|
jasne...
na razie rozdiały 1 i 2 w wersji z kilkoma poprawkami (wraz ze śmierćią starego holo umarły pierwotne wersje)
DARK EMPIRE: SHADOWS OF JEDI
R O Z D Z I A Ł 1
Nar Shaddaa
Nar Shaddaa, księżyc huttańskiej planety Nal Hutta, od wielu wieków można było opisać tymi samymi słowami - parszywy, śmierdzący, brudny. Doprawdy, na „księżycu przemytników”, jak go nazywano z uwagi na ciągłą obecność w tym miejscu tysięcy szmuglerów i innych typków spod ciemnej gwiazdy, niewiele było miejsc, których nie można było określić w ten sposób.
O hangarze naprawczym Shuga Ninxa, który na pierwszy rzut oka wcale nie różnił się od reszty księżyca, dało się mimo wszystko powiedzieć tylko, że jest brudny. Powietrze natomiast było tu całkiem znośne; na upartego można się było przyczepić tylko do lekkiej woni różnego rodzaju olejów i smarów. A już na pewno nikt nie mógł nazwać tego miejsca parszywym. Obecnie, zresztą właściwie tak było zawsze, hangar wypełniony był przeróżnymi typami statków - myśliwcami, frachtowcami, znalazła się tu nawet lekka kanonierka. Dookoła nich krzątała się cały czas chmara mechaników i techników. Uwagę Ninxa absorbował jednak w tej chwili tylko jeden - zmodyfikowany koreliański YT-2000, „Devastator”, należący do postaci, która przyglądała się nowemu, ale jeszcze nie dokończonemu statkowi Shuga, „Starlight Intruderowi”. Był to młody, nieźle zbudowany mężczyzna o dosyć długich włosach w kolorze ciemny blond i niebieskich, wiecznie rozmarzonych oczach, które niejedno już chyba widziały. Łowca nagród, Daol Neberrie.
- I jak ci się podoba ten statek? - głos Salli Zend, pomocnicy Ninxa, dobiegał z wnętrza „Intrudera”.
- Jak dla mnie to wygląda jak stara, poobijana puszka z karmą dla Hutta.
- Czy ty zawsze musisz być tak cholernie szczery?
- No przecież żartowałem. Fakt, piękny to on nie jest, ale ważne jak będzie latał, no nie? - odpowiedział z uśmiechem łowca, po czym zwrócił się do Shuga - Długo jeszcze będziesz naprawiał ten hipernapęd?
- Chwilę to potrwa. Co ty sobie myślisz, że wykłada się zepsuty, wkłada nowy i wszystko zrobione? Trzeba trochę przy tym pomajstrować - jakby na potwierdzenie swych słów Ninx zaczął kręci%E, znalazła się tu nawet lekka kanonierka. Dookoła nich krzątała się cały czas chmara mechaników i techników. Uwagę Ninxa absorbował jednak w tej chwili tylko jeden - zmodyfikowany koreliański YT-2000, „Devastator”, należący do postaci, która przyglądała się nowemu, ale jeszcze nie dokończonemu statkowi Shuga, „Starlight Intruderowi”. Był to młody, nieźle zbudowany mężczyzna o dosyć długich włosach w kolorze ciemny blond i niebieskich, wiecznie rozmarzonych oczach, które niejedno już chyba widziały. Łowca nagród, Daol Neberrie.
- I jak ci się podoba ten statek? - głos Salli Zend, pomocnicy Ninxa, dobiegał z wnętrza „Intrudera”.
- Jak dla mnie to wygląda jak stara, poobijana puszka z karmą dla Hutta.
- Czy ty zawsze musisz być tak cholernie szczery?
- No przecież żartowałem. Fakt, piękny to on nie jest, ale ważne jak będzie latał, no nie? - odpowiedział z uśmiechem łowca, po czym zwrócił się do Shuga - Długo jeszcze będziesz naprawiał ten hipernapęd?
- Chwilę to potrwa. Co ty sobie myślisz, że wykłada się zepsuty, wkłada nowy i wszystko zrobione? Trzeba trochę przy tym pomajstrować - jakby na potwierdzenie swych słów Ninx zaczął kręcić kluczem hydraulicznym.
- Dobra, dobra. Muszę się ulotnić.
Dwa poziomy miasta niżej, w sektorze koreliańskim, Daol Neberrie wszedł do dobrze znanej przemytnikom i łowcom nagród spelunki, „Meltdown Cafe”. Należała ona do byłego przemytnika, Mikka Lesneya, który paręnaście lat wcześniej postanowił się ustatkować i za zarobione na przemycie pieniądze kupił lokal. Nie był on luksusową restauracją, lecz jedynie miejscem, gdzie dało się wypić, a nawet zjeść coś, co nie przypominało w smaku nerfiego łajna.
Było to wszak jedno z tych miejsc, gdzie roiło się od podejrzanych typków, osobników przeróżnych gatunków i parających się różnymi zajęciami. Neberrie zauważył innego łowcę, Zuckussa, pochodzącego z planety Gand, i skinął mu głową. Gandyjski najemnik odpowiedział przyjaznym salutem.
- Co podać? - spytał krępy barman, gdy łowca zbliżył się do lady.
- Koreliańską brandy.
Szklanka trzymana przez gorylowatego barmana napełniła się do połowy złocistym drinkiem.
- Dwa kredyty.
Na blacie pojawiła się pięciokredytówka rzucona przez Daola.
- Reszty nie trzeba - szepnął.
Łowca szybkim ruchem zabrał szklankę ze stołu. Klucząc 6 kluczem hydraulicznym.
- Dobra, dobra. Muszę się ulotnić.
Dwa poziomy miasta niżej, w sektorze koreliańskim, Daol Neberrie wszedł do dobrze znanej przemytnikom i łowcom nagród spelunki, „Meltdown Cafe”. Należała ona do byłego przemytnika, Mikka Lesneya, który paręnaście lat wcześniej postanowił się ustatkować i za zarobione na przemycie pieniądze kupił lokal. Nie był on luksusową restauracją, lecz jedynie miejscem, gdzie dało się wypić, a nawet zjeść coś, co nie przypominało w smaku nerfiego łajna.
Było to wszak jedno z tych miejsc, gdzie roiło się od podejrzanych typków, osobników przeróżnych gatunków i parających się różnymi zajęciami. Neberrie zauważył innego łowcę, Zuckussa, pochodzącego z planety Gand, i skinął mu głową. Gandyjski najemnik odpowiedział przyjaznym salutem.
- Co podać? - spytał krępy barman, gdy łowca zbliżył się do lady.
- Koreliańską brandy.
Szklanka trzymana przez gorylowatego barmana napełniła się do połowy złocistym drinkiem.
- Dwa kredyty.
Na blacie pojawiła się pięciokredytówka rzucona przez Daola.
- Reszty nie trzeba - szepnął.
Łowca szybkim ruchem zabrał szklankę ze stołu. Klucząc przez kilka minut po lokalu znalazł wreszcie wolny stolik. Przysiadł na krzesełku i zaczął pić drinka, przysłuchując się dźwiękom muzyki jizzowego zespołu, którego kawałki w porównaniu z tym, co na Tatooine grali niegdyś Modal Nodes czy Max Rebo Band, wydawały się zwyczajnym amatorstwem.
Minęła godzina i wysłannik Czarnego Słońca, z którym miał spotkać się łowca, wciąż się nie zjawiał. Daol sprawdził, czy nadal do jego pasa przypięte są dwa znajome ciężary: blaster i starannie ukryty miecz świetlny. Przejechał dłonią po rękojeści miecza i w umyśle napłynęły mu wspomnienia dawnych lat... Pochodził z małej, prowincjonalnej planety Naboo, gdzie mieszkał do trzynastego roku życia, kiedy to imperialni szturmowcy zamordowali jego rodzinę. Wtedy właśnie, tuż przed bitwą o Endor, uciekł z rodzimego świata. Niedługo później na swej drodze spotkał mistrza Jedi, który odkrył w nim talent do posługiwania się Mocą i zaczął szkolić na Jedi. Niestety, z planów zostania rycerzem nic nie wyszło. On i jego nauczyciel musieli latać po galaktyce uciekając przed zabójcami Jedi. Jednak mistrz został w końcu zamordowany przez Wielkiego Inkwizytora Tremayne’a, mrocznego Jedi na usługach Palpatine’a. Daol przeżył tylko dlategoprzez kilka minut po lokalu znalazł wreszcie wolny stolik. Przysiadł na krzesełku i zaczął pić drinka, przysłuchując się dźwiękom muzyki jizzowego zespołu, którego kawałki w porównaniu z tym, co na Tatooine grali niegdyś Modal Nodes czy Max Rebo Band, wydawały się zwyczajnym amatorstwem.
Minęła godzina i wysłannik Czarnego Słońca, z którym miał spotkać się łowca, wciąż się nie zjawiał. Daol sprawdził, czy nadal do jego pasa przypięte są dwa znajome ciężary: blaster i starannie ukryty miecz świetlny. Przejechał dłonią po rękojeści miecza i w umyśle napłynęły mu wspomnienia dawnych lat... Pochodził z małej, prowincjonalnej planety Naboo, gdzie mieszkał do trzynastego roku życia, kiedy to imperialni szturmowcy zamordowali jego rodzinę. Wtedy właśnie, tuż przed bitwą o Endor, uciekł z rodzimego świata. Niedługo później na swej drodze spotkał mistrza Jedi, który odkrył w nim talent do posługiwania się Mocą i zaczął szkolić na Jedi. Niestety, z planów zostania rycerzem nic nie wyszło. On i jego nauczyciel musieli latać po galaktyce uciekając przed zabójcami Jedi. Jednak mistrz został w końcu zamordowany przez Wielkiego Inkwizytora Tremayne’a, mrocznego Jedi na usługach Palpatine’a. Daol przeżył tylko dlatego, iż Tremayne dopadł mistrza w mieście, a chłopak przebywał w tym czasie na statku. Zdołał uciec, bo mistrz przesłał mu przed śmiercią ostrzeżenie. Później, by nie zostać zabitym, stał się łowcą nagród, mając do tego odpowiednie predyspozycje. Był szybki, zwinny i niegłupi, a do tego znał przecież podstawowe umiejętności Jedi. Doprawdy, była to prawdziwie zabójcza mieszanka. Dostał się pod opiekę doświadczonego łowcy Jovii’ego Rendara, jednak ten także wkrótce zginął i piętnastoletni wtedy Daol musiał zacząć pracować wyłącznie na własne konto...
Przerwał rozmyślania o własnej przeszłości, gdy do jego stolika podszedł wysoki, dosyć masywnie zbudowany człowiek w czarnym stroju. Było w nim coś nietypowego, coś, co nie bardzo pasowało Daolowi do powszechnie przyjętych norm. Neberrie próbował wybadać go poprzez Moc, ale nie wyczuł nic. Zupełnie tak, jakby Cufa tu nie było. „Muszę na niego uważać” - pomyślał Daol.
- Sarlacc zeżre wszystko - łowca odetchnął z ulgą. To na pewno była osoba, z którą miał się spotkać, gdyż podała umówione hasło. Zauważył jednak, że facet mówi z raczej niespotykanym akcentem.
- Nawet mandaloriańska zbroja przed nim nie chroni. Jestem D, iż Tremayne dopadł mistrza w mieście, a chłopak przebywał w tym czasie na statku. Zdołał uciec, bo mistrz przesłał mu przed śmiercią ostrzeżenie. Później, by nie zostać zabitym, stał się łowcą nagród, mając do tego odpowiednie predyspozycje. Był szybki, zwinny i niegłupi, a do tego znał przecież podstawowe umiejętności Jedi. Doprawdy, była to prawdziwie zabójcza mieszanka. Dostał się pod opiekę doświadczonego łowcy Jovii’ego Rendara, jednak ten także wkrótce zginął i piętnastoletni wtedy Daol musiał zacząć pracować wyłącznie na własne konto...
Przerwał rozmyślania o własnej przeszłości, gdy do jego stolika podszedł wysoki, dosyć masywnie zbudowany człowiek w czarnym stroju. Było w nim coś nietypowego, coś, co nie bardzo pasowało Daolowi do powszechnie przyjętych norm. Neberrie próbował wybadać go poprzez Moc, ale nie wyczuł nic. Zupełnie tak, jakby Cufa tu nie było. „Muszę na niego uważać” - pomyślał Daol.
- Sarlacc zeżre wszystko - łowca odetchnął z ulgą. To na pewno była osoba, z którą miał się spotkać, gdyż podała umówione hasło. Zauważył jednak, że facet mówi z raczej niespotykanym akcentem.
- Nawet mandaloriańska zbroja przed nim nie chroni. Jestem Daol Neberrie.
- Wiem. Ja nazywam się Pedric Cuf. Pozwolisz, że przejdę od razu do rzeczy? - Cuf odczekał chwilę potrzebną do tego, by Neberrie skinął potwierdzająco głową. - Mamy dla ciebie propozycję, łowco - rozmówca zdjął kaptur. Przypatrując mu się, Daol zauważył, że jedno z jego oczu było jakby przedzielone na pół. Wyglądało dziwnie, jak nie od kompletu... tak, jakby droidowi protokolarnemu zamontować część od astromecha. - Chcemy, byś złapał dla nas człowieka nazwiskiem Sedriss. Jest wysoko postawionym urzędasem imperialnym i ostatnio bardzo przeszkadzał nam w handlu w Światach Jądra.
- W handlu czym?
- Aaa... krajowymi wyrobami... z Ryloth... z Kessel.
Łowca uśmiechnął się. Rzecz jasna, Pedricowi chodziło o znane środki odurzające, ryll i błyszczostym.
- Ile?
- Czego?
- Nagroda.
- Aaa... - wysłannik zaczynał się powtarzać. - Pięćdziesiąt tysięcy kredytów.
Daol Neberrie pochylił się nad stołem.
- Za taką cenę to ja wam mogę najwyżej nerfa złapać. Stówa, połowa z góry - wstał, odsuwając od siebie krzesło, i spojrzał na Cufa z góry. - Inaczej... poszukacie sobie innego łowcy.
- Zaczekaj.
Daol ponownie zajął miejsce przy stoliku.
aol Neberrie.
- Wiem. Ja nazywam się Pedric Cuf. Pozwolisz, że przejdę od razu do rzeczy? - Cuf odczekał chwilę potrzebną do tego, by Neberrie skinął potwierdzająco głową. - Mamy dla ciebie propozycję, łowco - rozmówca zdjął kaptur. Przypatrując mu się, Daol zauważył, że jedno z jego oczu było jakby przedzielone na pół. Wyglądało dziwnie, jak nie od kompletu... tak, jakby droidowi protokolarnemu zamontować część od astromecha. - Chcemy, byś złapał dla nas człowieka nazwiskiem Sedriss. Jest wysoko postawionym urzędasem imperialnym i ostatnio bardzo przeszkadzał nam w handlu w Światach Jądra.
- W handlu czym?
- Aaa... krajowymi wyrobami... z Ryloth... z Kessel.
Łowca uśmiechnął się. Rzecz jasna, Pedricowi chodziło o znane środki odurzające, ryll i błyszczostym.
- Ile?
- Czego?
- Nagroda.
- Aaa... - wysłannik zaczynał się powtarzać. - Pięćdziesiąt tysięcy kredytów.
Daol Neberrie pochylił się nad stołem.
- Za taką cenę to ja wam mogę najwyżej nerfa złapać. Stówa, połowa z góry - wstał, odsuwając od siebie krzesło, i spojrzał na Cufa z góry. - Inaczej... poszukacie sobie innego łowcy.
- Zaczekaj.
Daol ponownie zajął miejsce przy stoliku.
- Cenisz się jak Boba Fett - uśmiechnął się Cuf. - Ale Fett jest ostatnio nieuchwytny. Dlatego Czarne Słońce chce, bym wynajął ciebie. Tylko, żeby móc zgodzić się na sto tysięcy, muszę się skonsultować z przełożonymi.
- Byle szybko.
Łowca skrzyżował ręce na piersi, przyglądając się Cufowi, który oddalając się w stronę wyjścia wyciągnął komunikator.
R O Z D Z I A Ł 2
Nar Shaddaa
Pedric Cuf po chwili wrócił do stolika. Mina przestępcy świadczyła jednak o niezdecydowaniu jego przełożonych.
- Możemy ci dać sto tysięcy... - Neberrie uśmiechnął się lekko. Gdyby udało mu się wykonać misję, dostałby dziesięć razy więcej, niż obecnie miał na koncie. - ...ale jako zaliczkę dostaniesz tylko piętnaście, łowco. Za duże ryzyko.
- Jakie ryzyko? - Daol zaczął coś podejrzewać. To chyba nie będzie akcja polegająca na wyciągnięciu byle urzędasa z jego przytulnego gabineciku.
- Nooo... wiesz... to wysoko postawiony oficer... nie myśl, że nie będzie przy nim szturmowców - Cuf mówił te słowa spokojnie, jakby chodziło o kilka robaków, których ugryzienie może wywołać lekkie swędzenie skóry.
- Cenisz się jak Boba Fett - uśmiechnął się Cuf. - Ale Fett jest ostatnio nieuchwytny. Dlatego Czarne Słońce chce, bym wynajął ciebie. Tylko, żeby móc zgodzić się na sto tysięcy, muszę się skonsultować z przełożonymi.
- Byle szybko.
Łowca skrzyżował ręce na piersi, przyglądając się Cufowi, który oddalając się w stronę wyjścia wyciągnął komunikator.
R O Z D Z I A Ł 2
Nar Shaddaa
Pedric Cuf po chwili wrócił do stolika. Mina przestępcy świadczyła jednak o niezdecydowaniu jego przełożonych.
- Możemy ci dać sto tysięcy... - Neberrie uśmiechnął się lekko. Gdyby udało mu się wykonać misję, dostałby dziesięć razy więcej, niż obecnie miał na koncie. - ...ale jako zaliczkę dostaniesz tylko piętnaście, łowco. Za duże ryzyko.
- Jakie ryzyko? - Daol zaczął coś podejrzewać. To chyba nie będzie akcja polegająca na wyciągnięciu byle urzędasa z jego przytulnego gabineciku.
- Nooo... wiesz... to wysoko postawiony oficer... nie myśl, że nie będzie przy nim szturmowców - Cuf mówił te słowa spokojnie, jakby chodziło o kilka robaków, których ugryzienie może wywołać lekkie swędzenie skóry.
- W porządku. A ile mam czasu, by wykonać zadanie?
- Czas nieograniczony, ale zależy nam, byś zrobił to jak najszybciej... wiesz, nasi klienci się niecierpliwią...
- Jasne. Noo... to ja się zmywam.
Łowca pożegnał się z Cufem, wstał i ruszył do wyjścia. Po drodze minął kilku barczystych typków, którzy właśnie wchodzili do kantyny. Skierował się z powrotem ku hangarowi Shuga. Po kilku minutach skręcił w jeden z zaułków, będących skrótem do bazy mechanika. Niespodziewanie usłyszał słowa adresowane do niego:
- Ty. Młody. Podejdź no tu.
Łowca rozejrzał się i zauważył postać, która wypowiadała te słowa. Była nią stara, zgarbiona kobieta siedząca na ziemi.
- Przepraszam. Eee... nie mam drobnych - odparł wymijająco.
- Nie, chłopcze. Vima wie - jej spokojny głos wyrażał ledwo zauważalne rozbawienie.
- Wiesz, że nie mam forsy? To po co mnie zatrzymujesz? - w głosie Daola dało się wyczuć irytację.
- Nie o to Vimie chodzi. Vima wie... Vima czuje, kim jesteś...
Daol sięgnął po Moc i wreszcie zrozumiał: ta babka też umiała się nią posługiwać.
- Czego ode mnie chcesz? - przykucnął, by jego oczy znalazły się na poziomie twarzy Vimy.
- Powie - W porządku. A ile mam czasu, by wykonać zadanie?
- Czas nieograniczony, ale zależy nam, byś zrobił to jak najszybciej... wiesz, nasi klienci się niecierpliwią...
- Jasne. Noo... to ja się zmywam.
Łowca pożegnał się z Cufem, wstał i ruszył do wyjścia. Po drodze minął kilku barczystych typków, którzy właśnie wchodzili do kantyny. Skierował się z powrotem ku hangarowi Shuga. Po kilku minutach skręcił w jeden z zaułków, będących skrótem do bazy mechanika. Niespodziewanie usłyszał słowa adresowane do niego:
- Ty. Młody. Podejdź no tu.
Łowca rozejrzał się i zauważył postać, która wypowiadała te słowa. Była nią stara, zgarbiona kobieta siedząca na ziemi.
- Przepraszam. Eee... nie mam drobnych - odparł wymijająco.
- Nie, chłopcze. Vima wie - jej spokojny głos wyrażał ledwo zauważalne rozbawienie.
- Wiesz, że nie mam forsy? To po co mnie zatrzymujesz? - w głosie Daola dało się wyczuć irytację.
- Nie o to Vimie chodzi. Vima wie... Vima czuje, kim jesteś...
Daol sięgnął po Moc i wreszcie zrozumiał: ta babka też umiała się nią posługiwać.
- Czego ode mnie chcesz? - przykucnął, by jego oczy znalazły się na poziomie twarzy Vimy.
- Powiedzieć ci o czymś... takich jak ty... uzdolnionych do władania Mocą... jest wielu... ale boicie się zjednoczyć... boicie się razem stanąć przeciwko ciemnościom.
Daol pokręcił głową.
- Ej... o czym ty bredzisz? Zaszyłaś się na Nar Shaddaa... i chyba od dobrych siedmiu lat nie oglądałaś Holowiadomości, babciu... Palpatine, Vader i inni Mroczni Jedi dawno nie żyją...
- Cicho bądź - przerwała mu. - Ciemności powracają... potężniejsze niż kiedykolwiek... - Vima zamknęła oczy, jakby szukając czegoś w sobie... lub w Mocy, Daol nie do końca wiedział, która wersja jest poprawna. - Spotkasz kogoś, kto może okazać się przydatny... kogoś, kto być może będzie kiedyś twoją ostatnią deską ratunku... lecz przyjdzie potem czas, że ty będziesz musiał potem tej osobie pomóc wyrwać się z objęć mroku...
- Przecież ja nawet nie jestem Jedi... a skoro jesteś taka mądra, to czemu sama nie staniesz do walki?
- Vima jest za stara... i nie jest godna nazywać siebie Jedi... a ty... jesteś nim, ale musisz w to uwierzyć. Wszystko sprowadza się do uwierzenia, chłopcze.
- Dobra, niech będzie na twoje... o co chodzi z tymi ciemnościami? I gdzie mam szukać tej osoby?
W tym momencie babka skierowała wzrok ku czemuś, co znajdowadzieć ci o czymś... takich jak ty... uzdolnionych do władania Mocą... jest wielu... ale boicie się zjednoczyć... boicie się razem stanąć przeciwko ciemnościom.
Daol pokręcił głową.
- Ej... o czym ty bredzisz? Zaszyłaś się na Nar Shaddaa... i chyba od dobrych siedmiu lat nie oglądałaś Holowiadomości, babciu... Palpatine, Vader i inni Mroczni Jedi dawno nie żyją...
- Cicho bądź - przerwała mu. - Ciemności powracają... potężniejsze niż kiedykolwiek... - Vima zamknęła oczy, jakby szukając czegoś w sobie... lub w Mocy, Daol nie do końca wiedział, która wersja jest poprawna. - Spotkasz kogoś, kto może okazać się przydatny... kogoś, kto być może będzie kiedyś twoją ostatnią deską ratunku... lecz przyjdzie potem czas, że ty będziesz musiał potem tej osobie pomóc wyrwać się z objęć mroku...
- Przecież ja nawet nie jestem Jedi... a skoro jesteś taka mądra, to czemu sama nie staniesz do walki?
- Vima jest za stara... i nie jest godna nazywać siebie Jedi... a ty... jesteś nim, ale musisz w to uwierzyć. Wszystko sprowadza się do uwierzenia, chłopcze.
- Dobra, niech będzie na twoje... o co chodzi z tymi ciemnościami? I gdzie mam szukać tej osoby?
W tym momencie babka skierowała wzrok ku czemuś, co znajdowało się za plecami Daola. Łowca odwrócił się, by zobaczyć, co to takiego, jednak poza człowiekiem oddalonym o kilkaset metrów nie znalazł niczego, co nie byłoby stałym elementem otoczenia. Kiedy zwrócił się ponownie do Vimy, miejsce, które zajmowała przed kilkoma sekundami okazało się puste. Neberrie rozejrzał się i zauważył, że nie ma jej też nigdzie w pobliżu. Po prostu zniknęła, nie pozostawiając ani śladu.
Czyżby była duchem?
Wzruszył ramionami, po czym szybkim krokiem ruszył ku hangarowi Ninxa.
Byss
Odbicie. Pchnięcie. Blok. Fioletowe ostrze poruszało się w rękach młodej blondynki średniego wzrostu tak szybko, iż postronny obserwator, nie wiedząc na kogo patrzy, mógł pomyśleć, że widzi właśnie osobę, która ma za sobą co najmniej dwadzieścia lat szkolenia w dziedzinie szermierki. Jednak Sandra Vidaan, bo tak nazywała się owa dziewczyna, sama mając dopiero osiemnaście lat, walki mieczem uczyła się zaledwie od czterech. Dopiero dzień wcześniej powróciła na Byss; przez kilka poprzednich tygodni szkoliła się wraz z Mrocznymi Jedi na Vjun.
Nagły cios z półobrotu zaskoczył jej przeciwnika, który był treningowym droidem, zaprojektowanym i zbudowanym parę lat wcześniej na poleceło się za plecami Daola. Łowca odwrócił się, by zobaczyć, co to takiego, jednak poza człowiekiem oddalonym o kilkaset metrów nie znalazł niczego, co nie byłoby stałym elementem otoczenia. Kiedy zwrócił się ponownie do Vimy, miejsce, które zajmowała przed kilkoma sekundami okazało się puste. Neberrie rozejrzał się i zauważył, że nie ma jej też nigdzie w pobliżu. Po prostu zniknęła, nie pozostawiając ani śladu.
Czyżby była duchem?
Wzruszył ramionami, po czym szybkim krokiem ruszył ku hangarowi Ninxa.
Byss
Odbicie. Pchnięcie. Blok. Fioletowe ostrze poruszało się w rękach młodej blondynki średniego wzrostu tak szybko, iż postronny obserwator, nie wiedząc na kogo patrzy, mógł pomyśleć, że widzi właśnie osobę, która ma za sobą co najmniej dwadzieścia lat szkolenia w dziedzinie szermierki. Jednak Sandra Vidaan, bo tak nazywała się owa dziewczyna, sama mając dopiero osiemnaście lat, walki mieczem uczyła się zaledwie od czterech. Dopiero dzień wcześniej powróciła na Byss; przez kilka poprzednich tygodni szkoliła się wraz z Mrocznymi Jedi na Vjun.
Nagły cios z półobrotu zaskoczył jej przeciwnika, który był treningowym droidem, zaprojektowanym i zbudowanym parę lat wcześniej na polecenie samego Dartha Vadera, Mrocznego Lorda Sith. Już samo to, że Vader ćwiczył walkę mieczem właśnie z tego typu robotami, mogło wywołać sprzeczne uczucia w sercu osób, które trenowały z owymi automatami. U jednych wstręt, u drugich raczej dodatkową motywację, by spróbować dorównać osiągnięciom Czarnego Lorda. Osiągnięciom w szybkości rozbijania droidów w pył.
Cios musiał naprawdę zaskoczyć robota, gdyż po chwili jego głowa i korpus wylądowały w dwóch różnych częściach sali. Sandra podeszła do chronometru. Należała raczej do tej drugiej grupy osób: nie może być inaczej, kiedy jest się Ręką Imperatora... Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz. „Nie było tak źle” - pomyślała. Wynik czterdzieści siedem sekund był jej rekordem życiowym. No, ale do najlepszego wyniku Dartha Vadera, jeśli oczywiście to, co twierdził Imperator było prawdą, brakowało jej mniej więcej pół minuty...
- Bardzo dobrze, moja droga przyjaciółko. Prawie tak samo perfekcyjnie, jak został przeprowadzony nasz atak na Coruscant - była zaskoczona, że ktoś zdołał się dostać na salę bez jej wiedzy. Zaskoczenie jednak minęło, gdy uświadomiła sobie, do kogo należy ten głos. Słyszała go już wiele razy od tych czterech lat. By%nie samego Dartha Vadera, Mrocznego Lorda Sith. Już samo to, że Vader ćwiczył walkę mieczem właśnie z tego typu robotami, mogło wywołać sprzeczne uczucia w sercu osób, które trenowały z owymi automatami. U jednych wstręt, u drugich raczej dodatkową motywację, by spróbować dorównać osiągnięciom Czarnego Lorda. Osiągnięciom w szybkości rozbijania droidów w pył.
Cios musiał naprawdę zaskoczyć robota, gdyż po chwili jego głowa i korpus wylądowały w dwóch różnych częściach sali. Sandra podeszła do chronometru. Należała raczej do tej drugiej grupy osób: nie może być inaczej, kiedy jest się Ręką Imperatora... Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz. „Nie było tak źle” - pomyślała. Wynik czterdzieści siedem sekund był jej rekordem życiowym. No, ale do najlepszego wyniku Dartha Vadera, jeśli oczywiście to, co twierdził Imperator było prawdą, brakowało jej mniej więcej pół minuty...
- Bardzo dobrze, moja droga przyjaciółko. Prawie tak samo perfekcyjnie, jak został przeprowadzony nasz atak na Coruscant - była zaskoczona, że ktoś zdołał się dostać na salę bez jej wiedzy. Zaskoczenie jednak minęło, gdy uświadomiła sobie, do kogo należy ten głos. Słyszała go już wiele razy od tych czterech lat. Był to głos Imperatora Palpatine’a.
- Nie spodziewałam się, że tak świetnie umiesz się maskować w Mocy. Zanim nie odezwałeś się, nawet nie wiedziałam, że jesteś w pobliżu, panie - odwróciła się ku swojemu rozmówcy. Oczy dziewczyny spotkały się przez chwilę z przenikliwym wzrokiem Palpatine’a. „Jakim cudem on jeszcze żyje?” - pomyślała Sandra patrząc na Imperatora. Gdyby nie Ciemna Strona, ten stary człowiek z pewnością od dawna byłby martwy.
Jeśli w ogóle można go było jeszcze nazwać człowiekiem.
- I dlatego musisz się jeszcze sporo nauczyć. A teraz chcę, abyś przerwała ćwiczenia, i udała się za mną. Mamy od kilku dni gościa, którego chciałbym ci przedstawić, Sandro.
- To z nim pewnie spędzałeś ostatnio tyle czasu, panie?
- Masz rację.
- Kim on jest?
- Naszym nowym sojusznikiem. Nie pytaj o to więcej. Za chwilę sama go poznasz - głos Imperatora był stanowczy, lecz nie zawierał w sobie gniewu.
- Oczywiście, panie.
Ruszyli dobrze oświetlonym korytarzem ku środkowej części wielkiego budynku zwanego Cytadelą Byss. Nowa stolica Imperium bardzo przypominała zresztą niedawno odbite Coruscant, z tą jednak różnicą, że tu nie wszystkie skrB3 to głos Imperatora Palpatine’a.
- Nie spodziewałam się, że tak świetnie umiesz się maskować w Mocy. Zanim nie odezwałeś się, nawet nie wiedziałam, że jesteś w pobliżu, panie - odwróciła się ku swojemu rozmówcy. Oczy dziewczyny spotkały się przez chwilę z przenikliwym wzrokiem Palpatine’a. „Jakim cudem on jeszcze żyje?” - pomyślała Sandra patrząc na Imperatora. Gdyby nie Ciemna Strona, ten stary człowiek z pewnością od dawna byłby martwy.
Jeśli w ogóle można go było jeszcze nazwać człowiekiem.
- I dlatego musisz się jeszcze sporo nauczyć. A teraz chcę, abyś przerwała ćwiczenia, i udała się za mną. Mamy od kilku dni gościa, którego chciałbym ci przedstawić, Sandro.
- To z nim pewnie spędzałeś ostatnio tyle czasu, panie?
- Masz rację.
- Kim on jest?
- Naszym nowym sojusznikiem. Nie pytaj o to więcej. Za chwilę sama go poznasz - głos Imperatora był stanowczy, lecz nie zawierał w sobie gniewu.
- Oczywiście, panie.
Ruszyli dobrze oświetlonym korytarzem ku środkowej części wielkiego budynku zwanego Cytadelą Byss. Nowa stolica Imperium bardzo przypominała zresztą niedawno odbite Coruscant, z tą jednak różnicą, że tu nie wszystkie skrawki lądu były zabudowane. A na Coruscant tak, poza jednym, niewielkim: najwyższym szczytem górskim na planecie, Manauri. Znajdowała się na nim jedynie nieduża, aczkolwiek bardzo ekskluzywna restauracja o tej samej nazwie.
Szli wolno, ponieważ Vidaan musiała się dostosować do kroku niemłodego już Palpatine’a. Nie mogła przecież wyprzedzać mistrza. Po kilku minutach marszu tunelami pełnymi szturmowców i szaleńczej jazdy windami, dotarli w końcu do celu. Komnata, do której weszli, była osobistym pokojem Imperatora, do którego rzadko kiedy i rzadko kto miał wstęp (oczywiście, poza droidami sprzątającymi). Jednak Sandra, sięgając Mocą do pokoju, wyczuła obecność jednej osoby. I to takiej, która świetnie umiała się posługiwać największą siłą Jedi i Sithów.
Cały ten pokój utrzymany był w stylu, którego dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować. Pośrodku pomieszczenia stało łoże, proste, ale wygodne. Obok łóżka znajdował się nietypowy stojak, nad którym unosił się Holocron, starożytne urządzenie nauczające adeptów Mocy. Było ono przydatne zarówno dla Sithów, jak i dla Jedi, ze wskazaniem na tych drugich. Ściany były w ciemnych barwach, od szarego do czerni. W jedną z nich wbudowane były drzwi prowadzące poprzez korytarzawki lądu były zabudowane. A na Coruscant tak, poza jednym, niewielkim: najwyższym szczytem górskim na planecie, Manauri. Znajdowała się na nim jedynie nieduża, aczkolwiek bardzo ekskluzywna restauracja o tej samej nazwie.
Szli wolno, ponieważ Vidaan musiała się dostosować do kroku niemłodego już Palpatine’a. Nie mogła przecież wyprzedzać mistrza. Po kilku minutach marszu tunelami pełnymi szturmowców i szaleńczej jazdy windami, dotarli w końcu do celu. Komnata, do której weszli, była osobistym pokojem Imperatora, do którego rzadko kiedy i rzadko kto miał wstęp (oczywiście, poza droidami sprzątającymi). Jednak Sandra, sięgając Mocą do pokoju, wyczuła obecność jednej osoby. I to takiej, która świetnie umiała się posługiwać największą siłą Jedi i Sithów.
Cały ten pokój utrzymany był w stylu, którego dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować. Pośrodku pomieszczenia stało łoże, proste, ale wygodne. Obok łóżka znajdował się nietypowy stojak, nad którym unosił się Holocron, starożytne urządzenie nauczające adeptów Mocy. Było ono przydatne zarówno dla Sithów, jak i dla Jedi, ze wskazaniem na tych drugich. Ściany były w ciemnych barwach, od szarego do czerni. W jedną z nich wbudowane były drzwi prowadzące poprzez korytarz do sali, w której Vidaan nigdy nie była. Dziewczyna wiedziała jednak, co się tam znajduje. Laboratorium klonujące Imperatora.
Na brzegu łóżka siedział osobnik, którego obecność Sandra wyczuła wcześniej. W tej chwili okropnie ciekawiło ją, kim się on okaże. Bądź co bądź, Palpatine rzadko przyjmował tu gości.
Prawdę mówiąc, to chyba nigdy.
Na pewno nie był to żaden z Ciemnych Jedi - tych znała wszystkich, więc Imperator nie miał powodu, by ich jej przedstawiać. Ale kim był ten użytkownik Mocy?
Z rozmyślań wyrwał ją głos Palpatine’a:
- Mój przyjacielu... oto osoba, o której ci mówiłem... moja Mroczna Wojowniczka... moja Ręka... Sandra Vidaan.
Dziewczyna skłoniła się lekko gościowi i zauważyła na jego ukrytej pod kapturem twarzy skierowany do niej uśmiech. Po chwili osobnik wstał i zdjął kaptur. Sandrze aż zaparło dech w piersiach. Miała przed sobą całkiem przystojnego, choć nie najwyższego mężczyznę o rozczochranych blond włosach. Widziała go już wcześniej, ale wyłącznie na hologramach. Zresztą jego oblicza trudno było nie znać.
- Sandro... przedstawiam ci nowego Mrocznego Lorda Sith. Luke’a Skywalkera.
_________________ I walk alone in the darkness of the city Got no place to call home I might be dyin' But you can't hear a sound 'Cause midnight rain is comin' down I'm just a stranger, a stranger in this town...
|