołnierza, ani tym bardziej dowódcę liniowego, ale obsadzenie go liderem Eskadry Niebieskich nie było bynajmniej przypadkowe i Jedi specjalnie się tym nie zdziwił, aczkolwiek zadowolonym by się nie nazwał nigdy. Wszystko wskazuje, iż potrzebowali na to stanowisko kogoś doświadczonego, wytrzymałego i przygotowanego na wszelkie wstrząsy, których można doznać na polu bitwy, przed nią, a nawet po niej – rycerz uśmiechnął się w sobie – Nigdy by nie zaliczył siebie do tej kategorii... a może wybrali go, dlatego, że faktycznie jest dobrym pilotem? W ostateczności przetrwanie tych dwudziestu trzech misji myśliwskich musi czegoś nauczyć człowieka, nie?
Niemniej jednak na lidera eskadry to on się nie nadaje...
- Dowódco Niebieskich? – przerwał powstałą ciszę niepewny, wyraźnie kobiecy głos, należący do jednego z pilotów, zwracając się do mistrza Jedi.
Radena chwilę się głowił nad personaliami żołnierza, ale ułamek chwili później odpowiedział:
- Tak, Niebieski Osiem? – szybko odgadł Arun, przypominając sobie, iż w jego eskadrze jest jedynie jedna kobieta – a właściwie to jeszcze dziewczyna: Twi’lekiańska pilotka prosto z Ryloth, Erge Kasdan – inteligentna, ale często niezdecydowana, co kiedyś może się źle odbić na polu walki.
- Dopiero przed chwilą dostaliśmy przydział do tej eskadry i... – głos przerwał na moment – Jeszcze nie otrzymaliśmy żadnych rozkazów...
- Erge chce powiedzieć, że nie wiemy, co robić – wparował się na linię Nawe Cor z Ansionu, mający oznaczenie Jedenastka – Nikt nic nam nie powiedział i jak do tej pory nikt nie zamierza tego zrobić.
- Aaa – Arun Radena przeklął w duchu Flotę Republiki; to już nie pierwszy raz, gdy coś w łączności nawala i ktoś „zapomina” o poinformowaniu jakiejś eskadry, co ma robić. A potem dziwią się, dlaczego coś nie idzie jak po ich myśli... – z gorzką miną na twarzy, przycisnął parę klawiszy i na ekranie małego ekranu, usytuowanego mniej więcej między sterem a prawą ścianką kabiny pojawiło się kilkanaście zdań w alfabecie Basic.
- Mamy „doczepić się” do Fioletowych i bronić okrętów Grupy 6... – Radena jeszcze raz zerknął na świecący się niebieską poświatą monitor – Czyli dziesięć Capitolów... z głównym „Unionem”. Inaczej mówiąc, nasze zadanie polega na osłonie krążowników, nie dopuszczeniu myśliwców wroga do nich i... – rycerz cicho prychnął, ale tak by go nie usłyszeli Niebiescy - To w sumie tylko tyle.
- Żadnych ataków? Żadnych rajdów na Sithów? – z niedowierzaniem wysyczał Ric Mullac, Barabel, gad z niegościnnego świata o nazwie Barab V.
- Kompletnie odpada – zgasił wszelkie nadzieje Barabela, kręcąc przy tym głową – Nasze rozkazy są jasne. Działamy jedynie wtedy, gdy ktoś je zmieni, albo stanie się coś naprawdę bardzo złego.
- I to ma być bitwa, która uratuje Republikę? – ktoś prychnął znacząco - Też mi coś...
- Rozkaz to rozkaz – ostro zgromił pilota Radena – Jak coś ci się nie podoba, Piątka to leć sobie samemu na Niszczyciel Sith, a jak masz kompleksy, to możesz nawet rzucić się na samą Kuźnię. Efekt będzie raczej podobny, nie sądzisz?
Do uszu Jedi dotarły zduszone chichoty pozostałych żołnierzy Republiki. Z niepełnym uśmiechem na twarzy wyobraził sobie zaczerwienione policzki Jekala. Chociaż raz udało mi się wygrać – pomyślał, zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale nie zamierzał spocząć na laurach. Chłopakowi należy się nieco więcej zimnego prysznicu... lecz nie w tym momencie...
- Nie? To przestań mi tu gadać głupoty, Jekal i zajmij się tym, co trzeba. Zrozumiano?
Z komunikatora wypłynął cichy głos zawstydzonego młodzieńca:
- Tak jest, sir – wymruczał – Przepraszam, sir...
- Tak ma być – tym razem Arun zwrócił się do wszystkich – Wybraliśmy taką, a nie inną ścieżkę i teraz ponosimy konsekwencje tego wyboru. Jesteśmy żołnierzami i naszych głównym zadaniem jest wykonywanie rozkazów, czy wam się to podoba, czy nie. Jak każą nam atakować fortecę wroga, to ją atakujemy, gdy rozkażą zniszczyć szwadron Sith Fighterów, to to robimy, a jak bronić swoich okrętów, to i to bez szemrania mamy wykonać. W czasie bitwy nie ma czasu na wątpliwości, a tym bardziej na jakieś brawurowe popisy bandy wariatów, którzy uważają, że rozkazy to jedynie „drobne podpowiedzi”, co można, a czego nie można zrobić – Radena skończył w przeświadczeniu, że już nikt nie potrzebuje żadnego wykładu i po prostu chce zająć się tym, do czego została wyszkolona. Poza tym już pewnie dość się nasłuchali ich wcześniej.
- Ale, jako, że wszystko to już wiecie... a raczej wie pewna część z was – tu mistrz wyraźnie podkreślił trzy przedostatnie słowa – to nie będę wam już robił plazmy z mózgu. Dowódca Niebieskich wyłącza się.
Powiedziawszy ostatnie słowa, pstryknął przełącznikiem wyłączając komunikator.
Rycerz przyjrzał się flocie i doszedł do wniosku, iż powinien spojrzeć na chronometr. Jeszcze, co najmniej dwanaście minut. Zerkając przy tym na znajdujący się obok licznik paliwa, Jedi kolejny już raz miał ochotę wygarnąć taktykom Republiki ich paranoiczne wręcz przewrażliwienie i niepotrzebną w tym wypadku ostrożność.
Normalnie paliwo Republic Fightera starczyło na gdzieś około trzy godziny bitwy, tymczasem lot z prędkością ośmiu tysięcy kilometrów na sekundę, zżerał go tak wiele, iż po wyhamowaniu pozostanie go jedynie na piętnaście do dwudziestu minut walki w próżni. Potem należało zgłosić się na lotniskowce albo Capitole, by je uzupełnić.
Dla Radeny głupotą i totalnym marnotrawstwem paliwa było zapewnienie „eskorty” złożonej z dziesięciu eskadr Republic Fighterów – czyli dokładnie tyle, ile przenosiły Capitole, w tym wszystkie „kolorowe” tuziny – lecącej w próżni flocie Republiki. Ruch zupełnie pozbawiony sensu, tłumaczony tym, że gdyby jakaś nadzwyczaj wielka flota Sith uderzyła w Capitole i natychmiast je unicestwiła, to razem z nimi zniszczeniu uległyby także myśliwce, a tak to te przetrwałyby.
Mistrz musiał przyznać, że większej bzdury to on jeszcze nie usłyszał – gdyby nawet taka flotylla istniała, to oznaczałoby to, że i tak wszyscy by zginęli, niezależnie od tego czy byliby w, czy też poza Capitolami. Niemniej jednak podjęto taką, a nie inną decyzję i teraz nikt nie ma nic do gadania.
W międzyczasie minęła kolejna minuta i Radena, wpatrując się w odległe widmo gwiazd po swojej prawej stronie, zaczął się zastanawiać. W natłoku myśli, które w jednym momencie zalały go niczym Wodospad Chwały z Chandrilli, rycerz próbował chociaż trochę bardziej skoncentrować się na którejkolwiek z nich, lecz jego starania nie zakończyły się sukcesem. W jednej chwili rozpamiętywał dziwną teraźniejszą, w drugiej odległą przeszłość z młodzieńczych lat, trzecia sekunda dotyczyła niepewnej przyszłości, aż doszło do tego, iż Arun zaczął mieć poważne i złowrogie wątpliwości... Nagle do głowy uderzyła myśl, zastanawiająca się, czy atak na Gwiezdną Kuźnią jest sensowny, która przeszła w refleksję, odnoszącą się do niepewnego zwycięstwa Republiki w nadchodzącej bitwie... której mogą wcale nie wygrać... Flota jest przecież bardzo słaba, a wrogowie bez wątpienia silni... Natężenie pytań i wątpliwości osiągnęło szczyt, gdy dotarły one do osoby Revana... tak wiele od niego oczekujemy, lecz co się stanie, jeżeli przegra? A co wydarzyć się może, jeśli Republika odniesie porażkę?
Jedynie z największym wysiłkiem, nieznacznie pomagając sobie Mocą zapanował nad strumieniem, co najmniej niepokojących myśli. Uporczywie starając się zrelaksować – co było wyjątkowo niewdzięcznym zadaniem, siedząc w ciasnej kabinie małego myśliwca, który za parę chwil znajdzie się na samym czubku włóczni armii, rzucającej się wprost na nieobliczalnego wroga. Tak... to zdecydowanie nie są najlepsze warunki do odprężenia się. Zwłaszcza, gdy przed oczy wyobraźni ponownie wypływa majestatycznie obraz pięknej szmaragdowej planety, usianej gdzieniegdzie niebieskawymi plamami oceanów i bielą dwóch czap polarnych...
Dantooine.
Dokładnie w momencie, kiedy owa nazwa siłą wparowała do jego czaszki, mężczyzna poczuł znikome ukłucie zimna wewnątrz siebie i natychmiast obudziła się – tak jakby została zapomniana – frustracja, złość, gniew i chłodna, nieopanowana furia. Tym razem jednak Arun wiedział – był tego pewien, jak tego, iż Coruscant jest stolicą Republiki – Że Lordowie Sith i ich zwolennicy zapłacą i to zapłacą olbrzymią cenę, za to co uczynili z Dantooine, Taris, Telos i setkami innych światów... miliardami istot... wiedział także, że on sam nie będzie przyczyną upadku Sith, ani nie uczyni nic w tym kroku żaden z rycerzy nieśmiertelnego Zakonu Jedi. Ciemna Strona Mocy kusiła swoim bogactwem, glorią i wszechpotęgą, nieosiągalną dla jasności... wzywała go, by dopełnił swojej krwawej zemsty i unicestwił zdrajców... dał się unieść i opanować mrocznym emocjom i żądzy, lecz doświadczony Jedi jedynie uśmiechnął się zajadliwie i sardonicznie na myśl o tym, całkowicie niwelując ów czarny głos, który zamienił się w ledwo słyszalny szept.
To nie Jedi zniszczą Najmroczniejszy Zakon Mocy – Radena omal się nie roześmiał, przypominając sobie pamiętne słowa, jednego ze starożytnych mistrzów – Nie Jedi... Nie Republika.
Sithowie sami siebie zniszczą.
Kierowani Ciemną Stroną, przeżerającą ich korupcją, nienawiścią i niezaspokojoną żądzą władzy powybijają się nawzajem... Zaczną się zabijać tak, jak Darth Malak próbował Revana i w końcu, gdy pozostanie ostatni... przestaną istnieć.
Arun Radena otrząsnął się i odzyskując na krótki mgnienie oka świadomość, dwa razy leciutko klepnął wymowny przycisk z napisem pod nim, głoszącym: autopilot, czy AUTOPILOT. Maszyna odrobinę, acz prawie nieodczuwalnie szarpnęła w lewo i komputer sam rozpoczął obliczać optymalną trasę lotu, dostosowawszy się do szybkości sylwetki okrętu „Union”.
W czasie, gdy ostatnia myśl przebrzmiewała w umyśle już całkowicie pewnego siebie i pełnego wiary rycerza, ten rozmasował ramię i rozprostował kości palców swoich dłoni. Tuz po tym przymknął powoli oczy, zaparłszy się głębiej w poduszkach obsydianowego fotela definitywnie wyrzucił z mózgu wszystkie myśli, pytania i niepewności, rozluźniając napięte mięśnie. W ostateczności pogrążył się w bezgłośnej medytacji.
Z sekundową wręcz dokładnością osiem minut później mistrz Jedi ocknął się z letargu i otworzył szeroko oczy. Nim w pełni odzyskał zdolność widzenia i władzę w okrytych rękawicami dłoniach jego umysł wchłonął zamglony obraz Gwiezdnej Kuźni.

**********

Gigantyczna konstrukcja dosłownie rosła w oczach, niczym różnobarwne drzewko chala na przyspieszonym przyrodniczym holofilmie. Stacja kosmiczna - bo już nikt nie miał wątpliwości, że Kuźnia nią była – nie przypominała niczego, co do tej pory ktokolwiek widział; tytaniczna struktura bez wątpienia była większa niżeli jakakolwiek inna rzecz w całej Galaktyce, wyłączając jedynie Stację Centerpoint. W samym środku pionowej stacji usytuowana była olbrzymia kula, z której wychodziły jakby trzy, znacznie większe płaty w kształcie dwóch trójkątów ostrych zlepionych ze sobą podstawami, przy czym całkowita wysokość konstrukcji była trzy razy większa niżeli jej szerokość. Przez całą szerokość kuli i miejsce „złączenia” obu trójkątów przebiegała błękitno-biała linia, znacząca miejsce gdzie mogły znajdować się hangary, stanowiska sensorów, artylerii, bądź też czegoś innego. Dolne końcówki trzech płatów kończyły się dokładnie w miejscu, gdzie świetlisty warkocz gazów z białej planety poniżej kosmicznej konstrukcji znikał. Wyglądało to tak, jakby Gwiezdna Kuźnia jakąś nieznaną siłą zmuszała cząsteczki białego gazu do ruchu w górę; inaczej mówiąc stacja kosmiczna ściągała je do własnego wnętrza i można by właściwie uznać, że strumień gazów napędzał ją, a przynajmniej dawał jej energię.
Choć do punktu, gdzie flota miała oryginalnie wyskoczyć z hiperprzestrzeni pozostał niecały milion kilometrów, admirał Forn Dodonna miała wszystko jak na dłoni. Gwiezdna Kuźnia stała tam niczym drapieżnik, cierpliwie czekając na swoje ofiary. Na myśl o tym, iż z tą potęgą będzie się musiała zmierzyć VI Flota, Dodonnę oblał zimny dreszcz.
Kobieta odwróciła wzrok od nieprzyjemnego widoku za iluminatorem „Saviora” i skupiła go na niepozornej postaci mistrza Vandara Tokare, który niewzruszenie stał tuż obok fotelu, który zajmowała.
- Obawiam się mistrzu, że tym razem może się nie udać. Jeżeli Kuźnia ma jakąkolwiek broń, jesteśmy zgubieni.
Jedi jedynie spokojnie skinął głową.
- Nie wszystko wydaje się być takim, jakim jest naprawdę.
Admirał zmarszczyła brwi, ale nie minęła jedna dziesiąta sekundy, jak zrozumiała intencje Tokare’a. Bitwa się przecież jeszcze nie rozpoczęła...
- Sensory – rzuciła głośno do tylnej sekcji mostku – Kiedy będziemy w zasięgu?
- Za minutę, pani admirał – błyskawicznie odpowiedział jakiś żołnierz, siedzący po lewej stronie pomieszczenia, tuż pod obłym iluminatorem i przed wyświetlającym niezliczone masy danych monitorem.
- To dobrze – skwitowała kobieta, zwracając się do Vandara – Teraz zobaczymy, czy naprawdę jest tam gdzieś jakaś flota Sith. I czy mamy szanse z nią wygrać.
Forn Dodonna energicznie wstała z fotela i mijając maleńkiego mistrza, stanęła tuż za wpatrzonym w ekran młodym żołnierzem – podporucznikiem o imieniu Fallem, który nawet na chwilę nie utracił koncentracji.
- Kiedy będzie miał pan te dane – nakazała admirał, także zaglądając w monitor, co zakończyło się równie szybką rezygnacją z próby rozszyfrowania płynących na nim informacji – Proszę mnie powiadomić i wyświetlić, co się da na głównej mapie holograficznej.
- Tak jest, pani admirał.
Kobieta poprawiła admiralską czapkę i zwróciła się teraz w drugą stronę mostku. Sekundę później oznajmiła doniosłym głosem, pozbawionym jakichkolwiek wątpliwości, tak by wszystkie sekcje pomieszczenia dobrze ją usłyszały i wykonały rozkazy bez żadnych nieścisłości:
- Piloci myśliwców na lotniskowcach do swoich maszyn – od razu do pracy zabrał się dział łączności pod wodzą porucznika Regarde’a – Proszę ogłosić pełną gotowość bojową i rozpocząć manewr hamowania do tysiąca kilometrów na godzinę – Dodonna ponownie odwróciła się i przeczekała parę chwil, starając się zobaczyć coś w iluminatorze, poza samą Gwiezdną Kuźnią – Włączyć tarcze ochronne.
Nie minął kolejny moment, usiany gorączkowym szemraniem członków załogi „Saviora”, pospiesznie wydających rozkazy całej flocie, gdy do kobiety dotarł podniecony głos podporucznika Fallema:
- Pani admirał! Są już dane!
- Bardzo dobrze – skinęła głową zadowolona Dodonna, kierując się wprost przed holograficzną mapę, połyskującą żółtawą poświatą – W takim razie, proszę o raport poruczniku.
- Tak jest – rozemocjonowany żołnierz wystukał jakieś polecenie na klawiaturze pod ekranem i rozpoczął – Stacja ma dziesięć kilometrów średnicy i około trzydzieści pięć wysokości... – Forn Dodonna nieznacznie pobladła słysząc dalsze słowa, teraz już nie podnieconego, ale podenerwowanego podporucznika – Otacza ją dwadzieścia sześć... nie dwadzieścia siedem Niszczycieli Sith oraz niezidentyfikowana ilość myśliwców typu Sith Fighter. Zaraz będzie coś bardziej konkretnego... Sensory wykazują, że jest ich na pewno nie mniej niż... – Fallem głośno przełknął ślinę – półtora tysiąca.
Półtora tysiąca. Gdyby Forn była pilotem myśliwskim zaklęłaby siarczyście, ale jako, że jest admirałem floty Republiki, jedynie cicho westchnęła. Nie dość, że wróg posiadał dwadzieścia siedem Niszczycieli, to na dodatek ma prawie dwa razy więcej myśliwców, niż VI Flota – zastanowiła się kobieta – Zadanie będzie o wiele trudniejsze niżeli mógłby zakładać nawet największy optymista, ale nie było niewykonalne, pod warunkiem, iż Gwiezdna Kuźnia nie jest superbronią... czego jeszcze nie da się wykluczyć.
Mapa taktyczna, przed którą stanęła wraz z Vandarem Tokare zamigotała i w jej prawym rogu pojawiło się kilkadziesiąt czerwonych punktów, oznaczających Niszczyciele Sith, oraz jeden duży trójkąt, przedstawiający Kuźnię. Po lewej stronie natomiast pulsowały błękitnym światłem symbole jednostek Republiki, a konkretnie osiem niebieskich kwadracików i okręgów, znaczących grupy bojowe, wydzielone wśród stu pięciu okrętów wojennych VI Floty. Cztery z nich – kwadraty – stanowiły krążowniki Capitol, pogrupowane numerycznie jako Pięć, Sześć, Siedem oraz Osiem po dziesięć każda (prócz Ósmej, gdzie jest ich jedenaście) Resztę – malutkie okręgi - stanowiły fregaty klasy Defender złączone w cztery oddziały o sygnaturze Jeden, Dwa, Trzy i Cztery po szesnaście maszyn jedna. Dowodzenie poszczególnymi grupami, admirał powierzyła kapitanom najbardziej doświadczonych jednostek, ale cała flota wciąż znajdowała pod bezpośrednimi rozkazami Dodonny. Przed bitwą ustalono, iż nie należy zmieniać szyku floty po wyjściu z nadprzestrzeni, a grupy Siódma i Ósma – ta, w której znajdował się „Savior” – pozostaną za przednim czołem armady, służąc wsparciem, w razie kłopotów jednego z innych oddziałów. Tak więc Piąta i Szósta oraz Trzecia i Czwarta będą tworzyć główne siły uderzeniowe, a grupy Pierwsza i Druga operować będą na skrzydłach flotylli Republiki Galaktycznej.
W każdym bądź razie takie były założenia przed bitwą.
Forn Dodonna pokręciła głową i wsparła ramiona na biodrach.
- Poruczniku Fallem – rzekła po chwili, krótko się namyślając – Proszę podzielić statki wroga na pięć grup po pięć Niszczycieli Sith.
- Tak jest.
Nie minęły trzy sekundy, jak dwadzieścia kilka kropek zmieniło się w pięć na holograficznej mapie. Kobieta błyskawicznie omiotła żółtawą płaszczyznę i od razu spostrzegła nieznaczny ruch po prawej stronie. Prawie natychmiast cztery z czerwonych kropek poczęły bardzo powoli kierować w stronę statków Republiki.
Teraz nie było wątpliwości – zastanowiła się niepocieszona, choć przygotowana na ten moment już od kilkunastu ostatnich dni admirał – Wrogowie nas zauważyli i szykują się do ataku.
- Poruczniku – pani admirał postanowiła, iż nie wolno tracić cennego czasu – Proszę wykryć wektory ruchu okrętów wroga i obliczyć, ile pozostało czasu do kontaktu bojowego. Niech się pan pospieszy. Muszę mieć to wszystko za minutę! Poza tym... proszę, żeby poinformował mnie pan, gdyby zdarzyło się coś niezwykłego w okolicy.
- Tak jest, pani admirał! – podporucznik Fallem ochoczo zabrał się do pracy i jego dłonie w oka mgnieniu przebiegały po klawiaturze, niczym starożytny skoczek Xassi z Coruscant.
Tymczasem Dodonna zwróciła się do sektora, zajmowanego przez łączność.
- Poruczniku Regarde. Wypuścić wszystkie eskadry Republic Fighterów. Reszta myśliwców niech ustawi się za Grupą Siódmą i Ósmą.
- Tak jest, pani admirał.
Vandar Tokare nagle poruszył się niespokojnie, czym zasłużył sobie na skupienie na nim uwagi zaniepokojonej Dodonny, spotęgowane jeszcze gwałtowniejszym zamknięciem się zielonych powiek mistrza Jedi.
- Mistrzu Vandar?
- Musimy skontaktować się z „Ebon Hawk’iem” – oczy Tokare’a otwarły się powoli – Stało się coś niedobrego.
Admiral poważnie skinęła głową i ponownie skierowała spojrzenie na lewy bok mostku.
- Sensory: czy widzicie gdzieś w pobliżu „Ebon Hawk’a”?
Podporucznik Fallem, niczym w transie pokręcił głową i skinął głową na partnera, siedzącego obok niego.
- Kyle?
- Nic nie ma, pani admirał – zawiadomił drugi osobnik, do którego zwrócono się imieniem Kyle, przebiegając oczami po swoim monitorze – Być może znajduje się poza zasięgiem naszych sensorów...
- Niedobrze – Forn Dodonna popatrzyła znacząco na mistrza Vandara, który znowu przymrużył oczy. W końcu kobieta wzruszyła ramionami – Szukajcie dalej. Minęło wprawdzie kilka dni od wysłania wiadomości, ale on musi tu gdzieś być...
- Może jest na tamtej planecie, pani admirał... – zaproponował żołnierz, wywołując zdziwienie na twarzy dowódcy floty.
- Jakiej planecie?
Tym razem wielkie zaskoczenie odmalowało się na obliczu Kyle’a. Po chwili niepewnie wskazał kciukiem jakiś punkt za transparistalowym iluminatorem statku.
Zmarszczywszy brwi, Forn popatrzyła w tamtym kierunku. Jej czoło szybko się rozpogodziło w grymasie zdumienia, gdy faktycznie ujrzała malutką, zielono-błękitną planetę, otoczoną dwoma księżycami, majaczącą daleko po lewej stronie armady Republiki. Ciekawe i z drugiej strony dziwne, że jej wcześniej nie zobaczyła – pomyślała i ponownie zwróciła swoją uwagę w kierunku sekcji komunikacyjnej.
- Łączność: nakierujcie część swoich systemów na tamtą planetę. Chcę, aby zaraz wysłano statek zwiadowczy na jej orbitę – kobieta na moment przerwała, gdyż wpadł jej do głowy pewien pomysł; trochę ryzykowny, ale w tym wypadku wart wypróbowania - Spróbujcie nawiązać kontakt z „Ebon Hawk’iem” na paśmie Zeta-X4.
- Ależ, admirale... – obruszył się natychmiast porucznik Regarde, ale admirał przerwała mu zdecydowanym ruchem prawej dłoni.
- Wykonać, poruczniku. Wiem, że Sithowie mogą się o tym dowiedzieć, ale nie mamy innego wyboru – natychmiast pospieszyła z wyjaśnieniami do Vandara – To sekretna częstotliwość i Carth Onasi na pewno będzie wiedział, że to właśnie my próbujemy się z nim skontaktować. Ma olbrzymi zasięg, ale problem w tym, że bardzo łatwo ją rozszyfrować.
Starając się zachować względny spokój zarówno duszy jak i ciała, Forn zerknęła na swój chronometr. Właśnie minęli „punkt wyskoku” i flota znajdowała się dokładnie tam, gdzie powinna. Czas aby Imperium Sith poznało, czym jest flota Republiki.
- Mostek: proszę skalibrować prędkość na bojową i powiadomić o tym resztę floty, rzecz jasna.
- Tak jest.
Zanim Dodonna wypowiedziała kolejny rozkaz, dobiegł ją głos Fallema:
- Mam już wszystko, pani admirał: z naszą i ich prędkością do kontaktu bojowego okrętów wojennych pozostało dziewiętnaście minut i trzydzieści osiem sekund. Jeżeli Sithowie właśnie wypuścili swoje myśliwce, to te napotkamy za cztery i pół minuty. Chyba, że wyślemy na przechwycenie nasze... wtedy będą jakieś dwie minuty.
- Doskonale, poruczniku – pochwaliła żołnierza, samej nabierając większej pewności – Łączność. Do wszystkich eskadr w przestrzeni: za dziesięć sekund wszystkie ustawią się w szyku bojowym i z pełną prędkością ruszą w kierunku Sith Fighterów.
- Tak jest.
Zadowolona z szybkości wydawanych przez jej ludzi poleceń, kolejny raz zwróciła się do podporucznika Fallema.
- A co z tymi wektorami?
- Dziesięć Niszczycieli leci w stronę Grupy Czwartej, jedenaście w kierunku Piątki, a pozostałe sześć jednostek pozostaje na... hm... orbicie Gwiezdnej Kuźni... to znaczy w jej pobliżu – oczy żołnierza na moment zwęziły się w cienkie szparki i gwałtownie rozszerzyły, spoglądając na ekran – Pani admirał! W naszą stronę leci prawie tysiąc Sith Fighterów!
- W takim razie miejmy nadzieję, że nasi piloci dobrze wykonają swoją cześć zadania, poruczniku – co będzie trudne, jeżeli wróg ma ponad dwukrotną przewagę, dodała w myślach Forn Dodonna, uśmiechając się blado i wpatrując się po kolei w twarze członków swojej załogi. Usatysfakcjonowana, zauważyła, że na żadnej z nich nie ma oznak niepokoju; co więcej każda z nich zachowuje całkowitą koncentrację. Obawiała się jedynie, na jak długo tej koncentracji i spokoju starczy – W przeciwnym razie, będziemy mieli naprawdę ciężki orzech do zgryzienia.
Forn przez krótką jak mignięcie powieki oka obserwowała chmurę Republikańskich maszyn, które śmignęły za iluminatorami, rzucając się przed siebie z pełną mocą silników niczym rozszalałe stado reeków. To właśnie te myśliwce miały zdobyć tak potrzebną przewagę w przestrzeni - Dodonna zastanowiła się – I to właśnie przez to, te myśliwce mają dzisiaj najtrudniejsze zadanie do wykonania.
Co bynajmniej nie znaczy, że reszta będzie miała łatwiej.
Admirał VI Floty Republiki Galaktycznej odwróciła głowę do migoczącej mapy taktycznej i zerknęła na pozycję wrogów, przy czym w zadowoleniu wychwyciła, iż Fallem zaznaczył na niej kolejne kilkadziesiąt czerwonych punktów, niewątpliwie przedstawiających całe skrzydła myśliwców przeciwnika.
- Mostek: wszystkie jednostki pozostają na swoich pozycjach. Łączność: wysłać wszystkie dane na okręty dowodzenia poszczególnych oddziałów. Kiedy zacznie się walka, mają otrzymywać je na bieżąco.
- Tak jest, pani admirał.
- To samo ma działać w drugą stronę. Dowódcy okrętów dowodzenia mają natychmiast przekazywać wszelkie dane o stratach i postępach. Proszę meldować o nich... co dwie minuty.
- Tak jest.
- Niech Grupy Druga, Czwarta i Szósta przytrzymają niszczyciele lecące w ich stronę. Jedynka, Piątka i Trójka zajmą się resztą. Siódemka i Ósemka pozostają na miejscu... – admirał westchnęła bezgłośnie, później biorąc głęboki wdech – I jeszcze jedno, poruczniku... proszę też powiedzieć, że admirał Dodonna życzy wszystkim powodzenia i... Niech Moc będzie z nimi.
- Oczywiście, pani admirał – rzucił krótko Regarde, posyłając dowodzącej flotą przyjazne, acz udręczone spojrzenie.
Forn skinęła głową w podzięce, uświadamiając sobie, że tak naprawdę nie ma już żadnych rozkazów do wydania. Wszystko, co było do zrobienia w tej chwili, zostało zrobione. Teraz można jedynie czekać na dalszy rozwój wypadków... i liczyć na duże szczęście.
Mistrz Tokare smutno popatrzył w oczy kobiety.
- Moc będzie potrzebna nie tylko im, ale i nam, admirale.
Dodonna obrzuciła Jedi równie zbolałym i ponurym wzrokiem, jak zrobił to przed momentem jej porucznik.
- Oby była, mistrzu Vandar – z piersi kobiety wyrwało się nie tylko głośne, ale i bolesne westchnienie – Oby tylko była.
Zarówno pani admirał, jak i Tokare odwrócili się w stronę przednich iluminatorów, spoglądając daleko za ostatnie jednostki Grupy Czwartej VI Floty Republiki. Nim minęło kilka krótkich chwil, w tamtej przestrzeni został wystrzelony pierwszy laserowy promień tej bitwy. Po paru sekundach myśliwce Republiki wymieszały się z Sith Fighterami i rozgorzała prawdziwa walka.
Forn zwróciła głowę na postać Vandara.
- Zaczęło się.
Mistrz Jedi jedynie smutno pokiwał głową.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: So 16 paź 2004, 13:01 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 1767
Lokalizacja: Łódź
"Większość tego czasu, który zwyczajnie dłuży się każdemu normalnemu człowiekowi do granic nieskończoności, spędziłem" na lekturze kolejnego rozdziału "traktatu historycznego" naszego Jedi. No może trochę przesadzam, gdyż "Rozdział IV" jest trochę bardziej urozmaicony niż jego poprzednicy, lecz z pewnością to za mało. Mamy w końcu przedstawione preludium, bardzo długie preludium, do wielkiej bitwy kosmicznej (mam nadzieję). Rozwinięcie sił, decyzje, rozkazy, różnorakie okręty tworzące mozaikę na wielkiej szachownicy kosmosu, lecz... No cóż, Jedi Nadiru Radena nadal usiłuje spławiać nas tratwą w delcie Nilu. Chciałoby się krzyknąć: "Gaz do dechy i ognia!", a tu tylko martwe cyfry mają nas przekonać, że widzimy co innego niż widzimy... Chcielibyśmy pognać republikańskim myśliwcem za horyzont i dokopać w końcu Sithom, ale nie dane nam było. Najpierw wykłady o prędkości światła, o zużyciu paliwa, o podziale floty. A wszystko okraszone filozoficznymi dysputami tam gdzie działać trzeba. Na dokładkę nasz wojownik jeszcze musiał się "zdrzemnąć"... Jedi Nadiru Radena Sir larum grają! A ty na koń nie siadasz, za miecz nie chwytasz. No fakt, być może mając do dyspozycji "wojowników", którym nawet nie wydaje się rozkazów przed bitwą, Jedi potrzebował czasu, aby wszystko sobie poukładać jak narzędzia chirurgiczne przed operacją i dlatego właśnie opuścił nadprzestrzeń w tak dużej odległości od przyszłego pola bitwy. Cóż, na element zaskoczenia z jego strony liczyć raczej nie powinniśmy. Pozostaje tylko nadzieja, że w rozdziale piątym...

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: So 16 paź 2004, 14:36 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
"Pozostaje tylko nadzieja, że w rozdziale piątym..."
Ekhm... Tak, czy inaczej, oto ten rozdział piąty:

Rozdział V
**********

- Zaczęło się!
Lepiej nie można było tego powiedzieć – pomyślał cierpko Arun Radena, przyglądając się z daleka walce, toczonej przez pilotów Republiki. Bardzo nierównej walce, jeżeli chodzi o uściślenie. Chociaż Republic Fightery były szybsze, zwrotniejsze i miały lepszych pilotów z większą od Sithów motywacją, to jednak to nie wystarczyło na prawie dwukrotną przewagę, którą niewątpliwie posiadali ich wrogowie. A to nie wróżyło nazbyt dobrze...
Rzecz jasna początkowo bezkonkurencyjnie wygrane przypadały Republice, której statki zgrabnie eliminowały nieco toporne Sith Fightery, lecz z każdą chwilą sytuacja na polu bitwy pogarszała się dla Republic Fighterów. Smukłe myśliwce wybuchały w kulach ognia jeden po drugim, rażone przez szkarłatne pociski Sithów. Wprawdzie Arun wiedział – wystarczyło popatrzeć na słabo widoczne obiekty, powoli przybliżające się w kierunku floty Republiki – jaki jest plan admirał Dodonny, ale nie mógłby powiedzieć, że go popiera. Wysłanie myśliwców wprost na dwukrotnie liczniejsze siły równało się samobójstwu, lecz zapewne w opinii admirał floty dopuszczenie Sith Fighterów w pobliże Capitolów i rozpoczęcie walki koło tychże, było jeszcze lepszym sposobem na jego popełnienie. Jednak sfrustrowany bezsensowną bezczynnością, Radena nie mógł być tego taki pewien. Ściągnięcie Sithów pod samiutką flotę wcale nie było takim złym pomysłem, biorąc pod uwagę moc działek laserowych wrogich maszyn oraz brak cięższej broni, bądź rakiet, właściwie niezbędnych przy ataku na jakiekolwiek duże jednostki.
Teraz wszakże plan pani admirał nawalił i przytłoczeni hordami wrogów, piloci Republiki tracili statek, po statku, starając się wprawdzie by w zamian wrogowie otrzymywali to samo, niemiłosiernie obrywając z działek jakiegoś Republic Fightera; niewiele to wszakże pomagało wyrównać stosunek sił.
Arun znacząco pokręcił głową – jego koledzy właśnie ginęli, a on nic nie mógł na to poradzić i na dodatek musiał tu siedzieć, pilnując tyłka jakiemuś krążownikowi... – Radena zaczerpnął powietrza w płuca i wypuścił je z cichym sykiem, uświadamiając sobie przy tym, iż dokładnie tak samo, a nawet gorzej musieli się czuć inni piloci, nie biorący udziału w walce – Paranoja i totalna głupota, a przy tym pozbawianie się w wyjątkowo nieodpowiedzialny sposób szans na wygranie całej tej bitwy... – Arun jeszcze raz odetchnął i po chwili zreflektował się, marszcząc brwi – Admirał Forn Dodonna jest doświadczonym i zahartowanym w boju dowódcą. Ktoś taki jak ona, nie popełniłby tak wielkiego błędu, niepotrzebnie wysyłając myśliwce. Być może to jedynie jakaś wyjątkowo ryzykowna taktyka, a może po prostu admirał wie coś, o czym mistrz nie mógł wiedzieć.
Nie zmienia to jednak faktu, iż bitwa tocząca się daleko przed jego szwadronem szybko zamieniła się w pogrom jednostek Republiki.
Radena spojrzał na swój chronometr, nieubłaganie wskazujący, że od pierwszego ataku minęły trzy minuty i niezauważalnym ruchem dłoni włączył komunikator, nastawiony na częstotliwość wspólną dla całej eskadry. Z ogromnym zdumieniem i jeszcze większym zaniepokojeniem, zorientował się, że słyszy jedynie cichy szum... i nic więcej.
Bardzo niedobry znak.
- Nie mają szans... – powiedział w pewnej chwili Kazzanjian, kończąc ciężką ciszę człowiek z Taanab, nawet nie próbując ukryć niewypowiedzianej trwogi w głosie.
- Nie gadać, Niebieski Dziewięć – błyskawicznie odpowiedział Radena, mimowolnie wyczuwając, że po jego eskadrze przelała się olbrzymia fala strachu i niepewności, przekraczająca wszystkie inne uczucia. Jego podwładni może i byli doskonale przygotowani fizycznie i psychicznie, ale wątpił, czy cokolwiek jest w stanie uodpornić człowieka, gdy widzi takie sceny. Katorgą dla każdego pilota było patrzenie jak ich koledzy, a niekiedy i przyjaciele padali jeden po drugim, a tymczasem nie można było nic zrobić, by wspomóc swoich. Sam doskonale znał to uczucie, przelewające się zawsze w podobnych sytuacjach, którego tłumienie w gruncie rzeczy oznaczałoby tłumienie własnego człowieczeństwa.
- Dowódco... – rzekł po sekundzie Nawe Cor głosem, w którym przebrzmiewała błagalna nutka – Czy nie powinniśmy coś zrobić? Oni tam zginą...
- Wiem, Jedenastka – westchnął nieznacznie mistrz, starając się mówić łagodnie – Mnie też się to nie podoba, ale my mamy swoje rozkazy i musimy się ich trzymać. Zresztą, nawet gdybyśmy włączyli się do walki, jedynie niepotrzebnie stracilibyśmy własne życie.
- Oczywiście, dowódco – odparł zupełnie bez przekonania, choć ze znacznie większym zrozumieniem.
- Nie martwcie się, Niebiescy – powiedział z przekonaniem i wiarą spokojny i zawsze roztropny pilot z Coruscant Baar, o oznaczeniu Niebieski Trzy – Admirał Forn Dodonna wie co robi.
Niewątpliwie wypowiedź ta trochę zmieniła stan umysłowy jego eskadry na lepszy, ale niewystarczająco, by choćby stoczyć pojedynek z ich pesymistycznymi myślami.
Radena dwukrotnie skinął głową.
Chciałbym mieć taką pewność, jak Baar.

**********

Admirał Forn Dodonna przyglądała się odległej potyczce z mocno zaciśniętymi zębami i stalową maską na twarzy.
Jej myśliwce przegrywały sromotnie i już nie było nadziei, ze długo utrzymają swoją pozycję. Należało coś zrobić, zanim dojdzie do totalnej katastrofy. I to natychmiast.
Dodonna gwałtownie się odwróciła i szybkim krokiem dopadła do mapy holograficznej, przed którą niezmiennie stał mistrz Vandar Tokare.
- Poruczniku Fallem, proszę o raport... o wszystkim – powiedziała, wpatrując się ze zmarszczonym czołem w cztery czerwone trójkąciki wrogich okrętów i właśnie zanikający kształt niebieskiej kropeczki, oznaczającej całe skrzydło myśliwskie Republikańskich maszyn. Trudno było pogodzić obowiązki dowódcy floty z jednoczesną rozpaczą, gdy ginęli żołnierze przez nią przywodzeni. Na całe szczęście Dodonna nie dawała jej dojść do siebie na tyle, żeby przeszkadzała jej w wykonywaniu swoich powinności wobec podwładnych.
- Pozostało osiem minut i cztery sekundy do kontaktu bojowego... nasze sensory wykazują również, że naszych statków zostało... – twarz porucznika zauważalnie pobladła, ale po wyczytaniu dalszej kolumny liczb, żołnierz pozwolił sobie na nikły uśmiech – ... około czterystu czterdziestu i najwyżej siedemset Sith Fighterów.
Dodonna zdumiała się mocno, natychmiast marszcząc brwi – Bardzo dziwne... albo nasi piloci są wyjątkowo dobrzy, albo tamci są do niczego... albo... – Forn zastanowił się i nagle do jej głowy wpadło bardzo proste wyjaśnienie tej zagadki – nieprawdopodobne, ale jak najbardziej możliwe.
Admirał podbiegła do przedniego iluminatora, kierując tym na siebie wzrok co najmniej połowy obecnych na pokładzie mostka osób. Przez krótką jak wystrzał z turbolasera chwilę, kobieta uważnie przyglądała się poczynaniom Sith Fighterów i to wystarczyło, aby utwierdzić ją w swoich przekonaniach.
- Jak mogłam tego nie zauważyć... – cicho stwierdziła i raptownie zwróciła się w stronę sekcji łączności.
- Wszystkie Crusadery i pozostałe nie walczące dotąd eskadry mają się skierować prosto na tamte Sith Fightery! I to jak najszybciej, poruczniku!
- Tak jest, pani admirał – łącznościowiec zrobił, co trzeba, ale nie mógł powstrzymać dziwnego spojrzenia, które dyskretnie skierował na kobietę.
Dodonna zwróciła głowę z powrotem ku przedniemu iluminatorowi.

**********

- Słyszeliście Niebiescy? Maksymalna prędkość. Utrzymać formację delta – Arun Radena głęboko odetchnął i pchnął przepustnicę do oporu. Pojazd natychmiast wystrzelił jak z działa i wiedziony wprawną dłonią mistrza Jedi, ruszył wprost na swój cel: kłębowisko setek maszyn i przecinających przestworza różnobarwnych wiązek laserowych.
Jego eskadra przybliżyła się do owego „kłębowiska” na taką odległość, iż dowódca był już w stanie rozpoznać smukłe sylwetki walczących ze sobą Republic i Sith Fighterów. Te ostatnie, będące podstawową jednostką Imperium Sith – a według Aruna jedyną typowo myśliwską – składały się z podłużnego kokpitu z czarną owiewką, na którego końcu umiejscowiony był pojedynczy silnik oraz dwóch rozkładanych ośmiokątnych skrzydeł, zaczepionych podłużnymi wspornikami do kadłuba, na których zamontowane stały dwa działka laserowe, stanowiące jedyną broń maszyny, podobnie jak u jego odpowiednika po stronie Republiki.
Od razu z drugiego komunikatora, dla odmiany zmontowanego na pulpicie, wydobył się zgiełk trudno rozpoznawalnych odgłosów i słysząc to Radena pomajstrował coś przy nim. Po chwili urządzenie pominęło cały ten rumor przekrzykujących się żołnierzy i poczęło wychwytywać jedynie głosy pilotów-dowódców, znajdujących się najbliżej jego eskadry.
Kiedy do walki pozostało dwadzieścia parę sekund, rycerz sięgnął do małego przełącznika na konsolecie i trąciwszy go, aktywował tarcze ochronne myśliwca. Radena postanowił, ze czas zastanowić się nad strategią.
- Klucz Pierwszy i Drugi - powiedział po krótkiej chwili przez komunikator – Najpierw ładujemy na pałę w Sithów, potem próbujemy celować, a na koniec lecimy wspomóc skrzydło porucznika Harra. Klucz Trzeci ma nas osłaniać... zrozumiano Dwunastka?
- Tak jest, dowódco – odrzekł niechętnie Blaade, Kel-Dorianin aż za bardzo znany z porywczości, dziwnych pomysłów i szaleńczych ataków na wroga, które najczęściej kończyły się olbrzymimi stratami po obu stronach. Z tego też powodu Radena wiedział, że należy go trzymać na krótko.
- Nie obierajcie taktyki jeden na jednego; po prostu walcie we wszystko, co nie jest Republic Fighterem bądź Crusaderem - mistrz pomyślał, że czas na rozmowę i wydawanie instrukcji właśnie się skończył, lecz dodał jeszcze jedno zdanie - Pamiętajcie: żadnych bezsensownych rajdów i akcji w stylu kapitana Wartha.
Rycerz uśmiechnął się lekko, słysząc cichy odgłos śmiechu jego podwładnych; uwaga o kapitanie Warthu zawsze działa – pomyślał usatysfakcjonowany Arun i widząc, że do odległości gwarantującej w miarę wysoką skuteczność strzału pozostało zaledwie pięć sekund, obrał sobie na celownik skupisko maszyn wroga po prawej stronie zawieruchy, które to najwyraźniej zorientowały się o przybyciu odsieczy. Jedi zdążył jeszcze ustawić pełnię mocy tarcz na przód, po czym jego maszyna bluznęła zielonymi pociskami prosto w sam środek nowo powstającej formacji wroga. Ułamek sekundy później posypały się błyskawice reszty jego eskadry.
Pierwsza seria mistrza Jedi dosłownie rozerwała na strzępy Sith Fightera, który eksplodował w efektownej kuli ognia, natychmiast wessanej przez lodowatą próżnię. Druga pozbawiła lewego skrzydła następną maszynę, która przekoziołkowała i zniknęła w oślepiającym błysku, zestrzelona przez jednego z pilotów Republiki. Trzecia salwa jedynie zahaczyła o prawe skrzydło kolejnego przeciwnika, lecz mijając go wbiła się w podłużny kokpit drugiego pojazdu, nieroztropnie lecącego tuż za nim.
I choć Arun nie miał pojęcia ile myśliwców przeciwnika strącili piloci jego eskadry, to na pewno musieli oni wyrwać porządną dziurę w jednostce, co wywołało natychmiastową reakcję Sithów, którzy odpowiedzieli jeszcze większą nawałnicą czerwonych promieni.
- Unik! – z całej siły wykrzyknął, ale było już za późno. Arun pociągnął ster ku sobie i przeleciał ponad przeciwnikami, szczęśliwie mijając wszystkie pociski, lecz kątem oka spostrzegł znikający właśnie w obłoku ognia Republic Fighter. Nie zastanawiając się nad stratami, Radena błyskawicznie wykonał ciasną pół pętlę i znalazł się tuż za ogonem aż trzech maszyn. Nie wierząc głupocie pilotów Sith, mistrz Jedi strącił jedną serią wszystkie Sith Fightery, które jeden po drugim zamieniły się w drobny pył. Kręcąc głową, przesunął tarcze na tryb standardowy.
- Meldujcie!
- Dziewiątka i Jedenasta zniszczeni – odezwał się głosem przefiltrowanym przez maskę i komunikator Blaade, w którym nie było ani krzty żalu, czy też niepokoju.
- Szósty nie żyje, a Piątka lekko oberwał – zakomunikował dowodzący Kluczem Drugim Jon Black z Naboo.
Wprowadzając swój myśliwiec w ostry prawy wiraż, rycerz zacisnął zęby, gdy zobaczył mijający go o kilkanaście centymetrów czerwony promień lasera.
Nie dość, że stracili Kazzanjiana, Core’a i Phantiego, to jeszcze na dodatek jakiś Sith uczepił się jego ogona!
Radena zrobił dwa uniki i gwałtownie położył pojazd ostro na lewe skrzydło, po czym odbił w dół, w zadziwiająco łatwy sposób pozbywając się wrogiego statku. Coś jest nie tak z tymi Sithami... – zastanowił się Arun, lecz nim dokończył swoją myśl zauważył jakiegoś Republic Fightera, do którego doczepili się dwaj Sithowie. Jedi przyciągnął do siebie przepustnicę i wprowadził maszynę w wąski skręt na lewo tak, że znalazł się dokładnie za oboma nieostrożnymi myśliwcami. Tym razem jeden z nich natychmiast wykonał gwałtowny wiraż w bok i znikł z pola widzenia mistrza Jedi. Arun namierzył drugą maszynę i trzykrotnie nacisnął spust. Pierwsze dwie wiązki wbiły się dokładnie w sam środek czarnego kokpitu, odrywając oba skrzydła od kadłuba, następna para dokonała ostatecznego dzieła zniszczenia, zaś trzecia salwa przeleciała jedynie przez chmurę rozżarzonych szczątków wrogiego statku.
Radena pociągnął ster ku sobie i zakończył szeroką pół pętlę, wykręciwszy pół beczki.
- Czas zobaczyć, co jest grane – mruknął bezgłośnie, wysyłając swoje myśli w kierunku najbliższego Sith Fightera, który starał się trafić jedną z republikańskich maszyn. Przechylając ster w prawo i podążając za natrętem, strzelającym bardzo niecelnymi seriami spostrzegł, że nie wyczuwa niczego; w kokpicie pojazdu wroga najzwyczajniej w galaktyce... nie było nikogo. Ale za to na pewno jest Coś. A tym czymś mógł być jedynie...
- Niebiescy! Przegrupować się w trzy klucze po trzy maszyny... – Jedi właśnie w tym momencie spostrzegł szansę zadania naprawdę silnego ciosu przeciwnikom – Lecimy na tamtą formację, ruszającą się kursem 10-48 – oddział pojazdów wroga, który wskazał swoim żołnierzom, a składający się, z co najmniej trzech eskadr zapewne jeszcze nie brał udziału w walce i kursem przechwytującym kierował się wprost na odsłonięty bok gigantycznego kłębowiska, dotychczas opanowany przez Republikę – Nie martwicie się ich ilością. Te Sith Fightery sterowane są przez automaty.
- Automaty? – niemal wypluł te słowa Jekal – Roboty? My tu giniemy, a ci wysłali na nas chrzanione blaszaki?!
- Spokój, Piąty. Nie tylko ciebie to denerwuje; to typowa zagrywka Sithów. Najpierw uderzamy całą eskadrą, potem bierzemy sobie po jednym i po kolei rozwalamy. Walimy na nich z pełną prędkością. Zrozumiano?
- Tak jest, dowódco.
- Dowódco tu Siódemka – odezwał się nagle Jon Black – Piątka i Ósemka nie mogą dołączyć; mają czterech na celowniku.
- Przyjąłem, Siódmy.
Arun pokiwał głową – będzie problem. Tylko siedem maszyn... – Mężczyzna natychmiast się skrzywił, wprowadzając swoją maszynę w obszerną beczkę. Chwila krótkiej nieuwagi nieomal kosztowała go utratę tarcz, gdy cała burza rubinowych strumieni energii przecięła przestrzeń obok smukłego myśliwca. Mistrz Jedi skupiony na przyrządach myśliwca kątem oka wychwycił nadlatujące z prawego boku kolejne Sith Fightery, które najwyraźniej zainteresowały się jego okrojoną eskadrą.
- Dowódco, widzę trzech na 5-13 – zakomunikował szybciej niż błyskawica Bladee – Eliminujemy?
- Zaprzeczam Dwunastka – Radena instynktownie obliczył odległość pomiędzy Niebieskimi, a ich celem – Lecimy zgodnie z planem.
- Przyjąłem – żal i rozczarowanie w głosie Kel-Doriana były wręcz zaraźliwe i Jedi przyłapał się na tym, że rozmyśla, czy nie odwołać poprzedniego rozkazu i strącić trzech natrętów. świadomość wiedziała jednak, że nici byłyby z planu zaskoczenia wroga.
W kąciku ust Aruna zagościł na chwilę przelotny uśmiech. Od zawsze wiedział, że rasę Kel-Dor cechuje wrodzona wojowniczość i zarazem małomówność, niekiedy wręcz przeplatana z roztropnością i rozwagą, a wszystko to wzmocnione ich tajemniczością. I w tym względzie Bladee również się nie wyróżniał. Rycerz westchnął cicho, powracając do rzeczywistości – Jeszcze tak wiele nie wiem o tylu rasach Znanej Galaktyki...
Niestety, odciągnięty myślami o tym, o czym myśleć w takiej momencie nie powinien, za późno dostrzegł wyraźnie wysuwającą się przed całym szwadronem Republiki sylwetkę Republic Fightera. Niewątpliwie należał on do Barabela Rica Mullaca, gdyż jego zmodyfikowanej maszyny (napęd – FanGor Sa-59 - był jeszcze mocniejszy niż standardowy Koensayr) nie dało się pomylić z żadną inną.
- Dwójka – zakrzyknął do komunikatora – Wracaj do szyku!
- Spokojnie, dowódco! – zasyczał w odpowiedzi wielki gad – Wiem, co robię!
Problem w tym, że właśnie nie wiesz! – mistrz przeklął w duchu zapał bojowy Barabela, ale miał świadomość, że nic nie może już uczynić, by odwieść od zamiaru obcego. W takim nastroju Mullac nigdy nie usłuchałby żadnego rozkazu, a o dogonieniu go nie było mowy. Ric zdecydował się na samobójcze rozwiązanie w stylu swojej rasy i naprawdę nic go nie powstrzyma od wprowadzenia swoich zamiarów w życie.
Jedyne, co można teraz zrobić – pomyślał ponuro, w przeświadczeniu, że można było zrobić coś wcześniej – to życzyć mu szczęścia.
Pozbywając się owych niespokojnych myśli, Radena prędko przełączył pełnię mocy na przednie tarcze ochronne i delikatnym, acz szybkim ruchem dłoni, zaczął wykręcać długą śrubę, której koniec zwieńczony był w samym środku gromady wroga.
Dokładnie w momencie starannie odliczonym przez samego siebie – zanim którykolwiek z automatów siedzących za sterami Sith Fighterów zdołał zareagować na nowe zagrożenie: czyli właśnie wparowującego się w nich Mullaca – mężczyzna zacisnął mocno na spust drążka sterowniczego. Objęta niesamowitą wręcz rotacją, maszyna bluznęła zielonkawym ogniem w najbliżej lecące statki Sithów.
Pierwszy myśliwiec nieprzyjaciela dosłownie rozpadł się na kawałki, trafiony całą serią szmaragdowych pocisków, a drugi, zaliczając trzy strzały oddalił się wirując, aż zakończył swoje istnienie w kuli oślepiającego światła. Kolejny stateczek, skoszony strumieniami plazmy jego i jeszcze czyjegoś myśliwca zatrząsł się i eksplodował, zamieniając się w miniaturową supernową.
W czasie całego tego rajdu, zakończonego efektownym wirażem w prawy bok – którego dokonał, nieprzerwanie plując z działek laserowych - co przyniosło efekt w postaci kilku strąceń, zaliczonych w spółkę z innymi członkami eskadry – zobaczył jeszcze bardziej spektakularną eskapadę Mullaca. Wojowniczy Barabel – z okrzykiem na ustach - wpadł swoim myśliwcem w przednią część skrzydła wrogów, niszcząc lub uszkadzając po drodze prawie siedem Sith Fighterów, zwieńczywszy rajd idealnym i najciaśniejszym nawrotem, jaki kiedykolwiek widział Radena. Jednakże w chwilę później jedyne, co ujrzał to rozsiane na wszystkie strony szczątki republikańskiego myśliwca, gdy zimnokrwisty gad moment wcześniej został zalany falą szkarłatnych błyskawic z działek Sithów.
- Dwójka przepadł – mruknął bezgłośnie lider Niebieskich, z trudem przełykając ślinę przez ściśnięte gardło. Ric Mullac zginął jak bohater... ale poszło to na marne. Więcej dokonałby jako żywy, a nie umarły. Nie powinienem był mu pozwolić na tą akcję! – Radena od razu odrzucił tą niedorzeczną myśl. Czas na rozgoryczenie przyjdzie później – pomyślał niespokojnie – Jeżeli w ogóle będzie jakieś później...
Ponownie skoncentrowany na bieżących wydarzeniach, czyli walce na śmierć i życie z przeważającym wrogiem, Arun zmniejszył ciąg do pięćdziesięciu procent i wyprowadził gładkie półtorej pętli, dzięki której znalazł się tuż za resztkami rozbitego i rozproszonego już skrzydła myśliwskiego Sithów. Zdumiony liczbą zniszczonych wrogów, która mieściła się w przedziale od piętnastu do dwudziestu pojazdów, a także – co było ewenementem - małą liczbą utraconych w rajdzie pilotów znowu pchnął manetkę akceleratora do oporu i naprowadził na celownik jakiegoś Sith Fightera.
Nim jednakże nacisnął spust, myśliwiec – ku konsternacji Radeny – zsunął mu się z linii ognia, robiąc gwałtowny zwrot i półtorej beczki. Zdumiony sztuczką automatu i swoją arogancją, z wielkim trudem umknął błyskawiczną świecą w górę trzem parom czerwonych boltów, które ułamek sekundy wcześniej wystrzelił obcy pojazd. Sith Fighter mignął w bocznym iluminatorze i Arun wykonał równie gwałtowny, co jego przeciwnik nawrót, tak że momentalnie znalazł się z powrotem za wrogiem.
Niemniej jednak - tym razem bardziej przygotowany na nieobliczalny wybieg droida sterującego Sith Fighterem - kolejny raz dał się wymanewrować, gdy maszyna wykonała ekstremalnie ciasny wiraż w lewy bok i w sekundę później ostro odbiła w prawo, tak że nie tylko Jedi zgubił Sitha, lecz na dodatek ten wparował się idealnie pomiędzy dwoma statkami Republiki, kończąc to wszystko wystrzeleniem kilku strumieni energii do przodu. Nim Radena zdołał odpowiednio zareagować, znajdujący się na linii ostrzału myśliwca Sith, Republic Fighter wyparował w obłoku białej energii, trzykrotnie uderzony promieniem działek laserowych.
Albo tym pojazdem steruje żywy człowiek, albo droid w środku jest wyposażony w jakieś specjalne oprogramowanie – zastanowił się zły na własne niedbalstwo – Tak, czy inaczej, teraz nie ma mowy, bym mu darował.
Przelatując tuż obok właśnie zanikającej kuli ognia, ostatniej pozostałości po pilocie Republiki, oddał kilka niecelnych strzałów w kierunku kluczącego i uwijającego się jak w ukropie Sith Fightera. Przeciwnik zdryfował raz w prawo, raz w lewo, aż w końcu zdecydował się na bardzo twardy zakręt w prawy bok, wspomagany beczką. Jednakże Jedi już nie dał się nabrać na ten manewr; zdusiwszy ciąg do połowy i wyprowadził równie cięty wiraż jak Sith, by na bardzo ulotną sekundę wróg znalazł się tuż przed klinowatym dziobem jego Republic Fightera.
Dokładnie wtedy Radena pociągnął za spust, zamieniając maszynę przeciwnika w bezużyteczną kupę złomu, posłaną w nieznane.
Niespodziewanie, tknięty gwałtownym impulsem, Arun mocno szarpnął sterem, co zapewne uratowało go od niechybnej śmierci, kiedy tuż za rufą jego wehikułu przelała się istna burza czerwonawych laserowych błyskawic
Rycerz zacisnął zęby i wypuścił z płuc powietrze – Ktoś tu się starzeje... – pomyślał i wprowadził swój myśliwiec w szaleńczy korkociąg w tym samym czasie, gdy cały klucz Sith Fighterów wykonał pół pętli i ruszył w pościg za republikańskim pilotem. Właśnie wtedy mężczyzna cos sobie przypomniał...
- Chcecie się zabawić? – Arun złośliwie się uśmiechnął – To niech i tak będzie.
Radena pstryknął przełącznikiem komunikatora, tak by słyszał go tylko Niebieski Cztery - czyli Loogeel Turne, człowiek urodzony na Selonii, a wychowany na Korelli – wprowadzając Republic Fightera w niezwykle karkołomną serię zwodów i uników, które przeszły w równie brawurowe nurkowanie pomiędzy dwoma jaskrawymi kulami ognia, pozostałymi po wybuchu dwóch Sith Fighterów.
- Czwórka – powiedział wreszcie do komunikatora – Przydałaby się mała pomoc.
- Oczywiście, Dowódco. Niebieski Cztery rusza.
Mistrz Jedi przestawił siłę tarcz ochronnych całkowicie na rufę i widząc iż zgubił zaledwie jednego wroga, łagodnie wyrównał lot, świadom śmigających z tyłu pocisków i pchnąwszy dźwignię przepustnicy do przodu, ruszył w stronę punktu, gdzie znajdowało się największe skupisko pojazdów Republiki i Imperium Sith.
Uważnie – na miarę kogoś, kto jednocześnie musi pilotować statek, bezustannie patrzeć na pulpit sterowniczy, pilnować własnego życia i tak dalej – przyglądał się czemuś powyżej kokpitu swojego myśliwca. Trochę ryzykowny plan... – zastanowił się i wzruszył ramionami – Ale co tam... – Jedi, wiedziony nagłym przypływem poczucia zagrożenia, ściągnął ster ku sobie.
Nagle maszyna potężnie się zatrzęsła i w nieoczekiwanym popiskiwaniu jakiegoś rytmicznego dźwięku, drążek sterowniczy wyślizgnął się z dłoni rycerza. Na swoje szczęście mężczyzna błyskawicznie z powrotem pochwycił ster i pełen najgorszych przeczuć, wyciął szybką, podwójną beczkę przez lewą burtę. Jedi odetchnął z ulgą, kiedy popatrzył na migoczący żółto-pomarańczowym światłem pulpit. Tuż pod błyskającym światełkiem i napisem force shield Radena ujrzał błyszczące żółcią oznaczenie, głoszące, iż tarcza ochronna straciła tylko sześćdziesiąt procent mocy. Dziękując Mocy za jej niebywały przypływ, kątem oka spostrzegł jak Republic Fighter Loogeela Turne’a z pełną prędkością zajmuje poprzednią pozycję dowódcy i lecąc pod kątem prostym do napastników trzema celnymi seriami z obu działek laserowych unicestwia całą trójkę wrogów.
- Dzięki Czwórka – powiedział od razu po udanej akcji Arun, trochę zmęczony wysiłkiem i rzucającym go na wszystkie strony myśliwcem, co było wywołane kompensatorem ustawionym na jedną dziesiątą ciążenia... i chyba nie tylko tym. Rycerz uśmiechnął się do siebie - Chyba faktycznie się starzeję...
- Tak przy okazji: doskonała robota.
- Zawsze do usług, Dowódco – odparł radośnie Turne.
Dokładnie w momencie, gdy Radena miał zamiar wykonać szybki nawrót i powrócić do boju, jego oczy przykuły uwagę na czymś innym. Mistrz Jedi zaśmiał się cicho, znowu zmieniając częstotliwość komunikatora na wspólną dla całego szwadronu. W przednim iluminatorze oczy jego zobaczyły bowiem bardzo wiele maleńkich punkcików, błyszczących metalicznym blaskiem, mogących oznaczać jedynie jednie jedno: do walki wkraczają ciężkie myśliwce uderzeniowe, Crusadery.
Nieoczekiwanie z komunikatora w jego hełmie wydobył się zniekształcony kobiecy głos, należący do admirał floty Forn Dodonny.
- Do wszystkich myśliwców: natychmiast wycofać się! Powtarzam: natychmiast wycofać się!
Rycerz zmarszczył brwi, lecz natychmiast rozpogodził swoje oblicze, uśmiechając się szeroko. Jak mogłem wątpić w Dodonnę... – wzruszył ramionami Jedi - ...przecież to było tak oczywiste.
- Słyszeliście Niebiescy? Zabieramy się stąd! – powiedział głośno do komunikatora, krótkim, acz zdecydowanym ruchem lewej dłoni przesyłając całą energię z dwóch działek laserowych wprost do pojedynczego silnika firmy Koensayr. Nagły skok prędkości aż wcisnął pilota w fotel, który na chwilę skoncentrował się na obliczeniach. Niestety bardzo szybko przerwał je zdezorientowany głos Jekala:
- Dowódco, dlaczego mamy się wycofywać...
- Pomyśl Piątka! – błyskawicznie odrzekł Arun, zastanawiając się dlaczego akurat jemu musiał się trafić Jekal...
W ten właśnie sposób, bez przerwy kręcąc powolny korkociąg, nim się obejrzał, doładowany dodatkową porcją mocy napęd wyniósł go poza obręb toczonych jeszcze przed paroma sekundami walk i wraz z falą innych Republic Fighterów sunął z powrotem ku głównym okrętom VI Floty Republiki Galaktycznej.
W mgnieniu oka o wiele masywniejsze Crusadery minęły całą flotyllę smukłych myśliwców i bez zastanowienia runęły na całkowicie zdezorientowane stateczki Sithów, pilotowane wszakże przez automaty nie zaprogramowane na taki rozwój wypadków, ani tym bardziej na niego nie przygotowane. Bez większego sensu zbiły się w ciasną gromadę, niczym ogłuszony rój owadów. Jedynie część z Sith Fighterów – zapewne tych wyposażonych w droidy o ulepszonym oprogramowaniu – ruszyła za Republic Fighterami, a nawet parę z nich strąciła.
Nagle ponownie odezwała się admirał Dodonna:
- Do wszystkich myśliwców: Wracajcie na pole walki i wyeliminujcie wszystkich przeciwników, którzy pozostaną po Crusaderach.
- Z największą przyjemnością – mruknął Radena, wykonując idealną pół pętlę, skończoną dwiema beczkami – Niebiescy: meldować się!
- Klucz Drugi stracił Czwórkę – oznajmił Jon Black, u którego chyba najbardziej zaznaczył się nienajlepszy nastrój – Nie zdążył wyrobić na czas...
Radena zdołał jedynie sztywno kiwnąć głową. Loogeel Turne nie żyje. To już piąty Niebieski. Ile jeszcze będzie nas musiało zginąć, aby osiągnąć cel tej przeklętej bitwy? Ile jeszcze lojalnych obywateli Republiki Galaktycznej straci życie w obronie wolności? Arun pokręcił głową, wydając z siebie zduszony odgłos – Zbyt wielu, by dało się ich zliczyć. Zbyt wielu...
- Klucz Trzeci w komplecie – chłodno wyartykułował Bladee, przerywając jego mroczne zamyślenie.
- Doskonale – skwitował Radena, przesuwając moc tarcz na dziób, i doprowadzając energię z powrotem do działek laserowych – Zacieśnić szyk i dostosować prędkość do Crusaderów; robimy wszystko tak, jak kazała nam admirał Dodonna, zrozumiano?
- Tak jest, Dowódco.
- To bardzo dobrze...
Pięciu Niebieskich nie żyje, a ja mówię, że jest dobrze... – Radena mocniej zacisnął dłoń na rękojeści steru – Chyba coś mi się pomyliło... Nie czas teraz tracić cenny czas na opłakiwanie zmarłych; być może przyjdzie on po zwycięstwie. Ale żeby zwyciężyć, trzeba walczyć. Sithowie zapłacą za to wszystko, a cena za to będzie olbrzymia.
I właśnie tuż przed jego myśliwcem rozgrywało się coś, co mogło choć trochę zaważyć na losach tejże ostatniej bitwy.
Ciężkie myśliwce szturmowe z pełną mocą i bezustannie plującymi czterema działkami laserowymi, przeleciały przez zagubione Sith Fightery niczym burza piaskowa z Tatooine; w przeciągu zaledwie kilkunastu sekund zielone błyskawice strumieni energii dosłownie rozniosły w pył co najmniej – takie odniósł wrażenie zdumiony nadzwyczajną skutecznością Crusaderów Radena – sześćdziesiąt procent maszyn wroga, przy czym Arun nie zauważył, by którakolwiek z republikańskich maszyn została unicestwiona, czy choćby nawet uszkodzona, ale patrząc na dziesiątki blado-czerwonych eksplozji, które usiały szczątkami Sithów przestworza przed nim, trudno było o jakąkolwiek udaną obserwację.
Kiedy ostatni Crusader minął totalnie rozbitą formację wroga, ciężkie myśliwce wykonały swoje zadanie jak należy i zapewne kierowane rozkazami dowództwa, zrobiły pełny wiraż w obie strony, dzieląc się na dwie części po sześć szwadronów. Dokańczając dzieła zniszczenia, ruszyły z powrotem ku Capitolom i Defenderom.
A teraz czas na wykończenie tych sithowych blaszaków – pomyślał Arun, na którego obliczu pojawił się lekki półuśmiech – Właśnie dlatego żywi piloci są tysiąc razy lepsi od mechanicznych. Rycerz gładko podprowadził celownik pod jakiegoś Sith Fightera i jedną serią posłał w niebyt nieruchawą maszynę. Następnie namierzył kolejnego przeciwnika i jeszcze kolejnego, bez większego problemu unicestwiając każdego z Sithów.
Jako, że w dokładnie taki sam sposób porachowali się z innymi Sith Fighterami piloci Republiki Galaktycznej, na polu walki pozostały jedynie te najlepsze, a wróg widząc swoje olbrzymie straty, postanowił zarządzić odwrót owych jednostek. Resztki pozostałe z flotylli kilkuset Sith Fighterów wykonały więc idealnie zgrany manewr i w największym pośpiechu poczęły się wycofywać w kierunku napływających od strony Gwiezdnej Kuźni Niszczycieli Gwiezdnych klasy Sith.
W tym momencie z komunikatora wydobył się spokojny i zdecydowanie bardziej cieplejszy, niż poprzednio głos Dodonny:
- Do wszystkich myśliwców: dobra robota. Wracajcie na poprzednie pozycje.
- Koniec rundy pierwszej, Niebiescy – oznajmił entuzjastycznie Arun, widząc uciekające w popłochu myśliwce pokonanego w tej małej potyczce wroga – Może się powtarzam, ale: dobra robota, Niebiescy.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: N 17 paź 2004, 11:34 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 1767
Lokalizacja: Łódź
Thanks the Maker! Doczekałem się. 8)
Wreszcie daje się czytać. Pewnie to zasługa akcji, która popędzała autora i nie dawała mu uderzać w tony "filozoficzne". Brawo dla tej pani. ;) Fakt, totalnego zaskoczenia nie było, bo już raport o stratach wroga wszystko zdradzał, ale... This is it.
Jedno mnie tylko zastanowiło. Jaki sens miało pakowanie droidziego sterowania do standardowego myśliwca? Ja tak to zrozumiałem. Traci się podwójnie, raz na pilocie, dwa na niemożności wykorzystania dynamiki sterowania. Jedynym uzasadnieniem mógł być brak pilotów. :?: Skoro zostały myśliwce to: wymarli, zginęli, zostali odesłani gdzie indziej (stary numer w wykorzystaniem obwodów namierzających cel, gdy torpedy były zupełnie gdzie indziej ;) ), nigdy ich nie było, a może uciekli do lasu? :P
Nic to, oby tak dalej. Bo dalej już tak będzie, czyż nie Jedi Radena Nadiru Sir? :?

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: N 17 paź 2004, 13:26 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
No, no, no... Lorienjo nie spodziewałem się takiego "entuzjazmu".
A tak, w gwoli wyjaśnienia: jeżeli naprawdę nie znasz fabuły KOTORa, to dowiesz się w swoim czasie o co chodziło z tymi sterowanymi przez droidy Sith Fighterami. Ale główny problem polegał na tym, że zwyczajnie Imperium Sith nie miało pilotów do ich obsadzenia.

Na nieszczęście muszę cię trochę przerazić Lorienjo: jeszcze powrócę na chwilę [lub dwie] do tych "filozoficznych" tekstów i rozmów Arun-Vima. Ale nie martw się tak bardzo; akcja będzie trwać (Aż do ostatniego rozdziału).

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: N 17 paź 2004, 13:30 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 282
Lokalizacja: Jugoslavija
A oto fragment 6 opowiadania KOTOR Ostatnia Bitwa:


**********

- Zostały jeszcze trzy i pół minuty do kontaktu bojowego, pani admirał.
Dowódca VI Floty Republiki, Forn Dodonna z lekką satysfakcją malującą się na twarzy, teraz przyprawioną zmarszczonymi brwiami, popatrzyła na rozgorączkowanego podporucznika Fallema, który z najwyższym zdumieniem, zmieszanym z radosnym uniesieniem patrzył w swój ekran. Ciekawa powodu, dla którego jej podwładny tryskał takim optymistycznym nastrojem, bezgłośnie podeszła do jego fotela i zapytała głośno:
- Co takiego radosnego, pan tam widzi poruczniku?
Młody żołnierz wzdrygnął się zaskoczony. Trochę zmieszany i zdekoncentrowany, dopiero teraz spostrzegł, iż nad nim stoi admirał floty.
- Bo wygraliśmy tą potyczkę, pani admirał... – oznajmił mężczyzna z niepewnym uśmiechem na twarzy, wskazując coś na monitorze swojego komputera – Co prawda straciliśmy prawie trzysta Republic Fighterów, ale za to nasi rozwalili aż siedemset Sith Fighterów! – podoficer zmarszczył czoło, co było odpowiedzią na minę dowódcy - Poza tym powróciły wszystkie Crusadery.
- I uważa pan, że wygraliśmy tą potyczkę? – Dodonna uśmiechnęła się gorzko, kręcąc głową – Nie, poruczniku. Może pan tego nie dostrzegł, ale... Sithowie wysłali na nas myśliwce pilotowane przez automaty, co oznacza, że albo Sithowie mają za mało ludzi, by je pilotować, albo za dużo maszyn by obsadzić je żywymi pilotami.
- Auto...maty, pani admirał? – z niedowierzaniem w głosie zapytał młodzieniec, podejrzanie zerkając to na ekran, to na Forn Dodonnę – Nasi piloci walczyli ze zwykłymi robotami?
- Niestety. Obawiam się, że te siedemset myśliwców, które teraz zniszczyliśmy było jedynie pierwszą falą z wielu. A znając Sithów mogę powiedzieć, że pierwsze fale są zawsze najmniej groźne ze wszystkich i stanowią wyłącznie pierwsze rozpoznanie, poruczniku... ale nie powinien się pan tym przejmować, więc proszę sobie nie przeszkadzać.
- Tak jest, pani admirał.
Dodonna odwróciła się od fotela niespokojnego żołnierza i zwiesiła głowę, którą skierowała w stronę przednich iluminatorów. Myśliwce, które jeszcze przed paroma minutami walczyły daleko przed czołem floty, teraz ponownie przyjęły pozycje przy okrętach wojennych grup od pierwszej do szóstej.
Tymczasem od strony ciągle rosnącej w oczach Gwiezdnej Kuźni przybliżało się dwadzieścia jeden statków, nazwanych przez taktyków Republiki Niszczycielami Gwiezdnymi klasy Sith.
Każda jednostka tego typu była długa na całe pięćset metrów i pomalowana na budzący grozę srebrno-szary kolor, kształtem przypominała mocno wygładzony trójkąt ostry z głębokim wcięciem pomiędzy górą, zakończoną spiczastym dziobem, a opływowym dołem, który to wchodził aż pod same hangary i pokłady lądowiskowe, styczne z maszynownią oraz trzema gigantycznymi silnikami podświetlnymi, poruszającymi ów wielki okręt wojenny. Na samej rufie, tuż nad główną płytą kadłuba wystawała niewysoka wieża, gdzie umiejscowiony był mostek Niszczyciela Sith, z którego wychodziły na obie strony dwa jakby skrzydła o nieznanym Republice Galaktycznej przeznaczeniu. Olbrzymi – jak na skalę budowanych obecnie jednostek gwiezdnych – statek wojenny posiadał w swym wnętrzu miniaturowy generator grawitacyjny, silny na tyle by ściągnąć z nadprzestrzeni myśliwiec, bądź też niewielki frachtowiec, lecz nie na tyle potężny by zatrzymać jakikolwiek duży pojazd, nie mówiąc już o fregacie. Wprawdzie kilkanaście takich generatorów byłoby w stanie nie dopuścić floty wroga do skoku w nadprzestrzeń, jednak nie to – ani też kilkanaście stanowisk promienia ściągającego - stanowiło o mocy Niszczyciela Gwiezdnego klasy Sith, lecz umieszczone na skraju górnego pokładu dwadzieścia turbolaserów, rozdzielonych po dziesięć na każdą burtę. Co prawda sam jeden turbolaser tej jednostki miał zaledwie połowę mocy, jaką posiadały podwójne działa laserowe Kuat Space Yards zamontowane na Capitolach i Defenderach, to jednak sama ich ilość starczyła by być poważnym zagrożeniem. Dodając do tego niezwykle silne osłony, o wiele szybciej regenerowane niż republikańskie oraz naprawdę gruby pancerz, wróg dostawał w swoje ręce maszynę totalnej destrukcji, zdolną samodzielnie rozbić w pył parę Capitolów, samemu nie odnosząc nazbyt wielu obrażeń.
Zapewne każdy mieszkaniec Maanan, który zobaczył Niszczyciel Sith powiedziałby w zdumieniu, iż statek ten wygląda dokładnie tak samo jak głowa rekina Firaxa, który właśnie rzuca się na swoją zdobycz. I w opinii Dodonny porównanie to jak najbardziej pasowało do tego tajemniczego pojazdu Imperium Sith, którego konstrukcja była równie wielką zagadką, co sama Gwiezdna Kuźnia.
- Admirale? – rzucił nagle któryś z żołnierzy na mostku, wyrywając Dodonnę z zamyślenia. Kobieta spokojnie odwróciła się od iluminatorów i spojrzała prosto w oczy wyprężonego jak struna porucznika Regarde’a z sekcji łączności, który najwyraźniej miał jej do przekazania jakąś wyjątkowo ważną informację, gdyż bez większego trudu wytrzymał wzrok Dodonny.
- Tak, poruczniku?
- Wykryliśmy „Ebon Hawk’a” na powierzchni tamtej nienazwanej planety – oznajmił bez żadnego wstępu podoficer – Niestety, z powodu gęstej atmosfery nie jesteśmy w stanie nawiązać z nim kontaktu. A w każdym bądź razie, nie z tej odległości. Zwiadowca również nie jest w stanie tego uczynić.
„Ebon Hawk” odnaleziony. To chyba pierwsza naprawdę dobra wiadomość tego dnia... – pomyślała kobieta, lekko się uśmiechając do nieprzerwanie stojącego obok niej mistrza Vandara Tokare, po czym skierowała swoje oczy z powrotem na Regarde’a.
- Próbujcie dalej się z nim skontaktować. To bardzo ważne, poruczniku.
- Tak jest, pani admirał.
Dodonna już zamierzała znowu odwrócić się ku frontowym iluminatorom, lecz tym razem zamiar ten wyprzedził zaniepokojony głos podporucznika Fallema:
- Pani admirał... – zaczął, tajemniczo ściszając ton głosu i niecierpliwie pocierając dłonią krawędź swojego fotela – Kazała pani meldować o wszystkim, co niezwykłe w najbliższej okolicy...
- Tak... o co chodzi, poruczniku? – zaniepokoiła się trochę kobieta.
- Nie miałem czasu tego wcześniej powiedzieć, ale... przed siedmioma minutami sensory naszego zwiadowcy pokazały, że z tamtej planety wystartował niewielki statek, a dokładniej myśliwiec klasy G-wing i wykonał mikroskok przez hiperprzestrzeń mniej więcej w stronę Gwiezdnej Kuźni – mężczyzna nieznacznie zmarszczył brwi – Co najdziwniejsze, kilka sekund po jego starcie stało się coś bardzo dziwnego... właściwie to nawet nie mam pojęcia, co to było.
- To znaczy? – admirał zażądała wyjaśnień, nieco podnosząc prawą brew.
- Coś, co otaczało planetę i do czego chyba zbliżała się nasza flota znikło – podoficer pokręcił głową i nerwowo spojrzał na górującą nad nim postać kobiety – Nie wiem, co to było, ale myślę, że coś w rodzaju... pola magnetycznego, albo czegoś w tym stylu. Nie mam pojęcia, czy to coś ważnego, ale prosiła pani...
- Bardzo dobrze się pan spisał, poruczniku Fallem – oznajmiła szybko admirał, zwężając oczy w wąziutkie szparki. I ponieważ nic nie przychodziło jej do głowy, w związku z owym tajemniczym polem magnetycznym, rozpogodziła oblicze i cicho westchnęła, nieznacznie przekręcając głowę, tak by widzieć czoło VI Floty Republiki Galaktycznej.
Cokolwiek to było, teraz nie istnieje i trzeba się skupić na teraźniejszości.
- Ile czasu pozostało do kontaktu bojowego, poruczniku?
- Siedemdziesiąt sekund, pani admirał.
- Doskonale.
Forn Dodonna jeszcze chwilę postała ponad czarnowłosą głową zawzięcie stukającego w klawiaturę Fallema, wpatrzona w Gwiezdną Kuźnię i widniejące przed nią – jeżeli w ogóle jest jakieś „przed nią” – dwie floty dwóch odwiecznych, zdawałoby się wrogów. Tuż po tym ruszyła w kierunku mapy holograficznej i aktualnie stojącego przed nią Vandara Tokare, który nastroszył spiczaste uszy, uważnie obserwując sytuację i ruchy Sithów. Admirał również popatrzyła na jaśniejącą żółcią mapę i uznała, że wybrała wyjątkowo mało precyzyjny sposób oznaczenia Niszczycieli Sith. Cztery okręgi, oznaczające je przybliżyły się na odległość kilku centymetrów od VI Floty, toteż kobieta przybliżyła się do holograficznej karty i wcisnęła dwa razy jakiś przycisk na klawiaturze tuż pod nią. W jednej chwili wycinek, na którym widoczne były okręty obu flot powiększył się prawie trzykrotnie, tak, że w teraz kropki oznaczające statki obu stron stały w znacznie większej od siebie odległości.
- Poruczniku Fallem – powiedziała moment później – proszę podzielić na tej mapie wszystkie Niszczyciele Gwiezdne Sith na dziewięć grup po trzy okręty.
- Tak jest – mechaniczne odpowiedział jej podwładny i po krótkiej sekundzie stało się tak, jak nakazała: Siedem czerwonych kropek zastąpiło cztery poprzednie, a dwie jedną samotną obok Kuźni. Nie minęło nawet kilka chwil, gdy kobieta zorientowała się, iż wszystkich siedem czerwonych punktów podąża w stronę rozrzuconej na wielką szerokość republikańskiej flotylli w dokładnie idealnym szyku bojowym; admirał wydawało się wręcz, że każdy z nich znajduje się dokładnie w takiej samej odległości od siebie, powoli rozsuwając dwadzieścia jeden Niszczycieli Gwiezdnych Sith na całą szerokość VI Floty Republiki.
Z tego też powodu zaprawiona w boju dowódca ponad setki okrętów wojennych wielce się zaniepokoiła błyskawicznym wnioskiem, który napłynął do jej mózgu. Jeżeli tylko Niszczyciele Sith utrzymają obecny szyk, Republika będzie mogła pożegnać się z zamiarem unicestwienia Gwiezdnej Kuźni...
- Coś jest nie tak... – nagle odezwał się niespokojnie Vandar Tokare – Dzieje się coś niedobrego, pani admirał.
- Owszem, mistrzu Vandar – kobieta nie mogła powstrzymać swojego sarkazmu – Armada Sith zupełnie nas zablokowała. Nie mamy szans przedrzeć się przez tak ustawioną formację.
- To również, admirale...
Zaskoczona Forn Dodonna odwróciła głowę w kierunku zielonego rycerza Jedi. Ze zdumieniem spostrzegła, iż Tokare z mocno zamkniętymi powiekami wcale nie patrzy na migającą przed nim holograficzną mapę taktyczną i absolutnie jej to nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie, bardzo mocno ją to zaniepokoiło – jeżeli mistrz Jedi myślał o czymś innym to...
- Gwiezdna Kużnia potężnie emanuje Ciemną Stroną w Mocy. Wyczuwam na jej pokładzie wielkie zagrożenie... mnóstwo nie opanowanego strachu i jeszcze więcej złości oraz nienawiści – mistrz silniej ścisnął zielone powieki, po czym pomału je otworzył, kierując swój posępny wzrok prosto w oczy kobiety – Smutek panuje na tej stacji i jest ona źródłem wielu emocji. Jest wszakże coś jeszcze w niej... jednak nie potrafię wyczuć, co to może być, admirale.
Forn Dodonna kiwnęła głową.
- Być może jest nim Darth Malak?
- To niewykluczone. Obawiam się jednak, ze to coś innego... o wiele mroczniejszego, admirale.
Kobieta kiwnęła głową, zatapiając się w swoich niewesołych myślach.
Nie jest dobrze, gdy mapa taktyczna pokazuje, że leci na nas w idealnie zgranym szyku flota Imperium Sith, lecz naprawdę źle jest, kiedy jeden z największych mistrzów Jedi mówi, że wyczuwa coś bardzo mrocznego, jakieś olbrzymie zagrożenie, którego jeszcze nawet nie widzą. I to w momencie, w którym zaczyna się decydujące starcie dwóch wielkich potęg Znanej Galaktyki...
- Pani admirał. Do kontaktu bojowego pozostało piętnaście sekund.
Ponure myśli Dodonny szybko gdzieś uleciały i kobieta skierowała się ku przedniemu iluminatorowi, by być świadkiem pierwszych momentów walki okrętów wojennych. Dokładnie w momencie, kiedy przysunęła się do nich, zobaczyła pierwsze błyski wystrzelonych przez Niszczyciele Sith szkarłatnych boltów, którym błyskawicznie odpowiedziały mniej liczne, lecz potężniejsze zielone promienie statków Republiki Galaktycznej. Od razu dało się zauważyć, iż Niszczyciele Gwiezdne Sith zatrzymały się i w celu utrzymania swoich pozycji i całkowitego blokowania floty Republiki, zmasowanym ostrzałem z baterii turbolaserowych z obu burt celują w znajdujące się najbliżej statki. Parę sekund po wkroczeniu do boju trójkątnych okrętów wroga rozpoczął się drugi etap bitwy myśliwców obu stron o panowanie w przestworzach. Setki Republic Fighterów i Crusaderów starło się z Sith Fighterami i ostateczna bitwa rozgorzała na nowo. Moment później wśród wielu malutkich wybuchów i miniaturowych rozbłysków uderzających o tarcze ochronne strumieni energii, Dodonna spostrzegła jedną większą eksplozję i chwilę potem drugą nieco dalej, która zatrzęsła fregatą szturmową Defender, zamieniając statek w chmurę nierozpoznawalnych szczątków.
- Admirale. Grupa Pierwsza melduje, że straciła jedną fregatę – sumiennie zakomunikował jeden z ludzi porucznika Regarde’a – Czwarta tak samo.
- Dziękuje.
Lekko mrużąc oczy, Dodonna starała się wypatrzyć cokolwiek, co mogłoby jej choć trochę pomóc w osiągnięciu celu, lecz nie wychwyciła niczego; Niszczyciele Sith miały olbrzymią przewagę i właściwie bez przerwy zasypywały ogniem dużo mniejsze Capitole i Defendery. Należy zmienić taktykę, ale admirał nie miała pojęcia, czy to co chce zrobić podziała.
Kobieta odwróciła się od iluminatora i skierowała wzrok na porucznika Regarde’a.
- Poruczniku, niech pan przekaże wszystkim grupom bojowym, aby wybrały sobie jakiegoś Niszczyciela Sith i strzelały w niego aż zostanie zniszczony, bądź uszkodzony na tyle, by już nie nadawał się do dalszej walki – kobieta pomyślała, że trzeba w jakiś sposób wykorzystać Crusadery, gdyż nie ma sensu wysyłać je do walki z dużo zwrotniejszymi Sith Fighterami – Niech Crusadery wspomogą te działania jak tylko potrafią. Republic Fightery mają zapewnić im osłonę.
- Tak jest, pani admirał.
Co prawda na efekty działań nowej strategii trzeba było długo czekać, ale Dodonna w końcu wypatrzyła w iluminatorze rozrywające poszycie szmaragdowe błyskawice i potężną kulę ognia, która pochłonęła jeden z Niszczycieli Gwiezdnych Sith. Niestety moment po tym, jak to się stało cała formacja wroga uzupełniła malutką wyrwę i już po chwili nie było widać, by cokolwiek ważnego stało się przed dziobami statków wojennych VI Floty Republiki.
- Straciliśmy cztery Defendery w grupach Pierwszej i Drugiej oraz jeden w Trójce.
Sithowie chcą zniszczyć nasze skrzydła – uświadomiła sobie teraz Forn Dodonna, kierując się ku mapie taktycznej w ponurym nastroju. Liczby widniejące pod niebieskimi symbolami poszczególnych grup bojowych nieznacznie zmieniły swoje wartości. Pierwsza miała teraz jedynie trzynaście statków, Druga czternaście a Trzecia i Czwarta po piętnaście. Kobieta zmarszczyła czoło – to bardzo dziwne, że jeszcze nie unicestwili żadnego z Capitolów...
- Niech Grupa Siódma podzieli się na dwie części, Oddział A oraz B – rozkazała, w usatysfakcjonowaniu i zarazem wielkim zdumieniu przyglądając się jak błękitna kropka tuż przed jej oczami dzieli się na dwie części po pięć Capitolów. Postawa podporucznika Fallema z pewnością pomaga w tej trudnej pracy, pomyślała przelotnie – Odział A ma wesprzeć prawe skrzydło, a Odział B lewe.
- Tak jest, pani admirał.
Dodonna odwróciła głowę w stronę Vandara Tokare i uśmiechnęła się ponuro doń.
- A teraz zobaczymy, czy mój manewr w czymkolwiek pomoże.

**********

- Uważaj Ósemka! Dwaj Sithowie na twoim ogonie!
- Widzę ich Piąty, cały czas widzę! – wykrzyknęła gniewnie Erge Kasdan, której myśliwiec wykonujący gwałtowne zwroty i równie błyskawiczne uniki już od kilku długich sekund bezskutecznie próbował zgubić dwóch niezwykle zawziętych wrogów, raz za razem oddających parę serii ze swoich działek, gdy tylko pojazd Republiki choć trochę zbliżył się ku celownikowi.
- Trzymaj się Erge! – zakrzyknął któryś pilot uspokajającym tonem – Zaraz ich zdejmę!
- Oby szybko, Jon! – wydusiła z siebie Twi’lekiańska dziewczyna, tym razem wprowadzając swoją maszynę w dwie następujące po sobie beczki, które potem przemieniły się w szeroką śrubę, co bynajmniej nie ostudziło zapału wrogów, lecz pozwoliło na zyskanie cennego czasu.
Arun Radena wielce się zaniepokoił poczynaniami Sithów, lecz szybko zmieniło się ono w frustrację, kiedy Moc podpowiedziała mu, iż za sterami kolejnej fali Sith Fighterów siedzą jak najbardziej żywi piloci. I to piekielnie dobrzy piloci – szczerze trzeba przyznać. Republic Fightery Eskadry Niebieskich i kierujące je osoby mogły się równać z nimi swoim wyszkoleniem, ale zdecydowanie nie brawurą, która u tych po stronie Imperium Sith przekracza wszelkie pojęcie.
Przelatując właśnie ponad republikańskim pościgiem za dwoma przeciwnikami i kilkanaście metrów pod pękatym kadłubem nieustannie prującego ze swych turbolaserów Niszczyciela Gwiezdnego Sith, wzrok rycerza Jedi wychwycił idealny wręcz cel: prawdopodobnie nieświadomy niczego Sith Fighter, lecący tuż za jakimś Crusaderem, który co raz z najwyższym trudem unikał ognia tegoż, choć niekiedy obrywał, czego skutkiem były słabnące z każdą sekundą tarcze. Mistrz pchnął manetkę przepustnicy całkowicie do przodu, by po chwili znaleźć się za ogonem Sith Fightera. Niestety dla Radeny mały myśliwiec wyrwał się z celownika Jedi, wykonując całkiem zgrabny wiraż w lewo. Rozgoryczony szansą, jaką dała mu Moc, mężczyzna puścił się za wrogiem i wystrzelił kilkanaście pocisków w stronę Sitha, które jednak minęły go daleko za rufą. Sith Fighter zrobił głęboki nawrót i w momencie, gdy Arun ponownie widział go w przedniej szybie owiewki, ten znalazł się tuż nad górnym pokładem Niszczyciela Sith. Radena nacisnął dwukrotnie na spust, ale i tym razem haniebnie spudłował. Przeciwnik odbił w lewo i niespodziewanie zanurkował, niemalże ocierając się o krawędź obcego okrętu wojennego. Rycerz już zamierzał się do powtórzenia manewru oponenta, lecz wiedziony kolejnym już dzisiaj impulsem Mocy, mocno pociągnął do siebie ster, tym razem unikając sześciu rubinowym promieniom, które nagle wytrysnęły z działek dwóch wrogich stateczków, które niespodziewanie znalazły się na ogonie jego maszyny.
Mają Sithowie doskonałe zgranie – pomyślał, ocierając wierzchem czarnej rękawicy pierwsze kilka kropli potu, które zabłysły na jego skroni – Albo kupę szczęścia... – Jedi natychmiast zreflektował się – Nie ma rzecz jasna szczęścia, jest tylko Moc... Niemniej dużo jej w takim razie mają nasi przeciwnicy...
Zaciskając aż do bólu zęby, rycerz wykończył gwałtowną świecę i jednym ostrym ruchem ręki zdusił moc akceleratora do zera. Jestem chyba szalony... – zdążyło mu jeszcze przelecieć w mózgu, kiedy poczuł jedno uderzenie z działek wrogiego pojazdu, które rozpłaszczyło się na tylnej osłonie i błyskawicznie wykręcił swój myśliwiec o sto osiemdziesiąt stopni. Nim którymkolwiek okiem zdążył dostrzec przeciwników, bluznął zielonymi błyskawicami ze swoich działek i pchnął do oporu akcelerację. Oczywiście świadomi jego zamierzeń piloci obu Sith Fighterów moment wcześniej usunęli się z drogi toru lotu przewidywanego ataku, wykonując idealnie zgrany wiraż nożycowy tuż przed dziobem smukłego myśliwca Aruna. Uwolniony z pościgu dwóch natrętów i prawie pewny tego, iż jeden z jego promieni musnął rufę któregoś z Sithów, pognał z pełną prędkością z powrotem w kierunku VI Floty Republiki, zostawiając za sobą klinowaty kształt srebrno-szarego Niszczyciela Gwiezdnego.
W przeświadczeniu, iż nazbyt długo pozostawił swoją eskadrę w potrzebie, stał się świadkiem dwóch rzeczy, z czego ta pierwsza bardzo odbiła się na stanie zdolności obronnych jego myśliwca. Sześć Crusaderów śmignęło kilka metrów przed jego kokpitem, kierując się zapewne wprost na jeden z Niszczycieli, by celną salwą zamienić go w stos pogiętego metalu. I tak właśnie nim zdążył zareagować, refleks go zawiódł i wpadł prosto pod strumień gradu pocisków, wystrzelonych przez cztery podążające za Crusaderami Sith Fightery. Parę błyskawic głucho uderzyło o chroniony przez osłonę kadłub Republic Fightera i w pełnym zgrozy pisku jakiegoś brzęczyka tarcze padły.
Nagle rozszalały się także inne równie piskliwe alarmy, i choć Radena zapanował nad chwilowym wirowaniem stateczku, nie zdołał zrozumieć skąd tak niespodziewanie wydobyły się wszystkie te niespokojne dźwięki. Gdy pobieżnie przebiegł oczami po konsolecie nie spostrzegł niczego, co mogłoby być oznaką poważnych uszkodzeń, a nawet – w co nie bardzo mógł uwierzyć – osłony padły, lecz nie przepalił się generator!
Z otwartymi szeroko oczami, wpatrzonymi w migające czerwonym blaskiem cyfry tuż pod napisem force shield, mówiące, iż do reaktywacji tarcz pozostały trzy minuty, stał się świadkiem drugiego wydarzenia: dwóch małych eksplozji, które przebiegły po kadłubie najbliższego z Capitolów. Nie minęła sekunda, gdy potężny, żółto-czerwony wybuch wstrząsnął okrętem, wywołany gwałtownym ostrzałem turbolaserowych boltów, dzieląc go na dwie połówki, z których powoli zaczęły się wysypywać zamrożone chłodem galaktycznej próżni ciała członków załogi oraz masa różnych, trudno rozpoznawalnych szczątków.
We wstrząśniętym tym strasznym widokiem rycerzu Jedi ponownie obudził się gniew i podświadoma nienawiść do Sithów. Wirujące w czarnej pustce ciała przypomniały mu zrodzoną w swojej własnej wyobraźni wizję zrujnowanej Enklawy Jedi ze snu, o którym w ogóle wolałby zapomnieć.
Arun otrząsnął się z porażających go niczym Błyskawice Ciemnej Strony złowieszczych myśli i właściwie kierując się jedynie Mocą, wleciał w rój toczących się wszędzie pojedynków myśliwskich. Nagle przeczucie wskazało mu, że powinien wykonać zwrot w lewo.
- Jon, pomóż mi! – dobiegł go raptownie pełen zakłóceń rozpaczliwy okrzyk Erge Kasdan – Nie mogę go zgubić!
Dokładnie w tym momencie przez przednią szybę swojej owiewki Radena dostrzegł dwa Sith Fightery, uparcie goniące samotnego Republic Fightera, który beznadziejnymi manewrami próbował minąć burzę laserowych promieni ciągle zbliżających się wrogów, za każdym razem jedynie o kilka centymetrów usuwając się z toru lotu niebezpiecznych pocisków.
Przed kabiną myśliwca Aruna mignął znienacka jakiś klinowaty kształt, lecz Radena nie miał czasu się przyjrzeć, gdyż jego uwagę ściągnęły trzy następujące po sobie mini eksplozję, wstrząsające prostokątnymi formami fregaty szturmowej, kilkadziesiąt metrów dalej, po prawej stronie. Ale najbardziej zaciekawił go jeden z Sith Fighterów, który wirując, przeleciał przez chmurę szczątków unicestwionego właśnie Defendera i prędko ruszył ku Republic Fighterowi, który jeszcze przed momentem go minął. W tej chwili właśnie ta maszyna nagle znalazła się za plecami dwóch idealnie zgranych nieprzyjaciół, zawzięcie ścigających myśliwiec Kasdan.
Radena wzruszył ramionami i zamknąwszy oczy wsłuchał się w wolę Mocy. Jego ręce łagodnie skorygowały kurs i nie minęła nawet krótka chwila, gdy wywołane przez naciśnięcie spustu dwa strumienie plazmy pognały w lecącego kursem przechwytującym, niczego nie spodziewającego się wroga. Równie zaskoczony jak Arun musiał być pilot Sith Fightera, kiedy dwa strzały wbiły się prosto w kabinę. Maszyna Sith rozpadła się na kawałki, niosąc za sobą kawałki zniszczonego poszycia, żeby wreszcie zniknął w oszałamiającej kuli żółtawego ognia, kiedy szybko dogaszane przez próżnię płomienie, dosięgły zbiornika paliwa.
Arun spojrzał teraz na pościg po swojej lewej stronie i zamarł. Odsiecz niestety nie zdążyła. Jedna szkarłatna błyskawica uderzyła potężnie w uciekającą maszynę i ta nagle straciła całą swą zdolność manewrowania.
- Nieee Erge! – krzyknął rozpaczliwie Jon Black i ułamek sekundy później pojazd młodej Twi’lekianki, rażony kilkoma innymi pociskami rozjarzył się i błyskawicznie eksplodował, aby po chwili zamienić się w obłok nic nie znaczących, metalowych szczątków.
Radena nie zdąży nawet pomyśleć o śmierci Erge, gdy dostrzegł coś za transparistalą owiewki.
- Siódmy, natychmiast odbij w prawo!
Pilot Republiki nie zdążył. Wraz z pojazdem został pochłonięty przez mroczną głębię grobowca, zwanego próżnią. Radena krzyknął ze złością i rozzłoszczony rzucił się bezsensownie na myśliwiec, który znienacka napadł na Jona Black’a. Nie zastanawiając się wielce posłał w jego kierunku szaleńczą serię zielonych promieni, lecz żaden z nich nie tylko nawet nie musnął wrogiej maszyny, lecz zwrócił na siebie uwagę Sitha, co obróciło się na jego niekorzyść, gdy raptem za jego ogonem pojawiły się dwa nieprzyjacielskie myśliwce.
- Ups. Nie jest dobrze – mruknął niezadowolony z takiego obrotu spraw i mocno szarpnął sterami w lewo. Utrata dwóch pilotów eskadry w ciągu dwóch sekund była wielką tragedią, ale beznadziejny atak odwetowy, to jeszcze większa głupota, pomyślał rycerz, starając się na razie zapomnieć o zabitych tego dnia kolegach – Eskadra Niebieskich! Meldować się!
Arun rozpoczął szeroką pętlę, aby pozbyć się wrogów i wsłuchał się na chwilę w trzeszczący komunikator.
- Niebieski Pięć został sam! – krzyknął, z trudem wymawiając słowa zrezygnowany młodzieniec – Mam na ogonie jednego i chyba długo nie...dostałem, dost...!
- Jekal!!! - z komunikatora doszedł do mistrza Jedi jedynie ledwo słyszalny szum. Jedi zaklął siarczyście, rzucając stateczek na wszystkie strony, lecz Sithowie nie zamierzali darować i bez przerwy ciągnęli się za jego ogonem, bez ustanku ładując doń z działek laserowych. W myślach zrozpaczonego mężczyzny rozgorzał płomień ognia. Smutku nie dało się pokonać - tym razem opuścił go Jekal i tak naprawdę drastycznie stopniała nadzieja, by ta bitwa w jakikolwiek sposób zakończyła się dobrze. Szansa na zniszczenie Gwiezdnej Kuźni coraz bardziej się oddala, z każdym momentem, gdy ginie choćby jeden żołnierz Republiki.
- Niebieski Trzy wciąż jest przy tobie, Dowódco – powiedział smutno Baar, długo po tym, jak zamilkł Jekal.
- Dwunastka i Dziesiątka meldują się.
A więc zostało nas już tylko czterech – pomyślał ciężko Arun – Jedna trzecia całej eskadry. Ledwo jeden klucz... Mistrz Jedi nie zamierzał nawet myśleć o tym, jakie straty mogły dotknąć inne eskadry.
- Postarajcie się dołączyć do mnie, a wtedy sformujemy jeden klucz.
- Oczywiście, Dowódco.
Arun spostrzegł, że dwa Sith Fightery znowu znalazły na jego ogonie i szykują się do gwałtownego ataku. Maszyna rycerza ostro odbiła w lewo, a następnie wykonała potrójną beczkę w prawo, co wystarczyło, żeby ominął kilka laserowych serii. Republic Fighter wystrzelił świecą w górę, kończąc ciasnym wirażem, niebezpiecznie blisko poszycia jednego z Defenderów, lecz i to nie starczyło na dwa Sith Fightery, uparcie kopiujące każdy jego ruch.
- Niebieski Trzy – powiedział do komunikatora – Przydałaby się twoja pomoc... lecę kursem 2-45 i gonią mnie dwaj Sithowie.
- Przyjąłem, Dowódco.
Arun gwałtownie rzucił maszynę na lewo i ramieniem szybko starł pot z czoła.
- Spróbuj może przeciąć mój kurs pod tą fregatą, na linii 3-38. Wtedy powinno ci się udać rozwalić ich z zaskoczenia.
- Zrozumiałem, Jedynka. Zrobię, co się da.
Niesiony takim zapewnieniem, skierował się prędko ku Defenderowi, zawzięcie klucząc, gdy jednak to przestało wystarczyć, a do fregaty zostało jedynie kilkadziesiąt metrów, Arun ściągnął ster mocno w prawo, inicjując ruch wirowy Republic Fightera. Zdążył jeszcze popatrzeć na liczby, znaczące czas do reaktywacji tarczy ochronnej, które mówiły, że została jedna minuta, zanim mignął pod kadłubem okrętu wojennego.
Dalszego losu dwóch wrogów Radena nie mógł zobaczyć, ale dwa gwałtowne błyski, które dojrzał za sobą świadczyły o jego marności. Pojazd Baar’a znienacka wynurzył się tuż za rufami dwóch Sith Fighterów i bez zbędnej rozrzutności rozpyli je na nic nieznaczące strzępki metalu.
- Dwóch przeciwników wyeliminowanych, Dowódco – spokojnie oświadczył Coruscańczyk, przybliżając się do boku maszyny lidera Szwadronu Niebieskich.
- Dzięki, Trójka – Radena przeleciał po wszystkich swoich przyrządach i nieznacznie zmarszczył brwi – Niebieski Dziesięć i Dwanaście. Gdzie jesteście?
- Dwunastka poluje na Sithów – oznajmił lekceważąco Haggi – Dziesiątka już do ciebie dołącza, tylko rozwalę tego jednego Sitha.
Mistrz Jedi westchnął ciężko i z bólem.
- Oczywiście, Dziesiątka.
Ta bitwa będzie trwała jeszcze długo... – pomyślał niespokojnie Arun i z powrotem rzucił się swoją maszyną w wir walki – Naprawdę długo...

**********

Tymczasem na pokładzie mostka krążownika „Savior” admirał Forn Dodonna zachodziła się w głowę, starając się zrozumieć powód niezwykłej skuteczności okrętów floty Imperium Sith. Zniszczonych zostało już prawie jedenaście Defenderów i dwa Capitole po stronie Republiki, gdy w tym samym czasie wróg utracił zaledwie dwa z dwudziestu jeden Niszczycieli Gwiezdnych Sith. Wielce zaniepokojona i lekko podenerwowana swoją wytłumaczalną wprawdzie, ale kłopotliwą niewiedzą, zwróciła głowę w stronę sekcji sensorów. Jeżeli Niszczyciele tak dobrze się spisują, to czy być może...
- Poruczniku Fallem. Proszę o raport o stanie sił myśliwców.
- Tak jest – podoficer kilka razy stuknął w klawiaturę i spojrzał na ekran – Dwieście czterdzieści Republic Fighterów i jeszcze sto dwadzieścia sześć Crusaderów. Za to myśliwców Sith zostało... – żołnierz szeroko rozwarł oczy, w zdumieniu wpatrując się w monitor – To chyba niemożliwe...
- Co jest niemożliwe? – spytała nieobecnym głosem Dodonna, wpatrując się ponuro w przestraszonego mężczyznę – W tej bitwie wszystko jest możliwe.
- Sith Fighterów jest jeszcze ponad siedemset trzydzieści, pani admirał...
Forn Dodonna skrystalizowała swój zdziwiony wzrok na twarzy żołnierza.
- Czy to znaczy, że przeciwnik stracił tylko siedemdziesiąt myśliwców, a my prawie sto czterdzieści?
- Obawiam się, że tak, pani admirał.
Kobieta uśmiechnęła się przygnębiająco, założywszy ręce za plecami, jak to czasem robiła w trudnych chwilach.
- Jak pan widzi poruczniku, niestety miałam rację. Pierwsza fala myśliwców była tylko niewielkim wyzwaniem dla naszych pilotów, przez co pomyśleli oni, że równie łatwo zwyciężą drugi atak.
- Tyle, że za drugim razem w Sith Fighterach siedzieli żywi piloci – dopowiedział prędko zachmurzony Fallem.
- Niestety... – Dodonna zwróciła się teraz ku łącznościowcom – Poruczniku Regarde. Proszę wysłać do boju ostatnią rezerwę myśliwców z pokładu „Independence”.
- Skrzydło Endora? – podoficer przywołał na twarz trudny do ukrycia uśmiech niechęci – Przecież to...
- Wiem, że ma pan wątpliwości, poruczniku, ale proszę wykonać rozkaz.
- Tak jest, pani admirał.
Kobieta odwróciła się z powrotem do mapy taktycznej z leciutkim uśmiechem pobłażania na ustach. Skrzydło, które wzięło nazwę od małego, nic nie znaczącego lesistego księżyca na krańcu Znanej Galaktyki było ostatnią rezerwą i ostateczną ochroną dla VI Floty. Jego zła sława, którą zna prawie każdy oficer Republiki brała się z tego, iż do trzech eskadr Endora brani byli często przestępcy, amatorzy, złodzieje, przemytnicy a nawet piloci, którzy zostali odrzuceni z powodów, których lepiej nie znać. Ta zdegenerowana banda nigdy nie miałaby racji bytu w siłach zbrojnych Republiki, gdyby nie jej zadziwiające szczęście i zdumiewająca skuteczność, tworząca jeszcze dziwniejsze połączenie z ich ogromną umieralnością. Podobno dla porządnych oficerów Republiki – a w każdym bądź razie dla tych, co się takimi uważali - takie połączenie jest najlepsze, biorąc pod uwagę wcześniejsze „wyczyny” należących do Skrzydła Endora pilotów, ale Dodonna nie była tego całkiem pewna...
- Pani admirał – przerwał jej rozmyślania podniecony głos Fallema – Nasz statek zwiadowczy właśnie doniósł nam, że z tamtej nieznanej planety przed chwilą wystartował sam „Ebon Hawk”!
Dodonna szeroko się uśmiechnęła i radosnym wzrokiem objęła zielonkawą postać Vandara Tokare, który odpowiedział jej skwapliwym, acz ciepłym uśmiechem.
- Wspaniale, poruczniku Fallem! Nareszcie jakaś dobra wiadomość – kobieta przypomniała sobie o czymś i skinęła głową na Regarde’a – Może się pan już z nim skontaktować?
- Niestety nie – zaprzeczył po chwili porucznik, kręcąc głową – Wydaje się, że „Ebon Hawk” jest poza naszym zasięgiem, ale to raczej nie to. Jestem przekonany, że się w nim znajduje, z tym, że nie odpowiada na nasze wezwania. Być może ma uszkodzony nadajnik, albo coś innego się zepsuło. Nie mam pojęcia.
- To niedobrze – zmarszczyła brwi Dodonna, ale szybko się rozchmurzyła – Próbujcie dalej, aż do skutku. Niech statek zwiadowczy również nie rezygnuje. To bardzo ważne.
- Oczywiście, pani admirał.
Kiedy żołnierz powrócił do swoich obowiązków, Vandar Tokare popatrzył znacząco na twarz kobiety.
- Wraz z tym statkiem, powraca nasza nadzieja, admirale.
- Niewątpliwie, mistrzu Vandar. Czeka nas jednak długa droga.
Na dumne oblicze Dodonny znowu wpłynął nieskrywany smutek, lecz tym razem nie był on tak wielki, jak poprzednio.
Tym razem przyćmiła go nowa nadzieja na zwycięstwo.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Pn 18 paź 2004, 16:46 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 1767
Lokalizacja: Łódź
Straszył, straszył, a bitwa wre, aż miło. I byle jak najdłużej. Aż strach się bać, co to będzie, kiedy bitwa się zakończy? :?

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Pn 18 paź 2004, 19:08 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr 01 wrz 2004, 10:56
Posty: 53
Lokalizacja: Brak Danych
Mrok
I


Jestem... Istnieje. Nie myśle. Otwierając oczy nic nie widzę. Otacza mnie pustka, beznadziejność. Otwierając oczy widzę swój koniec... Nie potrafię opisać…, staram się wegetować, gdyż zagłębiając się w pustce w mojej głowie, nie przebije murów mnie okalających. Zapytacie ,,jakich murów'', ja nie odpowiem, ponieważ nie mam pojęcia co odpowiedzieć. Muszę się też przyznać że nie mam wspomnień, nawet nie wiem w jakim języku mówię do ścian, moich jedynych rozmówców, porostu jestem...
Nie mam pojęcia jak wyglądam, nie mam też pojęcia czy jestem ślepy, czy to tylko brak światła powoduje że nie widze tych... Czego? Ścian? ,,Aaa, wypuście mnie!!!'' pomyślałem, tylko tyle mogłem zrobić, pomyśleć.
Kim ja jestem? Tak, to retoryczne pytanie. W tym momencie jestem pustką i więźniem swojego ograniczonego umysłu. Chciałbym wstać, poczuć




Powiedzcie czy to jest dobre czy mam to kontynuowac

_________________
Nie ma Ciemnej ani Jasnej Strony Mocy jest tylko Punkt RĂłwnowagi i Moc sama w sobie


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
 Tytuł:
PostNapisane: Wt 19 paź 2004, 08:29 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 1767
Lokalizacja: Łódź
"Myślę, więc jestem."
Nie myślę o "tym". Droidy nie myślą. Za mało danych, tego się nie da policzyć. Nie widzę, a wiem jak wyglądam, choć tego nie wiem. Nie widzę, ale otacza mnie pustka. Otacza mnie pustka murów, czy mury pustki. Jestem droidem, a nie psychologiem. :wink:

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 184 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL