HoloNet.pl

forum fanów Star Wars
Teraz jest So 11 wrz 2010, 00:04

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 56 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: List z wyspy Vis
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 12:02 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 630
Lokalizacja: Jugoslavija
Do tej pory wszyscy widzieliście jedynie moją starwarsową twórczość, najwyższy czas zacząć więc wstawiać także dziełka niezwiązane z naszym ukochanym uniwersum.
Poniższe opowiadanie oparte jest na faktach, a dzieje się w Jugosławii, nieistniejącym państwie, w którym się urodziłem.


List z wyspy Vis

**********

23 września 1991 roku, godzina 22.34

Niezależnie od tego czy szalał potężny sztorm, czy bezksiężycowe niebo spowijały ciężkie, burzowe chmury, Perła Dalmacji zawsze lśniła silnym blaskiem — a dzisiejszej nocy pogoda była wyjątkowo dobra. Tysiące świateł rozjaśniały białe domy Splitu i tworzyły na przybrzeżnych wodach migoczące refleksy, przypominające swoimi kształtami pełgające po falach płomyczki jakiegoś fantastycznego ognia. Lampy słynnej magistrali adriatyckiej, które ciągnęły się wzdłuż poszarpanej linii wybrzeża niczym srebrzysty wąż, dopełniały malowniczego obrazu nadmorskiego miasta przycupniętego u zboczy niewysokiego łańcucha górskiego.
Kontradmirał Jugosłowiańskiej Marynarki Wojennej, JMW, Vladimir Barović opuścił lornetkę i przetarł wierzchem dłoni zmęczone oczy. Lubił patrzeć na Split i podziwiać jego piękno; zawsze gdy wpływał do tutejszego portu, czuł się tak, jakby wpływał do swojego domu — jak gdyby był to jego rodzinny Tivat w Czarnogórze. Lecz teraz musiał spoglądać na Split inaczej, nie jak na wspaniałe, urodziwe miasto, nie jak na bezpieczną przystań, do której powracał po każdym kolejnym adriatyckim patrolu, ale jak na cel militarny, coś zgoła obcego. O tej drastycznej zmianie świadczyły dwa pióropusze siwego dymu, które dobywały się z okolic przedmieść, pusta splicka riwiera dotąd wieczorem zawsze tętniąca życiem, wreszcie łopoczące wysoko nad ruinami starożytnego pałacu Dioklecjana i wzgórzem Marjan trójkolorowe flagi z chorwacką szachownicą pośrodku. Niebiesko-biało-czerwone sztandary okraszone karmazynowymi gwiazdami powiewały już tylko na budynkach Jugosłowiańskiej Armii Ludowej i ponad kwaterą główną JMW.
— Towarzyszu admirale?
Barović spojrzał na wyczekującą twarz kapitana lekkiej fregaty typu Koni I, na mostku której obaj stali. Odłożył lornetkę i spuścił wzrok na kartkę papieru, którą od jakiegoś czasu miętosił w dłoni. Był na niej zapisany rozkaz admirała floty, który odwoływał trwającą od tygodnia blokadę wszystkich chorwackich portów. Mimo iż kontradmirał od samego początku gorąco zabiegał o jej zaniechanie, nie potrafił wykrzesać z siebie ani szczypty zadowolenia lub satysfakcji. Jeden rozkaz nie powstrzyma bratobójczych walk, które rozgorzały w Jugosławii, walk, których absurd niejako poznał od podszewki. Okręt, na którym się znajdował, zwał się bowiem tak samo, jak miasto, którego port miał blokować — „Split”. W innych warunkach uznałby to za nader zabawne; teraz mogło u niego wywołać co najwyżej sarkastyczny, gorzki uśmiech.
— Proszę odwrócić okręt — powiedział. — Blokada została zdjęta, wracamy na Vis.
Po jego słowach napięta atmosfera na mostku rozluźniła się nieco. Na licach jednego z podoficerów pojawił się nawet niewyraźny grymas ulgi, którą w mniejszym lub większym stopniu musieli odczuć wszyscy. Jeszcze niedawno w ich sercach rozkwitłaby nadzieja — teraz pozostała im już tylko ulga.
— Proszę obrać kurs na Drvenik. Po drodze musimy się uważnie przyjrzeć północnym wybrzeżom Solty, południowym Bracia i zachodnim Hvaru — poinformował kapitana i przytknął do skroni dłoń w salucie. — Jeśli będziecie mnie potrzebowali, znajdziecie mnie w mojej kajucie.
Vladimir Barović wyszedł na bakburtową nadbudówkę, ale nie od razu skierował się pod pokład. Stanął przy pancernym relingu, podparł się na nim rękami i zaczerpnął świeżego powietrza niesionego przez przyjemną adriatycką bryzę. Pól kilometra przed sobą widział światła dwóch kutrów rakietowych typu Osa, które już kierowały swoje dzioby ku południu. Po chwili blisko stumetrowy „Split” także zaczął się powoli odwracać rufą do chorwackiego miasta.
Oficer ruszył w dalszą drogę. Jego wojskowe buty wystukiwały równy rytm na stalowych płytach pokładu, a potem na schodkach. Nieliczni mijani marynarze niechętnie mu salutowali, na dwóch zmizerniałych twarzach dostrzegł z trudem skrywany niesmak, większość była jednak raczej przejęta niepewnością. Kiedy przecisnął się przez ostatni właz i legł ciężko na sfatygowanym, ale wygodnym fotelu w kabinie, z sykiem wypuścił z ust powietrze. Rzucił na pryczę czapkę, rozczesał palcami rzadkie, posiwiałe włosy i rozpiął złociste guziki swojego granatowego admiralskiego munduru.
Wyjął z bocznej szuflady miniaturowego biurka półlitrową butelkę czerwonego wina z Visu. Pociągnął jednego łyka, długo delektował się smakiem alkoholu. Mimochodem spojrzał na rozpostartą na ścianie mapę zatytułowaną: „SFR Jugosławia — 1987 rok”. Uśmiechnął się blado. Mapa od paru miesięcy była nieaktualna; Słowenia i Chorwacja ogłosiły niepodległość, nie było już starej federacji.
„Split” pływał teraz de jure po wodach terytorialnych suwerennego państwa, jednak ironią było to, że większość z jego studwudziestoosobowej załogi składała się z Chorwatów, a okręt wciąż znajdował się pod jugosłowiańską banderą. Barović czasem zastanawiał się, co wciąż trzymało tych młodych mężczyzn w marynarce, którą obecnie wielu Chorwatów określało mianem najeźdźczej — jeśli nie gorzej. Czy w opinii rodaków nie byli zdrajcami? A może wciąż wierzyli w ideę jugosłowiańskiego braterstwa? Byli bardziej Jugosłowianami, czy Chorwatami? A może nadal tego nie wiedzieli? Może, wreszcie, nie chcieli dokonywać wyboru, chcieli powrotu starej Jugosławii?
Jeszcze raz przytknął butelkę do ust.
Przedwczoraj w godzinach wieczornych przypadkiem wmieszał się do pewnego znamiennego incydentu, do którego doszło w mesie. Jovan Miljković, Serb z Kotoru, został zaczepiony przez dwóch kolegów z Istrii. W środku nie przebywał nikt oprócz nich, nie znaleźli się więc żadni świadkowie tego, jak doszło do sprzeczki, a potem obrzucania się wyzwiskami. Kiedy kontradmirał wszedł do pomieszczenia, wszyscy trzej stali mocno na nogach, czerwoni na twarzy, z podwiniętymi rękawami, gotowi do bójki. Mało brakowało, żeby rzucili się na siebie z pięściami.
— Co tu się dzieje? — spytał tak głośno, że załoganci od razu oprzytomnieli. Ustawili się w równym rządku na baczność, ale żaden nic nie powiedział; tylko pulsujące żyły na ich czołach wskazywały, jak się w ich głowach gotowało od emocji. Oficer podszedł bliżej, przyjrzał się ich ściśniętym obliczom i powtórzył jeszcze surowszym tonem: — Co to miało być?
— Miljković obraził moją matkę — powiedział w końcu pierwszy z Chorwatów, Ivan Milunić.
— Gówno prawda — parsknął Jovan pogardliwie. — Jesteś pieprzonym zdrajcą!
— Patriotą, dupku, jak nie widzisz różnicy...
— Cisza! — warknął Barović, spiorunował obu wzrokiem. — Czy tego chcecie czy nie, nadal jesteście częścią jugosłowiańskiej marynarki. Nie chcę już więcej słyszeć o tych bzdurach, rozumiecie? Rozumiecie?!
Wszyscy trzej opieszale kiwnęli głowami.
— To dobrze. Rozejść się!
Mógł się tylko domyślać o co naprawdę im chodziło, ale nie miał ani siły, ani chęci na takie rozważania. Napięcie u załogi sięgało zenitu, morale było tak niskie, że niekiedy odnosił wrażenie, że gdyby fregata wpłynęła dziś do portu w Splicie, rano nie doliczyłby się przynajmniej kilku marynarzy. Od kiedy „bałkańska beczka prochu” ponownie wybuchła, dezercje w jugosłowiańskiej armii stały się prawdziwą plagą. Na morzu sytuacja jeszcze jako tako była w porządku, a przecież czasem z okrętu uciec było łatwiej niż z oddziału lądowego, i to mimo działań zapobiegawczych dowództwa JMW, które nie przypadkiem odesłało „Split” na Vis — była to najdalej wysunięta baza marynarki na Adriatyku — sądząc, iż spora odległość od kontynentalnej Chorwacji utrzyma w ryzach wielu marynarzy.
Vladimir Barović był jednak świadomy faktu, że to nie działało w taki sposób, ale pozbył się już złudzeń. Prędzej czy później, jego załoga się zbuntuje. Nie wiedział jeszcze, czy powodem będzie próba protestu przed rozpadem Jugosławii — czy wręcz przeciwnie, pragnienie poparcia dla dążeń niepodległościowych Chorwacji.
Zakręcił nakrętkę. Zegar na ścianie obok mapy pokazywał dwudziestą trzecią.
— Czas spać — mruknął sam do siebie pod nosem.

**********

26 września 1991 roku, godzina 15.40

Wtulona w zachodnią część wyspy Vis Zatoka Komiža była dogodnym miejscem dla portu marynarki wojennej głównie z powodu naturalnych walorów defensywnych. Vladimir Barović najbardziej cenił ją jednak za jej nadzwyczajne śródziemnomorskie piękno. Piaszczyste, gdzieniegdzie skaliste brzegi opływała krystalicznie czysta, szmaragdowo-lazurowa woda, a na licznych wzniesieniach falowały, owiewane ciepłym wiatrem, soczystozielone krzewy i sosny alepskie. Nad całym tym krajobrazem dominowało wysokie na prawie sześćset metrów wzgórze Hum.
Po zejściu z pokładu „Splitu” kontradmirał bez zbędnych ceregieli skierował się do swojego gabinetu w szarym budynku, który był ulokowany kilkadziesiąt metrów od morza, wśród rzędu bezpłciowych baraków i prefabrykowanych magazynów. Był na Visie najwyższym rangą oficerem, tak więc miał przywilej zatrudniania własnej sekretarki. Niemłoda kobieta z fatalnie ostrzyżonymi włosami, Severina Jurinac, powitała go znudzonym skinieniem głowy.
— Dzień dobry, towarzyszu admirale.
— Dzień dobry, Seva. — Zatrzymał się przy jej biurku. — Masz coś nowego dla mnie?
— Proszę. — Wręczyła mu cały stos kartek piętrzących się dotąd w rogu blatu. — W większości raporty o dezercji i notki, o które pan prosił.
— Dziękuję.
Kontradmirał wkroczył do gabinetu i zamknął drzwi. Wciągnął nosem zatęchłe powietrze, skrzywił się. Rzucił papiery na swoje biurko i od razu dopadł okna, które otworzył na całą szerokość. Dopiero wtedy rozsiadł się w fotelu i zaczął przemykać oczami po zapisanych stronicach pierwszych raportów.
Miał pięć dezercji. Đuro Mohorovičić, Eduard Ostoic, Veljko Poljak, Zvonimir Radman, Marijan Vujanović — wszyscy w stopniu marynarza lub starszego marynarza, czterech Chorwatów, jeden Czarnogórzec. Kontradmirał prychnął, gdy zobaczył przy każdym nazwisku adnotację nazbyt nadgorliwego porucznika, który sporządził dokumenty: „Wniosek o nadanie listu gończego został wysłany KGJMW w Splicie”. Żaden z tych chłopaków nie zostanie złapany, dezerterzy byli na jednym z ostatnich miejsc listy problemów jugosłowiańskiego wojska, które z wolna przeistaczało się w serbsko-czarnogórską armię. Mało kto chciał walczyć przeciwko swoim braciom. Barović doskonale to rozumiał.
Bezceremonialnie wepchnął raporty do szuflady, gdzie trzymał kilkadziesiąt podobnych tekstów i zajął się notkami, które na jego polecenie dostarczali mu dowódcy różnych jednostek na całej długości wybrzeży Dalmacji.
Z każdym kolejnym przeczytanym słowem jego lica coraz bardziej szarzały, wargi zaciskały się w cienką linię, nawet oczy zatracały swój blask. Po chwili miał już dość. Ukrył w dłoniach twarz.
Było jeszcze gorzej niż myślał. Eskalacja działań wojennych przerosła jego najgorsze koszmary. Ledwo kilkadziesiąt kilometrów od Splitu, w nadmorskim Šibeniku, od pierwszego do ostatniego dnia blokady trwała regularna bitwa. Z powodu chaosu panującego w strukturach JMW do tej pory nie zdawał sobie sprawy z jej ogromu; raport kapitana Gorana Brešana — formalnie podległego innemu admirałowi — mówił o zmasowanych atakach z lądu, ziemi i powietrza, które chorwaccy obrońcy miasta w końcu odparli, odnosząc zwycięstwo. To już nie były potyczki band ultranacjonalistów, czy starcia lokalnych milicji, ale pełnowymiarowa wojna.
Jak mogło do tego dojść? Jak narody żyjące obok siebie przez ponad czterdzieści lat mogły tak zdziczeć?
Jak on sam mógł się na to godzić? Musiał — ale ostatnio dopadały go coraz większe wątpliwości, czy tak istotnie było. Nie miał żadnych wpływów w JMW, jego prośby o zachowanie zdrowego rozsądku słane do kwatery głównej nie miały siły przebicia, ale czy nie używał tego argumentu za parawan, za którym skrywał swój brak odwagi, brak zdolności postawienia się przełożonym?
Kontradmirał pokręcił głową.
Drzwi nagle zaskrzypiały. Vladimir Barović uniósł głowę, w progu stała jego sekretarka. Nie zapukała, to jej się nie zdarzało.
— Towarzyszu admirale, jest do pana... gość. — Kobieta nie za bardzo wiedziała co powiedzieć. Oficer cząstką świadomości wychwycił, że jest nieco roztrzęsiona, ale w tym momencie w ogóle o tym nie myślał. Jego głowę wciąż zaprzątały najnowsze doniesienia z nadmorskiego frontu wojny, która nigdy nie powinna była wybuchnąć.
— Niech wejdzie.
Severina odsunęła się, a na jej miejscu stanął łysiejący mężczyzna w cokolwiek zaniedbanych, cywilnych ubraniach, około sześćdziesiątki. Barović rozwarł oczy ze zdumienia, jego wargi wygięły się w szerokim uśmiechu — pierwszy raz od wielu, wielu dni.
— Ivo! — krzyknął radośnie, gwałtownie wstawszy z fotela. — Co ty tu robisz?
Ivo Petković, bo tak brzmiało jego imię, przestąpił próg gabinetu. Na jego twarzy wcale nie malowało się szczęście, raczej dotkliwe rozczarowanie. Zignorował wyciągniętą rękę kontradmirała, który mimowolnie spostrzegł, że przy biurku Severiny stali dwaj rośli, nieprzyjemnie wyglądający młodzi marynarze z naszywkami żandarmerii. Obaj przeszywali Petkovicia bacznym wzrokiem.
— Ty mi to powiedz — powiedział ozięble, prawie burknął, gość. Barović zaniepokoił się, gdy usłyszał w jego głosie nutkę boleści.
— O co ci chodzi? — Vladimir łypnął na niego, na marynarzy i z powrotem na niego. Opuścił dłoń, ściągnął lekko brwi. Ivo Petković pochodził z Kotoru, był jego przyjacielem odkąd pamiętał; razem skończyli studia, razem jeździli na wakacje, razem spędzali większość wolnego czasu. Stracił z nim kontakt niedługo po śmierci swojej żony, dwa lata temu. Teraz znienacka pojawił się w strzeżonej bazie JMW, w asyście żandarmów, i zachowywał się dziwnie, wręcz wrogo. — Coś się dzieje, Ivo? Siadaj.
Petković zawahał się chwilę, przysunął sobie krzesło i zasiadł naprzeciw starego przyjaciela. Przez kilka sekund patrzył tępo w jakiś punkt na ścianie, mełł w ustach jakieś słowa, ale nie potrafił ich wypowiedzieć.
— Jebana wojna, to się kurwa dzieje — wyrzucił z siebie ze złością, nie bawiąc się w kurtuazję. — Musiałem to zobaczyć, nie mogłem uwierzyć, że siedzisz w tym gównie. Nie ty, nie „Vlado”. Myliłem się.
— Wszyscy siedzimy w tym gównie — rzekł ostrożnie Barović, próbując wyczytać ze strutej miny przyjaciela, co go trapiło, czemu czuł w jego tonie tyle niechęci. — Wtargnąłeś na teren bazy, prawda? Czy...
— Daj sobie spokój. — Petković przewiercił go gniewnym spojrzeniem. — Jesteś takim samym skurwielem, jak ci, co zaatakowali Šibenik i Vukovar. Miałem cię za kogoś lepszego, człowieka honoru — teraz w jego głosie niezaprzeczenie pobrzmiewała wzgarda przemieszana z głębokim rozgoryczeniem.
— Czekaj, czekaj, o czym ty mówisz? — Vladimir ochłodził swój ton, pochylił się do przodu w fotelu. — Myślisz, że się godzę na to, co się dzieje? Że stoję z boku i się opieprzam? Że mi wszystko jedno?
— Jesteś w tej samej pierdolonej armii! Samo to wystarczy! — wybuchnął Petković. Żandarmi niespokojnie się poruszyli, ale Barović zupełnie nie zwracał na nich uwagi. Był zbyt oszołomiony zachowaniem przyjaciela, jego niespodziewaną agresją. — Służysz tym samym chujom, którzy mordują dzieci w Vukovarze, gwałcą kobiety i z rechotem szczają na trupy! Nasze, NASZE jugosłowiańskie dzieci i kobiety!
— Co...? — Kontradmirał zmrużył powieki. Poczuł w żołądku coś na kształt kuli lodu. — Nasze...?
— Jesteś taki sam ja oni. Inni przynajmniej mieli tyle honoru, żeby się zabić. — Prychnął. — Czetnicy byliby z ciebie dumni, Ustasze zresztą też. I wiesz co? Wstyd mi, że cię znałem.
Barović zupełnie zdębiał. Petković zrównał go z ultranacjonalistami i faszystami, z największymi zbrodniarzami w historii Bałkan. To było już za wiele. Początkowy szok błyskawicznie przerodził się w złość, a ona z kolei w furię. Policzki kontradmirała zapłonęły. Nawet nie zauważył kiedy wstał.
— Wynoś się stąd! — wrzasnął. — WYNOCHA!
Ivo poderwał się z siedzenia, zamaszyście splunął na biurko oficera i wyszedł. Marynarze niedelikatnie złapali go za ramię i wyprowadzili z budynku. Vladimir Barović nadal stał, oparty rękami na blacie, z purpurową twarzą, na której jak potworna burza kłębiły się sprzeczne, silne emocje. Zacisnął rozdygotane palce na notkach i z wściekłością podarł je na strzępy.
— Towarzyszu admirale...
— Wynocha! Won! — ryknął. Wstrząśnięta Severina oniemiała, ale po chwili z hukiem zamknęła za sobą drzwi. Dopiero wtedy Barović uświadomił sobie, że bezsensownie wyładował złość na osobie, która niczemu nie była winna, która tylko wykonywała swoja pracę. Z ogromnym wysiłkiem opanował się i z powrotem usiadł. Myśli wirowały mu w głowie tak szybko, że nie wiedział, co robić. Co się stało w Vukovarze? Do jakich potworności musiało dojść, żeby jego najlepszy przyjaciel potraktował go jak kupę gnoju? Petković oszalał — czy może mówił prawdę? Czy to wojna sprawiła? A może powinien się zastanawiać nie „czy”, tylko „jaka to wojna”? Tak, to byłoby właściwsze pytanie.
Wysunął najniższą szufladę po swojej prawej stronie i wyciągnął z niej butelkę tej samej marki wina, które trzymał na „Splicie”. Upił kilka łyków, głęboko wciągnął nosem powietrze. Ręce przestały mu drżeć, a serce znowu zaczęło bić właściwym rytmem. Uspokoił się, schował trunek. Zostawił okno otwarte i opuścił gabinet.
Severina Jurinac nawet na niego nie spojrzała, jej wzrok był skupiony na dziesiątkach różnych dokumentów, które zaścielały biurko.
— Przepraszam, Sevo, ja... — Słowa ugrzęzły mu w gardle. — Przepraszam.
— Do widzenia, towarzyszu admirale — odparła obcesowo kobieta.
Vladimir Barović otworzył usta, ale po chwili rozmyślił się i zamknął je. Teraz było bardzo łatwo o afront. Obrazić kogoś i obrazić się na kogoś, nie było z tym żadnego problemu. „To Serb, na pewno zachowuje się tak a nie inaczej, bo jestem Chorwatem” to wygodne wytłumaczenie — nie można się przecież spierać z czymś tak oczywistym. Wszyscy przegapili moment, w którym takie myślenie stało się oczywistością. Czy nie dlatego ta wojna tak szybko się rozprzestrzenia po całej Jugosławii?
Niebywale łatwo jest kogoś znienawidzić, zerwać więzi silnej przyjaźni. Sam się o tym przekonał kilka minut temu. Nietrudno było uwierzyć, że rozpad relacji między kilkoma narodami mógł doprowadzić do katastrofy. Czy to chciał mu powiedzieć Petković?
Kontradmirał JMW odwrócił się na pięcie i skierował w swoją stronę. Musiał dowiedzieć się więcej. Musiał poznać prawdę — i zmierzyć się z nią.

**********

28 września 1991 roku, godzina 22.03

...Jugoslavijo, Jugoslavijo, Jugoslavijo volim te
Divna zemljo Jugoslavijo, zemljo moja slobodna.
Jadran ko zaljubljeni dječak gleda u te
Dok s tvojih usana se čuje pjesma juga
Najljepše cvijece uvijek krasi tvoje pute
U tvojoj kosi vijenac-osam divnih boja, ko duga...

Słowa starej piosenki Terezy Kesovija płynęły z głośniczka dużego, nieporęcznego magnetofonu ustawionego na szafce nieopodal okna gabinetu i napawały coraz większą goryczą Vladimira Barovicia, który siedział nieruchomo w swoim fotelu. Prawdziwa ironia polegała na tym, że ta piosenka, o znamiennym tytule „Jugosławio, kocham cię”, śpiewana przez chorwacką wokalistkę, jeszcze dekadę temu była gorąco i z ogłuszającym aplauzem przyjmowania zarówno w Ljubljanie, jak i w Zagrzebiu oraz Belgradzie — a potem każdej kolejnej stolicy federacyjnej republiki.
Cztery pomięte kartki wysunęły się z palców jego prawej dłoni i rozleciały na wszystkie strony. W jego lewej dłoni nadal tkwiła szklaneczka, którą wypełniał płyn rzucający w świetle lampki szkarłatny poblask na gęsto zapisane stronice tekstu.
...I svaki onaj pastir s proplanka i brijega,
što ima samo tvoje nebo i svoj ponos
tvrdji od kamena, što svugdje oko njega,
on ima srce, što je spremno umrijet' za te majko.
Kad vidim Dubrovnik i dotaknem mu zide...

Dubrovnik...
Kolejny cel na liście „jugosłowiańskiej” armii. Kolejny Split, Zadar, Šibenik i Vukovar. Słyszał już wszystkie plotki: serbskie, chorwackie, nawet bośniackie. Morderstwa, gwałty, tortury, samobójstwa. Usłyszał więcej niż chciał. Ivo Petković miał rację. We wszystkim.
Musnął wargami brzeg szkła i odchylił głowę do tyłu. Po chwili postawił pustą szklankę na rozkazie ponownego zawiązania blokady dalmatyńskich portów. Tuż pod nim widniała dyrektywa, aby fregatę „Split” i jej grupę morską włączyć w skład oddziałów, które miały uderzyć na Dubrovnik.
Dla Barovicia istniało tylko jedno wyjście z tej sytuacji. W życiu nie pozostało mu już nic, co mógłby cenić. Bliscy odeszli, Jugosławia płonęła. Świat, jaki znał, ginął wraz z nią. Czy mógł jeszcze jakoś zaprotestować? Mógł, i to tak, aby to zapadło w pamięć, zmusiło kogoś do refleksji.

**********

29 września 1991 roku, godzina 6.37

Kontradmirał Vladimir Barović zaskoczył Severinę nieskazitelnie białym mundurem galowym, który włożył na siebie. Było klarownie widać, że dokładnie się ogolił, ułożył włosy i wypastował buty. Każdy element jego ubioru lśnił w promieniach wschodzącego słońca wlewającego się do budynku przez okno.
Nie przywitał się ze swoją sekretarką, po prostu z marszu wkroczył do gabinetu i zamknął drzwi. Wysprzątał biurko ze zbędnych przedmiotów i dokumentów, poprawił miniaturkę jugosłowiańskiej flagi, która tkwiła obok telefonu. Dopiero wówczas usadowił się na fotelu.
Położył przed sobą czystą kartkę papieru. Zastanowił się moment. Wziął czarny długopis i przez parę minut notował coś starannym, lekko pochyłym pismem. Po chwili odłożył pisak, przeczytał w myślach napisany przez siebie tekst, kiwnął lekko głową w aprobacie.
Otworzył szufladę po swojej lewej stronie. Na jej dnie widniało czarne pudełko. Otworzył je, wyjął zawartość i zważył ją w dłoni.
— Sami sobie zgotowaliśmy ten los, co staruszku?
Prychnął, odbezpieczył niewielki, srebrzysty pistolet. Wiszący na ścianie portret marszałka Josipa Broz Tito milczał. Uwięziony między ramkami leciwy mężczyzna w oliwkowoszarym mundurze nawet nie mrugnął powieką, kiedy rozległ się huk wystrzału.



Kontradmirał Jugosłowiańskiej Marynarki Wojennej Vladimir Barović przeszedł do historii tylko dlatego, że popełnił to samobójstwo. W chorwackich mediach z tamtego okresu czasem można zobaczyć wzmiankę o jego śmierci. Z listu pożegnalnego, w którym wyjaśnił czemu popełnił samobójstwo, zostało zapamiętane oświadczenie, że „agresja jugosłowiańskich sił zbrojnych na Chorwację nie godzi się z jego honorem jako Czarnogórca”.
15 listopada 1991 roku fregata „Split” ostrzelała kilka dzielnic mieszkaniowych w Splicie. Jest to jedyny znany przypadek, w którym okręt wojenny zaatakował miasto, na cześć którego został nazwany. Później ta sama fregata została przemianowana na „Belgrad”.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 14:30 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 4283
Lokalizacja: Łódź
„portret marszałka Josipa Broz Tito”
„jugosłowiańskie dzieci”
„Jak mogło do tego dojść?”
„agresja jugosłowiańskich sił zbrojnych na Chorwację nie godzi się z jego honorem jako Czarnogórca”
„Jak narody żyjące obok siebie przez ponad czterdzieści lat mogły tak zdziczeć?”


Dlaczego Jugosławia się rozpadła?

PS. Owe ponad czterdzieści lat, to tylko Jugosławia po II Wojnie Światowej - taka uwaga na marginesie, "dla tych co nie hablar".

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 16:40 
Offline
Warchoł
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 13 lip 2004, 19:17
Posty: 2704
Lokalizacja: Włocławek/Toruń
To i ja wkleję fragment prozy pozastarwarsowej mojego autorstwa. Część dłuższego projektu, ale póki co spoczywającego w czeluściach dysku. Specyficzne.





===========



Kupiłeś sobie roślinkę, stwierdziła wchodząc do mojego pokoju. Roślina stojąca na znajdującym się naprzeciw drzwi parapecie nie była trudna do spostrzeżenia, więc spodziewałem się takiej reakcji. Mówiłeś, że nigdy nie kupisz żadnego kwiatu.
Odparłem, że owszem, mówiłem coś takiego. Rośliny to życie, a w moim mieszkaniu nie ma miejsca na inne jego formy. Poza tym, stwierdziłem po chwili, jedyne, co udaje mi się podlewać regularnie to pisuar, więc miałaby problem z przetrwaniem.
Roześmiała się na ten żart. To zazwyczaj robię. Zabawiam ludzi.
-A to co? – spytała, spostrzegając wiszącą na tablicy korkowej kartkę. Wyrwałem ją z notatnika trzy dni temu i wymalowałem sto mało dokładnych kwadratów. Trzy z nich były już w środku przekreślone dużym, grubym iksem. Nie było żadnych adnotacji, przypisów, po których dałoby się określić, do czego służy.
Tabela do mojego programu treningowego, skłamałem bez zająknięcia. Taki prosty efekt psychologiczny. Po upływie czasu patrzysz i puchniesz z dumy ile już przeszedłeś.
Skinęła głową z powagą. Mężczyźni, którzy pracują nad sobą zawsze budzą uznanie.
Właściwie ta tabela również mnie mobilizowała. Nie wszystko było kłamstwem.
Podeszła do parapetu, odchyliła firankę i chwyciła delikatnie podłużny , upstrzony pomarańczowymi i czarnymi kropkami liść. Wpatrywała się w niego chwilę, nic nie mówiąc.
To datura, wyjaśniłem. Nie wdawałem się w szczegóły odnośnie korzyści płynących z posiadania takiej rośliny. Dojrzałe liście datury mogą służyć za narkotyk. Wystarczy go żuć. Gorzej, gdy się go przełknie. Substancje w nim zawarte powodują opuchliznę, więc jeśli dostaną się do gardła wywołają powolną śmierć przez uduszenie.
Tani, ekonomiczny sposób na morderstwo. Nieuk, który kierowany ciekawością połknąłby taki liść byłby murowanym zwycięzcą nagrody Darwina.
Jej mina pozwala stwierdzić, że nie tylko ja posiadam szczegółową wiedzą o tym niepozornym z wyglądu zabójczym zielsku.
Posprzątałbyś mieszkanie, beszta mnie skończywszy kontemplowanie doniczki. Za każdym razem muszę jej tłumaczyć, że nie działa na mnie blokowy „efekt odkurzacza”. Jeśli w sobotnie popołudnie lokator innego mieszkania włączy odkurzacz, to nie mija pół godziny i uruchamia się następny, gdzieś indziej. W ten sposób mania czystości ogarnia wszystkich, poza mną.
Raz w życiu mógłbyś przestać płynąc pod prąd, kwituje ze skwaszoną miną moją wypowiedź. Zaczynam dochodzić do wniosku, że kobiety mają osobną, nieodkrytą partię mózgu odpowiedzialną za pouczanie nieodpowiedzialnych mężczyzn.
Zabrałem się za robienie kawy, tymczasem ona rozsiadła się na wersalce i usiłuje włączyć telewizor. Uruchomiony nie odbiera żadnego kanału. Jak każda bezradna w obliczu problemu dama wzywa faceta do jego rozwiązania. Wyjaśniam, że nie posiadam anteny naziemnej, ani kablówki, ani innego supernowoczesnego, nieprzydatnego gówna, które pożerałoby mój czas. Nie oglądam tasiemcowych seriali, popularnych reality show, programów rozrywkowych dla debili, telezakupów dla bezrobotnych matek, czy czegokolwiek innego. Nie odczuwam takiej potrzeby.
Mówiąc to, majstruję z tyłu odbiornika nożyczkami. Wciskam je w wyjście kabla antenowego. W chwili, gdy kopnął mnie prąd mało nie podskoczyła, ale trwało to krótko, a napięcie nie było silne. Wyperswadowałem jej próby powstrzymania mnie przed dalszym grzebaniem przy telewizorze. Po kilku minutach i odpowiednio głębokim włożeniu nożyczek, które następnie przyblokowałem w odpowiedniej pozycji podkładając pod nie książki, mogliśmy już oglądać w niezgorszej jakości jakąś stację.
Zawsze tak robię przed serwisem informacyjnym, uspokoiłem ją. Mam wprawę. I nie, nie kupię sobie anteny. Mam już tak zepsute wejście, że i tak nie mógłbym jej podłączyć.
Woda gwizdała już od dobrej minuty, poszedłem więc do kuchni i zalałem kawę. Pobudzający zapach rozszedł się po moim małym mieszkaniu. Jako, że nie miałem stołu postawiłem oba kubki na biurku.
Mieszkanie właściwie należało do mojej babci, ale ta wspaniałomyślnie wprowadziła się do mojej matki, na zwolnione przeze mnie miejsce. To było trzy lata temu, kiedy zaczynałem studia. Dzięki temu oszczędzam minimum cztery stówy miesięcznie, które musiałbym płacić komuś za wynajem obskurnego kąta na jakimś zadupiu.
Przecieram dłonią kineskop, pozbywając go części kurzu. To celem poprawienia jakości obrazu, żartuję, ale tym razem moje słowa i ten gest wywołują tylko grymas niesmaku na jej twarzy. Po dwóch latach znajomości powinna się już przyzwyczaić.
Telewizja nie nadaje nic ciekawego, uruchamiam więc komputer. Wiatraczek od wentylatora hałasuje tak, że zagłusza bohatera właśnie nadawanego serialu. Z mocno przerysowaną gestykulacją próbuje wyperswadować wejście do pociągu jakiejś lasce. Gdybym od czasu do czasu czyścił obudowę i wnętrze komputera zapewne mógłbym usłyszeć pełen patosu dialog, jaki ,sądząc po minach i ruchach warg, właśnie przeprowadzają.
Szukając jakiegoś punktu zaczepienia do rozmowy zaczyna tłumaczyć mi kim są bohaterowie i co doprowadziło do ich obecnej sytuacji. Właśnie z powodu takich dysput nienawidzę wizyt u swojej babci, która ma paskudny zwyczaj streszczania ostatnich stu odcinków wszystkich oglądanych przez siebie telenowel. A ogląda ich cholernie dużo.
Staram się jej nie słuchać, od czasu do czasu kiwając tylko głową, albo wyrzucając z siebie zdawkowe „niemożliwe”, „niesamowite”, czy inne nacechowane emocjonalnie wyrazy. Babci to wystarczy, jej też powinno.
Włączam jakąś muzykę, którą znajduję na dysku. Zwiększam głośność na tyle, by przewyższyła poziom decybeli generowanych przez wentylator. Całkowicie ignoruję fakt, że ona prawdopodobnie chciałaby obejrzeć ten odcinek serialu do końca w umożliwiających to warunkach. Nachylam się, żeby sięgnąć do szuflady biurka, skąd wyciągam paczkę papierosów. Częstuję najpierw ją, potem biorę jednego dla siebie.
Gdzie masz popielniczkę, pyta patrząc na mnie. Unoszę jedną brew i uśmiecham się głupio, podczas strząsania papierosa do już opróżnionego kubka z kawą. Jej pełen obrzydzenia grymas jest dla mnie najwyższą nagrodą i wywołuje na mej twarzy perfidny uśmiech łajdaka.
Jesteś obrzydliwy, stwierdza, jak gdyby było to dla mnie coś nowego. Wiem, rzucam zdawkowo i wracam do grzebania w plikach.
Jestem sentymentalny, więc sporo miejsca na dysku zajmują zdjęcia. Większość pochodzi z trzech ostatnich lat. Przeglądam katalogi, a z każdym obejrzanym zdjęciem wracają wspomnienia. Mam dobrą pamięć i potrafię streścić każde utrwalone zdarzenie, niekiedy przywołując nawet rozmowy, jakie się wówczas odbywały. Otwieram jedno z naszych wspólnych zdjęć, z czasów, gdy jeszcze byliśmy razem, po czym włączam je na pełny ekran.
Siedzimy we dwójkę na kocu, pośrodku pustej plaży. Ja gram na gitarze, całkowicie skupiony na uderzaniu poszczególnych strun, wpatrzony w ukochany instrument. Ona zaś, przesadnym gestem chwyta się dłońmi za serce i udaje zachwyt. Na mojej opuszczonej niemalże do samego gryfu twarzy widać lekki uśmiech.
Spostrzega zdjęcie, przenosząc wzrok z jednego ekranu na drugi. Przez sekundę się uśmiecha, po czym ściąga brwi i każe mi wyłączyć. Nie komentuje nawet słowem. Ja też powstrzymuję słowa, które chciałyby wyskoczyć mi z gardła. Przez ostatni rok wielokrotnie proponowałem jej byśmy wrócili do siebie, ale nie chciała. Teraz uruchomienie takiego zdjęcia to już nic innego jak przekomarzanie się.
Przynajmniej chcę, by tak sądziła.
Zrobić ci coś do jedzenia, pytam, ale dziękuje ruchem głowy. I tak nie masz nic świeżego w lodówce, komentuje. Nie kłopocz się. Doceniam żart, który tak naprawdę mija się z prawdą w niewielkim stopniu i wybucham śmiechem. Następnym razem przygotuję ci porządny obiad, obiecuję. Wie, że nie kłamię, bo umiem gotować i wielokrotnie odchodziła od stołu zadowolona.
To właśnie po jednym z takich sytych obiadków zrobiliśmy to po raz pierwszy. Przez żołądek do cipki.
Wtedy jeszcze mieszkałem ze współlokatorem, który stanowił dla mnie dodatkowe źródło utrzymania. Jednak dwóch mężczyzn na dwudziestu siedmiu metrach kwadratowych, na które składa się pokój, kuchnia, łazienka i mikroskopijny przedpokój nie wyżyje w zgodzie zbyt długo. Każdy ma potrzebę prywatności, własne nawyki i przyzwyczajenia. Niekiedy trudno się dogadać. Po wymówieniu mu stancji nie szukałem następnego lokatora. Miałem już stypendium, więc miałem też w dupie ściąganie minimalnej stawki od jakiegoś kłopotliwego frajera, któremu nie odpowiada mój styl życia.
To mieszkanie potrzebuje kobiecej ręki, stwierdza po chwili milczenia. Odwracam się na obrotowym krześle i mówię, że może położyć dłonie na czymkolwiek zechce. Bierze to za kolejny żart dotyczący naszego zejścia, ale ja przysuwam się do niej i chwytam za rękę. Nie czekając na reakcję próbuję ją pocałować, ale trafiam tylko w powietrze. Odsunęła się w bok.
Przestań, to nie ma sensu, mówi wyraźnie zakłopotana. Podobne sytuacje to między nami prawie codzienność. Do tego też powinna się już przyzwyczaić.
Dzięki za kawę, stwierdza idąc do kuchni. Myje po sobie kubek i zbiera się do wyjścia. Powróciłem do swojego zajęcia, toteż nie patrzę w jej kierunku. Stojąc już w drzwiach rzuca ostatnią uwagę. Chce bym pojawił się jutro na zajęciach. Odpowiadam, że jest to całkiem możliwe. Nigdy nie wiem, czy budząc się rano nie stwierdzę, że nie mam ochoty.
Wzdycha ciężko i wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

_________________
"I say never be complete, I say stop being perfect, I say let... let's evolve, let the chips fall where they may. "
"How much can you really know about yourself if you never been in a fight?"
Fight Club
http://www.arturjablonski.wordpress.com
http://www.dziwnetabletki.com


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 20:44 
Offline
Dupersi
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 18:04
Posty: 213
Lokalizacja: Ełk
No to ja pokaże to : http://plfoto.com/62638/autor.html Co prawda nic wielkiego ale poza SW :). Chętnych zapraszam również na artserwis, tam też jest trochę z innej beczki. Niewiele umiem ale czasem lubię w wolnej chwili pobawić się. :)

_________________
http://www.swretro.elk.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 21:22 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 4283
Lokalizacja: Łódź
Guziek!
Kredki ci odebrali? Fotki strzelasz? Idziesz na "łatwiznę" jak nasz naj i och Imperator Franki?

Hmmm... Kurcze. Jak sięgnę do "backupa" mojej pamięci sprzed wielu, wielu obiegów (wtedy były inne backupy niż dziś i srebrnych płyt nie było, o zielonych i niebieskich nie wspomnę), to widzę się w ciemni, z aparatem, a nawet z kamerą 8mm... Kurcze...

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 21:45 
Offline
Dupersi
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 18:04
Posty: 213
Lokalizacja: Ełk
Oj nie odebrali :) kredek ..... jedynie czasem mam chęć coś ustrzelić innym okiem.

_________________
http://www.swretro.elk.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr 06 lut 2008, 22:40 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 4283
Lokalizacja: Łódź
Jacenie!

(zawsze od Jacka, a nie od jakiegoś Dżejsona)

Jak to z fragmentami "większej całości" bywa, nic ci nie napiszę. Bo co? Że umiesz opowiadać? Że masz ciekawy punkt widzenia na... to co opowiadasz? Że... i tak nic z tego nie wynika, bo to fragment? Pisz dalej, ot co.

_________________
I'm droid, I'm proud.
We are machines, we are more powerfull than Yuuzhan Vong... and Jedi.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: So 29 mar 2008, 20:59 
Offline
Dupersi
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 01 sie 2003, 18:04
Posty: 213
Lokalizacja: Ełk
Załącznik:
aniol.jpg
A może to ?:)

_________________
http://www.swretro.elk.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: N 30 mar 2008, 11:48 
Offline
Warchoł
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 13 lip 2004, 19:17
Posty: 2704
Lokalizacja: Włocławek/Toruń
Dla mnioe trochę przekombinowane. I te ptaszki jakoś mi nie pasują.

_________________
"I say never be complete, I say stop being perfect, I say let... let's evolve, let the chips fall where they may. "
"How much can you really know about yourself if you never been in a fight?"
Fight Club
http://www.arturjablonski.wordpress.com
http://www.dziwnetabletki.com


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: Pn 14 kwi 2008, 08:14 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 630
Lokalizacja: Jugoslavija
Przed wami moje pierwsze nie-StarWarsowe opowiadanie ever. Napisałem je bodaj we wrześniu 2007 roku, a że to mój debiut na polu fantasy proszę o pewną dozę (ale tylko maciupeńką, heh) wyrozumiałości za ewentualne błędy techniczno-logiczne tudzież brak fachowego słownictwa. Opowiadanie zostało napisane w stylu podobnym do jednego z przekładów "Władcy Pierścieni", stąd też tak ono wygląda, a nie inaczej.
To tyle wstępu.


Fortunne spotkanie
z cyklu Opowieści z Eorthe

**********

Z czarnego bezgwiezdnego nieba zaczął się leniwie sypać drobniutki śnieg, powlekając gładkie, ubite kamienie gościńca kolejną warstwą bieli. Zza ściany lasu iskrzącego się bladym światłem księżyca spozierającego raz za razem spośród chmur, wysunął się brązowy koń. Dosiadał go rosły mężczyzna pochylony w siodle i ciasno opatulony płaszczem, spod którego wystawały nogi w podniszczonych, wysokich butach i okryte dłonie pewnie zaciskające cugle. Zmianę pogody przywitał jedynie krótkim, krzywym uśmiechem.
Wędrowiec ów przemierzał krainę Neritv, na wskroś mroźną i mroczną o każdej porze roku. Tu zmrok ciągnął się niekiedy tygodniami, a jasnych dni było tyle, co zieloniutkich źdźbeł trawy na pustyni. Nad całą okolicą panowały potężne lasy, rozpościerając się na każdej równinie, każdym pagórku i każdym górskim stoku, nawet tym bardzo stromym. Posępne drzewa najeżone milionami ostrych igieł wdzierały się wszędzie, jak gdyby kierowała nimi siła bardziej mocarna niż natura.
Srogi wiatr zadął wzdłuż traktu i podróżnik spostrzegł czarny kształt sunący skrajem drogi, z wielkim trudem zmagający się z lodowatymi podmuchami. Mężczyzna w siodle przyganił wierzchowca do truchtu i wnet w jego oczach ów tajemniczy kształt przerodził się w ludzką sylwetkę. W chwili, gdy koń zrównał się z nieznajomą istotą, ta nieoczekiwanie runęła na śnieg.
Wędrowiec, samemu nie widząc czemu to czyni, zeskoczył z wierzchowca, prędko dopadł do leżącej postaci, schwycił ją za ramiona okryte jasnoszarą opończą i pomógł wstać. Ta, mówiąc coś niezrozumiałego pod nosem, odwróciła się do mężczyzny.
Podróżnik z osłupieniem wejrzał w głąb dwóch bezdennych studni, jakimi zdały mu się fioletowe oczy, które błyszczały jak ametysty w pięknej twarzy kobiety, bez wątpienia elfki. Olśniony urodą i blaskiem długich, srebrzystych włosów spływających spod jej kaptura, spytał z szacunkiem:
— Kim jesteś, pani?
— Aruthiel Iniviel — odparła z ociąganiem, głosem niepewnym, a zarazem czystym jak górski potok. — A ktoś ty?
— Ulair... — Zawahał się; nie dlatego, iż nie chciał wyjawić swej tożsamości, lecz dlatego, że odniósł zdumiewające wrażenie, że nieśmiertelna elfka jest jedynie nieznacznie starsza od niego samego. — Po prostu Ulair, moja pani.
— Czy dobrze władasz mieczem? — zapytała niespodziewanie, uważnym spojrzeniem obiegając jego szerokie ramiona i przypasany miecz w postrzępionej, skórzanej pochwie. Mężczyzna poczuł się odrobinę zakłopotany zarówno jej zainteresowaniem nim, jak i raptownym pytaniem.
— Tak, ale czemu pytasz?
— To spotkanie może się okazać bardzo fortunne dla nas obojga — rzekła elfka. Na jej rubinowych ustach pojawił się blady uśmiech. — Nieszczęśliwie, potrzebuję pomocnej dłoni kogoś takiego jak ty. Niedaleko stąd, już pewien czas temu, na mnie i moją eskortę napadła banda zbójców... Proszę, nie przerywaj mi dopóki nie skończę — zastrzegła, widząc otwierające się usta Ulaira. — Zaatakowano mnie znienacka, bardzo prędko, lecz los nade mną czuwał, bowiem uchyliłam się i dość wprawnie spadłam z konia. Udałam, że jestem bez życia, kiedy zaczęli szukać kosztowności, i tym sposobem zachowałam zdrowie. Niestety, zabrano mi rzecz ogromne drogą, prezent od brata, do którego zmierzałam dziś w odwiedziny: srebrny naszyjnik z Okiem Sokoła, wspaniałym szafirem. — W jej głosie rozbrzmiał smutek, a w oczach odmalował się żal. — Życia mym obrońcom nie wrócę, lecz przynajmniej ten klejnot mogę odzyskać. Pomożesz mi, człowieku? Zapewniam cię, że ci bandyci, a jest ich trzech, kierują się tym traktem i nie są daleko.
Aruthiel wpatrzyła się w Ulaira z takim żarem w oczach, iż ogarnęło go autentyczne pragnienie bezinteresownego ruszenia w pościg za złoczyńcami. Ale że altruizm był dla niego emocją tak samo obcą jak morze dla trolla jaskiniowego, wezbrał w nim opór. Urok niezwykle pięknej kobiety wywodzącej się z rodu istot najbardziej szlachetnych i prawdomównych, zaćmił mu rozsądek; na całe szczęście uzmysłowił to sobie zawczasu.
— To wymagałoby nie lada zdolności i wysiłku, a mówiłaś pani przecież o fortunnym spotkaniu dla nas obojga. Jak do tej pory fortunę widzę tylko dla ciebie, moja pani — stwierdził nie bez uszczypliwości.
— Jeżeli nam się uda, a potem bezpiecznie dotrzemy do mojego brata, obiecuję, że nie minie cię stosowna nagroda — odparła z powagą i osobliwą siłą, niemalże wyniosłością, która wydała mu się w tej sytuacji zdecydowanie nie na miejscu.
Zaintrygowany, a jednocześnie zachęcony nagrodą, Ulair przyjrzał się bacznie elfce, atoli po chwili namysłu skłonił lekko głowę.
— Słowo Elfa Jasnego jest przysięgą. Pomogę ci, choć na twoim miejscu ostrożniej miarkowałbym nasze szanse i możliwości, moja pani.
Aruthiel roześmiała się.
— Nie doceniasz mnie, człowieku.
— Bynajmniej. — Obdarzył ją smętnym uśmiechem i wdrapał się z powrotem na siodło. Wyciągnął do kobiety ramię. — Jeżeli, jak powiadasz, ta banda z łatwością pokonała twoich pobratymców, jak podołamy im my, i to tylko we dwójkę?
Elfka zignorowała dłoń mężczyzny i zadziwiająco zręcznie wskoczyła na wierzchowca, który rychło ruszył w drogę.
— Spodziewałam się większego entuzjazmu u kogoś tak młodego — przyznała cierpko, zaglądając mu przez ramię. Po chwili zmarszczyła swoje srebrzyste brwi. — Czemu wstrzymujesz konia? Musimy ich czym prędzej dogonić!
— Moja pani, to biedne zwierzę podróżuje już od wielu godzin, a śnieg i podwójny ciężar na grzbiecie wcale nie ułatwiają mu dalszej wędrówki.
— Lecz oni nam uciekną!
— Wątpię. Oni także nie mogą się poruszać nadmiernie szybko.
— To żadna wymówka — stwierdziła zgryźliwie i zamilkła.
Ulair przewrócił oczami. Chociaż zachwycała go uroda Aruthiel, którą można było porównywać jedynie z migotaniem kufra pełnego brylantów, miał nieodparte przeświadczenie, że przysporzy mu ona całego mnóstwa przykrości. Egzystencja Ulaira bladła przy szlachectwie każdego elfa i czuł, iż niedługo w jakiś sposób to odczuje. Jak powiadają: „Wyniosłość i pycha rosną wraz z długowiecznością”; towarzystwo nieśmiertelnych musiało być zatem naprawdę nieznośne.
Przez pewien czas jedynymi dźwiękami towarzyszącymi dwójce wędrowców były: głuchy stukot podków o zagłębioną w śniegu kamienną drogę i świst północnego wiatru prześlizgującego się pomiędzy igiełkami drzew po obu stronach bezkresnej kniei.
— Gościniec zmierza do Erbee. Czy tam właśnie się kierowałeś? — spytała Aruthiel, głosem rozcinając wpół mroczne szepty nocy.
— Nie, chociaż pragnę się tam zatrzymać. Kierowałem się zaś do Karatu. Jest tam wielu kupców, którzy drżą o swe dobra, liczę przeto na dobry zarobek.
— Jesteś najemnym rycerzem? — spytała z nieukrywaną zgrozą. Ulair zmrużył powieki i obejrzał się za siebie, na przejętą dziwnym grymasem twarz elfki.
— Tak, moja pani — przyznał po dłuższej chwili, dziwiąc się w duchu, iż przez moment, wiedziony osobliwym doznaniem, pragnął rzec coś zgoła odmiennego. By przegnać to nieprzyjemne uczucie, ciągnął dalej, lecz o czymś innym: — Nie rozpowiada się tutaj nic o elfach, ani o ich domenach. Gdzie...?
— Najemnicy nie znają honoru, ani lojalności — wpadła mu w słowo Aruthiel. — To niegodna profesja, by nie rzec: plugawa.
— Nie profesja świadczy o człowieku, a jego czyny.
— Czyny? — prychnęła. — Zabijanie tych, którzy mają większe sakiewki, zrodzone z odwagi mierzonej blaskiem złota. Wielkie czyny, doprawdy!
— A cóż Elf Jasny może wiedzieć o wielkich czynach? Hę? — zakpił, zakrywając fałszywym rozbawieniem narastającą złość i zdziwienie, iż elfka tak nieoczekiwanie, i właściwie bez powodu, go zaatakowała. — Jedyne co umiecie, to śpiewać, ględzić o sztuce i siedzieć w swoich czterech kątach!
— A wy moczyć usta w kuflu — rzekła jadowicie, ale przy tym niezwykle spokojnie, jakby uprzytamniając sobie bezsens tej rozmowy, co po chwili sama przyznała: — Ta dyskusja do niczego nie prowadzi, a może nas tylko zdradzić. Jeśli tak nie cierpisz elfów, w takim razie zachowaj swój gniew dla moich mrocznych braci, Elfów Ciemnych.
— Przeinaczasz wszystko. Nigdy nie mówiłem, że nie cierpię elfów — mruknął pod nosem Ulair i skupił się na prowadzeniu zmęczonego wierzchowca po wymagającej drodze. Gościniec zagłębił się jeszcze bardziej w las, wijąc się tuż pod zgiętymi od śniegu konarami drzew. Wiatr, który na jakiś czas znacznie zelżał, nagle uderzył od zachodu, rzucając w twarz wędrowca chmurę śnieżynek. Dreszcze przebiegły po jego plecach niczym wygłodniała wataha wilków pędząca za swą ofiarą.
— Czy masz może — zagaiła nieśmiało Aruthiel, kiedy kolejny podmuch zatrzepotał ich ubraniami — jakieś... niepotrzebne odzienie?
Mężczyzna zerknął na nią z ukosa. Kobieta cała drżała, skulona w sobie, zaciskając zęby.
— Nie, ale czemu mi nie powiedziałaś, że jest ci aż tak zimno, moja pani? Cała się trzęsiesz!
Aruthiel Iniviel nie raczyła odpowiedzieć. Najemnik pokręcił głową, bardziej zdumiony, niż rozsierdzony nierozsądnym zachowaniem elfki, która coraz częściej zachowywała się jak dziecko we mgle, a nie jak jedna z najwspanialszych istot świata.
— Chwyć się mnie, moja pani. Będzie ci cieplej.
— Mam się do ciebie... przytulić? — spytała niemalże z odrazą.
— Czyżby to było poniżej godności Elfa Jasnego? — zadrwił.
— Nie udawaj takiego chytrego, człowieku — burknęła i przysunęła się w końcu do Ulaira. Oparła się na jego plecach i zaplotła dłonie na jego brzuchu. Mężczyzna poczuł się dość osobliwie, albowiem nieczęsto miał towarzyszy — w szczególności nobliwe, piękne elfki — którzy dzielili z nim trudy podróży w taki sposób.
Rozmyślając wiele nad tą sprawą, zbyt mało uwagi poświęcił drodze — i wtem przeciążona gałąź smagnęła go po czole, zrywając z głowy kaptur. Aruthiel krzyknęła, wpierw zaskoczona, potem skrajnie oburzona.
— Uważaj jak prowadzisz konia! Jak ty zamyślasz mi pomóc, tkwiąc głową w obłokach?
— W śniegu, jeżeli już, moja pani — mruknął, strzepując z włosów pozlepiane śnieżynki. — A z ciebie, pani, jest wystarczająca dystrakcja, żeby... chwila. — Jego głos nagle stał się poważny i cichy. — To oni!
Ulair syknął i zsunął się z wierzchowca, pociągnąwszy za sobą elfkę. Oboje padli płasko na miękką białą pokrywę gościńca. Rozzłoszczona Aruthiel warknęła:
— Co ty robisz, człowieku?!
Popatrzył na nią, zupełnie nie pojmując w czym rzecz.
— Spójrz! — szepnął do niej i wskazał palcem na dwie wysokie, czarne sylwetki majaczące w głębokim cieniu drzew, ledwo widoczne zza leśnego zakrętu duktu.
W tym momencie kobieta roześmiała się głośno i chociaż śmiech jej brzmiał jak cudowna melodia, Ulair zupełnie nie potrafił zrozumieć jego znaczenia. Wtem, wysilając oczy, które nie zaznały snu od wielu godzin, uzmysłowił sobie, iż został dokumentnie okpiony przez własne zmysły.
Dwa kształty nieopodal drogi były bowiem olbrzymimi kamieniami; pomyłka była tym większym głupstwem, że już nie raz przejeżdżał przez ten gościniec.
Czując żar wstydu palący uszy i słysząc rozbawiony śmiech elfki, użył kilku nieprzyjemnych krasnoludzkich zwrotów sporządzonych specjalnie na okazje takie jak ta, po czym zerwał się na nogi. Nie spojrzał w rozradowane oczy kobiety; odwagi w boju być może mu nie brakowało, lecz tym razem nie miał jej nader dużo.
— Iście sokoli wzrok, mój panie, a w tym zaczarowany. Twoje spojrzenie ich sięgnęło, a już przeistoczyli się w głazy! — naigrywała się, wskoczywszy na konia tuż po Ulairze. — Ci zaś musieli być czarnoksiężnikami niemałej mocy, bo ślady po kopytach ich koni znikły tak nagle, jak gdyby ich nigdy nie było.
— Dobrze, dobrze! — westchnął ciężko, naciągając kaptur z powrotem na czubek głowy i popuszczając wodze. — Pomyliłem się, przyznaję.
— Nie dosłyszałam, mógłbyś powtórzyć?
— Och, bądź już cicho — mruknął półgębkiem, w głębi serca złorzecząc na siebie. Aruthiel aliści uśmiechnęła się leciutko i wtuliła policzek w jego opończę. Ulair z radością powitał zarówno błogą ciszę, jak i ciepło objęcia elfki, które było niczym promienie słońca w chłodnej dolinie: kojące i jednocześnie przyjemne. Po jakimś czasie uznał jednak, że przyszła pora na zmianę.
— Musimy się zatrzymać — rzekł ciężkim głosem, już zawczasu spodziewając się sprzeciwu. Jak najbardziej słusznie.
— Nie! — krzyknęła elfka, zacisnąwszy palce na jego bokach. — Nie możemy! Oni...
— ...też muszą spać — dokończył zrezygnowanym tonem, oswabadzając się od z jej coraz bardziej bolesnego uścisku. — Mój koń pada z wyczerpania; z pewnością wyczułaś, że nie idzie tak pewnie, jak z początku. My sami, ty także, jesteśmy zmęczeni i jeśli nawet nasz utrudzony przyjaciel nie padnie pierwszy, my to zrobimy. — Ulair przez moment czuł się jak nauczyciel tłumaczący dziecku prawidła życia w świecie dorosłych. — Jeżeli uda się nam doścignąć tych bandytów, nie uniesiemy miecza, by zadać nim cios, a co dopiero mówić o odniesieniu zwycięstwa!
Aruthiel milczała — i to tak długo, iż zaniepokojony mężczyzna obejrzał się na nią.
— Masz rację — odparła wówczas z rezygnacją, pochwyciwszy jego spojrzenie. — W ostateczności i tak ich dogonimy.
Nieco zmieszany raptowną zmianą jej postawy, Ulair spytał podejrzliwie:
— Naprawdę tak uważasz, moja pani?
— Jestem pewna, że te pokraki nie zboczą z traktu — oznajmiła z mocą. — Tak pewna, jak słońca o poranku.
Ulair chrząknął, rozbawiony.
— W Neritv, pani, najbliższy brzask uświadczymy za dwa tygodnie — rzekł na wpół ironicznie, a na wpół złośliwie, atoli nie poczuł z tego satysfakcji. — Nie o to pytałem, aczkolwiek cieszę się, że się ze mną zgadzasz. Czterysta kroków za mostem jest ścieżka do pobliskiej polany. Tam się zatrzymamy.
Księżyc na dobre schował się za chmurami, a zamieć całkiem umilkła, ustępując miejsca chłodnemu wietrzykowi, który zdmuchiwał odrobinki śniegu, ciągnąc je leniwie po drodze. Biała wstęga zamarzniętej rzeczki przecięła drogę, a oni z kolei ją samą po solidnym kamiennym moście.
— To tu — oświadczył Ulair, kiedy kilkaset metrów dalej zanurzyli się w wąziutką ścieżkę, która klinem wbiła się w gęstwinę wysokich sosen, i weszli na rozległą polanę, pośrodku której widniał przyprószony śniegiem czarny ślad po dawnych ogniskach. Oboje zsiedli z wierzchowca. Ulair zaczął czegoś szukać w tobołkach przywiązanych do siodła.
— Pomysł przytulenia się do mnie nie przypadł ci do gustu, pani, toteż jestem pewien jak słońca o poranku, że tym będziesz wprost zachwycona.
Odwrócił się i pokazał elfce wszystko to, co służyło mu do ogrzania się w nocy: jeden koc — długi wprawdzie i szeroki, a przy tym uszyty z bardzo ciepłego materiału, lecz jeden jedyny w jego posiadaniu.
— Nie śmiesz chyba sugerować...! — Aruthiel zachłysnęła się z oburzenia. — Chyba postradałeś zmysły, sądząc że będę razem z tobą spać w tym czymś!
— Twój wybór, moja pani — powiedział mężczyzna z przekornym uśmiechem, przygotowując sobie posłanie. Kiedy już to uczynił, uwalniając od bagażów znużonego wierzchowca, usadowił się wygodnie w siodle ułożonym na zmarzniętej ziemi starannie wysprzątanej ze śniegu, i ostentacyjnie wyjął niewielki, czarny worek. Krążąca wkoło elfka przystanęła, zaciekawiona.
— Co to jest?
— Nasza kolacja — odparł beztrosko i wyciągnął z worka dwa grube, jasnobrunatne placki. Aruthiel wzdrygnęła się. — Coś nie jest w porządku, moja pani?
— W żadnym wypadku — burknęła i drżącą z zimna ręką sięgnęła po odżywczy, lecz niezbyt smaczny kawałek ciasta, który we wszystkich regionach świata zwano chlebem wędrowca. Zaczęła go bacznie oglądać z każdej strony, jak gdyby była to jakaś niebezpieczna broń.
— A teraz trzeba go włożyć w usta i zagryźć.
Aruthiel obdarzyła go wzrokiem nie mniej lodowatym niż hulający na polanie wiatr.
— Miło, iż pragniesz mi dostarczyć radości, człowieku, ale w tej chwili interesuje mnie jedynie odzyskanie naszyjnika.
Ulair roześmiał się i zabrał za „kolację”. Widząc jak prędko ją pochłania, elfka przemogła się i odgryzła kawałek placka, a następnie bez pośpiechu zjadła go całego.
— Teraz już koniec żartów — powiedział poważnie mężczyzna, kładąc się na posłaniu. — Zamarzniesz bez dodatkowego okrycia.
— Tak się przejmujesz losem słabiutkiej elfki? Cóż, wolę zamarznąć, niż leżeć obok ciebie.
Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie. Elfowie, choć nieczęsto krzyżował z nimi ścieżki, zaprawdę zdumiewali go swym zadufaniem. Rozumiał dumę, gdyż to uczucie nieobce ludziom, lecz traktowanie jej z tak nabożną czcią zakrawało na głupotę nietypową dla znanego z mądrości rodu Elfów Jasnych.
Tutaj było to widać jak na dłoni: kobieta trzęsła się z zimna, a mimo to pozostawała nieugięta.
— Kieruj się rozsądkiem, moja pani.
Z jej twarzy dawało się wyczytać, że obmyśla jakąś dosadną uwagę, atoli nie rzekła nic i z cierpiętniczą miną podeszła do Ulaira. Ułożyła się obok niego, otulając się ciasno swoim skrawkiem koca.
— Tylko nie licz na to, że opowiem ci bajkę na dobranoc — burknęła, przywierając do niego plecami.
Nigdy nie pojmę elfów, pomyślał z rozbawieniem mężczyzna i po chwili zapadł w błogi sen.

**********

Siedział na soczystozielonej trawie, w przyjemnym cieniu rozłożystego dębu i w zadumaniu kontemplował piękno niespiesznie płynących po niebie obłoczków. Subtelny szelest liści poruszanych ciepłym wiatrem i plusk wody opływającej kamienie w pobliskiej rzeczce, uprzyjemniały niczym niezmącony odpoczynek. Ni stąd ni zowąd jednak w jego uszach zaczęła narastać jakaś mroczniejsza nuta; zrazu cicha, prędko przerodziła się w wycie, a wtedy w nieznośny ryk, który, o dziwo, nabrał zupełnie sensownego znaczenia:
— Wstawajże już!
Ulair z wysiłkiem rozwarł klejące się powieki, lecz miast zostać porażonym ostrym światłem wschodzącego słońca, natrafił na ścianę nieprzeniknionej ciemności.
— Po co? — jęknął nieprzytomnie. — Jeszcze nie ma brzasku.
Nagle jakaś siła porwała go z posłania i w jego twarz wbiły się dwa ametystowe kolce.
— Zbudź się wreszcie, człowieku! — powiedziała szorstko Aruthiel Iniviel, potrząsając nim. — Jesteś w Neritv!
Elfka puściła go i runął z powrotem na ciepły koc kuszący spokojnym, rozkosznym snem. Po chwili wszelako Ulair uniósł się, przejechał palcami po gęstej czuprynie i sięgnął po zawieszony na szyi bukłak z wodą, lecz nie zastał go na swoim miejscu. Skierował pytający wzrok na elfkę. Kobieta odwzajemniła mu dziwnym spojrzeniem, rzuciła doń zaginiony przedmiot i nie mogąc powstrzymać wesołości, wybuchnęła śmiechem.
— Co znowu?
— Zabawnie wyglądasz — odparła kobieta, gdy się już uspokoiła, wskazując na jego sterczące we wszystkie strony włosy.
— Za to ty... — Ulair przez moment szukał jakiejkolwiek skazy w aparycji elfki; bez skutku — ...wyglądasz olśniewająco.
Nieoczekiwany przypływ szczerości zdziwił go nie mniej, niż Aruthiel, która zerkając nań podejrzliwie, powiedziała niepewnie:
— Powinniśmy się zbierać.
— Istotnie, moja pani — zgodził się, z zakłopotaniem drapiąc się po policzku. — Ale wpierw muszę załatwić pewne potrzeby, a potem zjeść śniadanie.
— Tracimy tylko czas; zjesz w drodze.
Nie czekając na odpowiedź, elfka schyliła się i z zadziwiającą siłą chwyciwszy Ulaira za nadgarstek, przywróciła go do pionu.
— Zrobiłaś się wielce żywiołowa, moja pani — stwierdził, nie bez trudu zachowując równowagę. — Parę godzin snu dla elfa czyni cuda.
— Obędzie się bez złośliwości, człowieku. — Przewierciła go karcącym wzrokiem.
— W porządku, moja pani, w porządku — poddał się i przywołał na usta uśmiech. — Zaraz ruszamy.
Kilka minut później powrócili na gościniec, raz po raz zadzierając głowy. Czarne niebo ponad nimi rozpogodziło się i iskrzyło tysiącami świetlistych punkcików, które układały się w znajome figury.
— Los jest dla nas łaskawy — rzekł Ulair, kiedy zjadł połówkę chleba wędrowca. — Wszystkie ślady na trakcie są doskonale widoczne.
Elfka nie odpowiedziała, wtulona w jego opończę jak gdyby ta była skarbem równie wielkim jak jej skradziony klejnot. Mężczyzna zerknął do tyłu, lecz Aruthiel nawet się nie poruszyła. Pokręcił głową. Zaprawdę nie rozumiał elfów; raz zarzucali go pytaniami niczym hufiec łuczników strzałami, a raz milczeli jak grób skryty w najgłębszym zakątku nekropolii.
Kobieta nabrała ochoty do rozmowy dopiero jakiś czas potem.
— Powiedziałeś, że jestem olśniewająca. Dostrzegam, że oczy śmieją ci się, gdy na mnie patrzysz, atoli okazujesz mi wiele szorstkości. Czemu tak jest?
— Moje oczy podziwiają urodę twego ciała, a nie ducha, moja pani — odrzekł z niepotrzebną, jak mu się po chwili wydało, ironią.
— Kryje się za tym coś więcej, jestem tego pewna...
— ...jak słońca o poranku? — dokończył za nią.
Oboje roześmiali się i Ulair poczuł, że słowa Aruthiel nie odbiegają daleko od prawdy. Wrażenie to nieprędko porwał z sobą wiatr i korzystając jeszcze z jego obecności, mężczyzna zapytał:
— A czemu ty okazujesz tyle nieuprzejmości?
— Jesteś człowiekiem — odparła tak, jak gdyby te słowa były wyjaśnieniem wszystkich tajemnic świata.
W tym momencie elfka ścisnęła palcami bok Ulaira i szepnęła mu do ucha:
— Ślad odchodzi od gościńca, lecz z niego nie wychodzi.
Mężczyzna przyznał jej rację i natychmiast ściągnął lejce.
— Co teraz uczynimy?
— Musimy wpierw dokonać obserwacji, a potem przemyśleć atak — powiedział Ulair, dumny z prędkiego ukucia zgrabnej strategii. — Konie zostawimy tutaj. Polana do której prowadzi ścieżka jest kilkaset kroków dalej.
— Często przemierzasz ten gościniec, prawda? Intrygujące.
— Co konkretnie, moja pani?
— Przypomniały mi się pewne dwa głazy...
— Bardzo zabawne, moja pani — odparł gorzko, zeskakując z wierzchowca. Gdy dołączyła do niego Aruthiel, odszukali stosowne miejsce, przywiązali zwierzę i zatopili się w leśnej gęstwinie. Śnieg uginający się pod ciężarem ich stóp nie skrzypiał, nie stanowił przeto ostrzeżenia dla bandytów, aliści elfka i człowiek stawiali kroki bardzo ostrożnie. Bór przerzedził się. Aruthiel delikatnie dotknęła ramienia Ulaira.
— Tam.
Mężczyzna prześledził linię wzroku towarzyszki i przez wąski prześwit między drzewami dostrzegł słabo tlący się płomyk, wokół którego na spróchniałych kłodach siedziały trzy przygarbione postacie odziane w rdzawo-brązowe płaszcze.
— Podejdźmy bliżej — zaproponował. Oboje przyczaili się na skraju lasu, skąd doskonale widzieli całą polanę wraz z grupką trzech koni uwiązanych kilkadziesiąt metrów na lewo od nich. Szczęśliwie dla dwójki obserwatorów, pochyleni nad ogniem mężczyźni byli doń odwróceni plecami i pogrążeni w cichej konwersacji — to ostatnie rychło zaprzątnęło uwagę Ulaira, bowiem w głębi siebie spodziewał się ujrzeć rozweselonych z udanego rabunku, tudzież krzyczących z radości, bezmózgich bandytów, nie zaś kryjących się pod kapturami milczków, którzy nawet nie chylili żadnego trunku, co on sam chętnie by w tej chwili uczynił, aby choć na chwilkę odegnać chłód.
— Osobliwi z nich zbóje — napomknął szeptem, czując jak jakaś trwoga chwyta go za serce; nagle zdjęła go obawa, iż mają do czynienia z czymś więcej niż pospolitymi oprychami. Wydało mu się nieco zabawne, a i przy tym straszne, że wcześniej, słysząc z jaką łatwością poradzili sobie ze zbrojnymi elfami, nie zmiarkował tego.
— Osobliwi, czy też nie, mają rzecz, która do nich nie należy — odparła sucho Aruthiel. — Czy masz już jakąś ciekawą ideę, jak im tą rzecz odebrać?
Mężczyzna skinął głową.
— Poczekamy aż zasną i wtedy się nimi zajmiemy.
— To nie czas na żarty — odrzekła z wyrzutem w głosie. — To prawdziwy dar od losu, że jeszcze nie ruszyli w drogę.
— Możemy ich zaatakować teraz.
— Czym? Jednym mieczem? — prychnęła.
— Prawda — przyznał ze wstydem Ulair. — Cóż więc chcesz uczynić, moja pani?
— Podejść ich sprytem — odparła tajemniczo.
— Czyli?
— Zobaczysz, człowieku, zobaczysz.
Z tymi słowami wstała i ruszyła w drogę wkoło polany, idąc zgodnie ze wskazówkami zegara słonecznego. Ulair w porę ugryzł się w język i nie wykrzyczał swego sprzeciwu, aczkolwiek miał na to ogromną ochotę. Po chwili stracił elfkę z oczu i choć wytężał wzrok, nie widział jej przez dobrych parę minut. Wreszcie pojawiła się z powrotem, z szerokim uśmiechem na ustach, który na moment tak go oczarował, że nie potrafił wykrztusić z siebie słowa.
— Patrz i podziwiaj kunszt Elfa Jasnego — powiedziała.
Nim otworzył usta, Aruthiel zdjęła rękawice i przyłożyła swoje blade dłonie do warg. Wydała z krtani dźwięk tak niezwykły, a także złowrogi i dziki, że Ulair na sekundę poczuł strach wdzierający mu się siłą do duszy. Od razu wyobraził sobie krwiożerczy skowyt jakiegoś upiornego zwierzęcia.
Przerażone rżenie koni oderwało go od tej myśli i skierowało uwagę na polanę, z której raptem zniknęły wszystkie wierzchowce. Bandyci zerwali się na nogi i pognali za nimi z gniewnymi okrzykami. Zdumienie Ulaira wywołane niesamowitą sztuczką Aruthiel przeistoczyło się w złość.
— Coś ty zrobiła?! Jak tylko zobaczą odwiązane więzy, przyjdą po twoich śladach do nas!
— Niczego nie spostrzegą — odparła spokojnie, lecz rozgorączkowany Ulair zignorował ją.
— Zaraz tu przyjdą i nas powybijają...!
Elfka złapała go za opończę i zbliżyła jego oblicze do swojego.
— Chodź prędko i nie użalaj się nad sobą! — rzekła z fascynującymi, acz groźnymi płomykami w oczach.
Puściła go i ruszyła z powrotem ku gościńcowi. Przeklinając świat na czym stoi, mężczyzna pognał za nią. Kiedy ją dogonił, ona już siedziała na jego koniu i ponaglała Ulaira, by się pospieszył.
— Co ty robisz, u licha?! — spytał gniewnie, usadowiwszy się w siodle.
— Powiem ci, tylko jedź już! — Wskazała ręką kierunek i zachodząc w głowę czemu się na to wszystko godził, Ulair nakierował zwierzę gdzie kazała, czyli w głąb kniei.
— Co masz na uzbrojeniu prócz miecza? — zapytała Aruthiel tak poważnym głosem, iż bez wahania odpowiedział:
— Krótki miecz, sztylet przy pasie oraz kuszę.
— Kuszę? — Wycedziła z niedowierzaniem, w które zaplotła się również złość. — Masz kuszę i dopiero teraz mi to mówisz, człowieku?
— Nie pytałaś, moja pani.
— Mam nadzieję, że twoje zdolności w pojedynkowaniu się mieczem są większe niż twoje poczucie humoru — odparła uszczypliwie. — Ale dość o tym. Chciałeś znać co mam w planach, przeto ci powiem.
Aruthiel spiesznie wytłumaczyła mu swe zamierzenia i mimo, iż targały nim pewne wątpliwości, Ulair zgodził się, że tak nakreślona strategia ma największe szanse powodzenia; rokowała nadzieje, których on sam z całą pewnością nie potrafiłby wzbudzić swoim pomysłem.
W główkowaniu, pomyślał mężczyzna, elfowie zaiste lepiej się wyznają od ludzi.

**********

Ulair odegnał wierzchowca i zerkał z niepokojem raz na trójkę spłoszonych koni po swojej lewicy, a raz na mroczny gąszcz po prawicy, skąd pojawić się mieli bandyci. W głębi lasu gdzie korony wysokich, ponurych sosen i świerków zasłaniały światło księżyca, niepodzielnie panowało królestwo ciemności; gdyby nie biały dywan zaścielający ziemię, wzrok Ulaira nie sięgnąłby nawet tych paru metrów, które dzieliły go od koni zbójców. Cieszył się jednak z dwóch spraw: milczenia lodowatego wiatru, a także niebywale bujnych krzaków, które skryły całe jego ciało nieprzeniknioną zasłoną; to zza niej miał uderzyć na trójkę złodziei.
Ujął rękojeść krótkiego miecza i napiął muskuły w niecierpliwym oczekiwaniu.
Już po chwili napadł na niego strach, wbijając swój czarny obuch w zbroję sporządzoną z nadziei — tak prędko opanowały go ciemne myśli. Co się stanie, jeśli ręka mu zadrży? Co będzie, jeżeli Aruthiel zawiedzie? A może wrogowie już przejrzeli ich niecne knowania? Co jeśli czają się w ciemnościach tuż za ich plecami?
Ostatnia myśl wydała mu się nazbyt przerażająca — aż do groteski, przeto swym rozbawieniem zwalczył oplatające go lęki. W boju czynił już większe rzeczy niż ta, do której się przygotowywał teraz, atoli miał wtenczas pewniejszych sojuszników i juz zawczasu kieszeń ciężką od monet.
Obawy i przedziwny ucisk w żołądku przygasły na wspomnienie dawnych, dobrych przygód i wygranych w potyczkach dwakroć straszliwszych.
W tym momencie doszedł go cichy szmer, który rychło przemienił się znajomy odgłos stąpania po śniegu. Ulair zacisnął palce na mieczu aż zbielały mu kłykcie i wyprostował się bardziej, by kątem oka wychwycić trzy sylwetki nadciągające jak czarne burzowe chmury w kierunku nerwowo prychających wierzchowców.
— A, oto i nasze zguby! — krzyknęła z radością jedna z nich.
— No, nareszcie — zawtórowała mu inna, zwalniając kroku; skrytemu w chaszczach Ulairowi serce niemal skoczyło do gardła, lecz w czas powstrzymał swe zapędy, by już uderzyć, gdyż uzmysłowił sobie, iż nie z jego powodu bandyta niemal stanął, lecz z ulgi.
Trzech mężczyzn minęło zarośla o wyciągnięcie ręki i Ulair zadrżał o część zadania, którą wykonać miała urodziwa elfka.
Nagle ostry syk rozciął ciszę zimowej nocy i rozległo się zduszone rzężenie. Bandyta po prawej stronie runął na śnieg, śmiertelnie ugodzony bełtem w szyję. Ulair zerwał się z szybkością błyskawicy, wyskoczył z krzaków i wziął potężny zamach. Krótki miecz zawirował w locie i wbił się do połowy ostrza w plecy drugiego złoczyńcy niczym żądło ogromnego szerszenia, położywszy go na miejscu trupem.
Ulair wyszarpnął z pochwy swój długi miecz i zamarł w oczekiwaniu na decydujący świst wypuszczonego z kuszy bełta. Po chwili pojął, że popełnił potworną pomyłkę. Trzeci zbój obrócił się i niewiele rozmyślając, naparł na niego ze swoim orężem w ręku. Stal brzęknęła w zwarciu i zajęczała, gdy dwie klingi zatańczyły wokół siebie; Ulair odepchnął nieprzyjaciela i raptem się zawahał.
Spomiędzy połów płaszcza bandyty ukazały się srebrzyste płyty zbroi z czerwonym emblematem, który zalśnił mimo gwiazd i księżyca schowanych za czarnym baldachimem gałęzi. Ulair zerknął na lica wroga; nie przystawały one do twarzy bandyty — już raczej do nobliwego rycerza. Wpatrzony w ognie bijące z jego źrenic, przeraził się.
Zostałem podstępnie zwiedziony, pomyślał z rozpaczą i zatoczył się do tyłu.
Dostrzegając sposobność, przeciwnik zaatakował i zostawił na jego ramieniu czerwoną szramę. Ulair zawył i niesiony nagłym gniewem, ze zdwojoną siłą ruszył na osamotnionego wroga. Metal raz jeszcze zadźwięczał w ciosach mieczy; dwaj mężczyźni zwarli się w morderczym uścisku i legli na ziemi, nie ustając w próbach zadania sobie razów. Przewagę zyskał niedoszły zbój, zacisnąwszy stalową rękawicę na szyi Ulaira.
Najemnik miał już mroczki przed oczyma, ale lewą dłonią wymacał rękojeść swego sztyletu. Uwolnił go z pochwy i zatopił w gardle napierającego wroga. Rozbrzmiało przytłumione westchnienie, krew trysnęła na pierś Ulaira, lecz ten zwolnił ostrze dopiero wtedy, kiedy oczy rzekomego bandyty zeszkliły się, a jego morderczy chwyt rozluźnił się i zamarł.
Ulair z niejakim przestrachem odsunął się od trupa i w okamgnieniu powstał na nogi, czym prędzej rękawem ścierając z siebie ciemnoczerwoną posokę.
Ledwo to uczynił, Aruthiel Iniviel wyrosła przed nim jak spod ziemi i z promiennym uśmiechem zarzuciła mu ramiona na szyję. Zdumiony nie tyle bliskością pięknej elfki, a ciepłym i entuzjastycznym zachowaniem istoty, którą skądinąd — co też było dotąd regułą odnoszącą się do samej Aruthiel — cechował naturalny dystans i chłód podparty jadowitym ostrzem ironii, zaniemówił.
— Dziękuję, dziękuję, dziękuję! — krzyknęła, ściskając go mocno. — Odratowałeś mnie niemalże od śmierci, a przynajmniej wielkiej pustki i goryczy! — Niespodziewanie fiolet w jej oczach zalśnił złowieszczym blaskiem i głos jej zmienił się prawie nie do poznania. — Szczery żal ściska mi serce, że to wszystko tak się musi skończyć.
Prawdziwy sens tych zagadkowych słów został mu objawiony chwilę później; poczuł nieprzyjemne ukłucie na karku i lodowata fala przelała się po jego ciele, jak gdyby nagle ktoś wrzucił go w otchłań oceanu w środku zimy. Jakaś nieznana siła owiązała jego mięśnie stalową siecią, albowiem nie mógł się w żaden sposób poruszyć. Przechylił się i byłby bezwładnie runął na ziemię, gdyby nie powstrzymała go Aruthiel. Śmiejąc się beztrosko, ułożyła go na śniegu.
Ulair jęknął cicho i na tym skończyły się jego próby wyrażenia swego sprzeciwu. Elfka pokręciła głową i położyła palec na ustach przestraszonego mężczyzny.
— Nie kłopocz się, człowieku i nie lękaj. — Pokazała mu malutki szpikulec. — To jedynie niegroźna trucizna paraliżująca. Przytrzyma cię w mocy kilka godzin i będziesz jak nowy.
Kobieta wpatrzyła się bacznie w jego oblicze, delikatnie pogładziła mu policzek i ciężko westchnęła.
— Polubiłam cię, co mnie samą dziwi, toteż powiem ci jak się mają sprawy. Zwiodłam cię i wykorzystałam, bowiem ów szukany przeze mnie naszyjnik nigdy w mym posiadaniu nie był, lecz Askariego, dziedzica lorda Erbee, a ja jedynie gorąco go zapragnęłam. Los sprawił, że wczoraj, w drodze do karczmy w Leven, gdzie zamierzałam poszukać wspólnika do rabunku, minęłam się na tym trakcie z synem lorda i jego przyjaciółmi, tymi samymi, którzy teraz obok ciebie leżą. Porzuciłam wierzchowca z nadzieją, że trafię na osobę taką jak ty, gdyż na sztuce wojennej nie wyznaję się za dobrze, pomijając strzelanie z kuszy i łuku. Los raz jeszcze mi dopisał, nieprawdaż?
Elfka obdarzyła go urzekającym uśmiechem i raptem zniknęła mu z oczu; wciąż jednak mógł — i chciał, co zdumiewało go tak samo jak to, iż nie przenikał go już ni gniew, ni strach, i nie pałał żądzą odwetu za zdradę, jakby w wyjaśnieniach Aruthiel tkwił pewien niezwykły porządek — posłyszeć jej głos.
— Cała reszta to mieszanina gry, magii, ale też i mego prawdziwego charakteru. To pierwszo przekonało cię do udzielenia pomocy zagubionej, pięknej elfce, to drugie zatarło ślady na śniegu i poniosło trafniej strzałę, natomiast to trzecie uwierało cię w podróży... ach, tu jesteś!
Rozradowane oblicze elfki ponownie zalśniło przed źrenicami mężczyzny i jej blasku nie zaćmił nawet kunsztowny srebrny łańcuszek, na którym cudnie zwieszał się wspaniały szafir misternie oprawiony obwódką z platyny, a który to pokazała mu Aruthiel.
— Oto i Oko Sokoła — powiedziała, opinając zdobycz na szyi, atoli gest ten, wbrew przewidywaniom Ulaira, nie utrwalił jej uśmiechu. Przeciwnie: zgasił go, gdyż elfka zajrzała ponownie w oblicze nieruchomego, bezbronnego mężczyzny; w głębokiej purpurze jej tęczówek odmalował się smutek. — Zbliża się pora naszego rozstania, mój drogi, lecz nadmiernie łatwowierny człowieku, ale przeczucie podszeptuje mi, że nasze ścieżki jeszcze się ze sobą pokryją.
Elfka pochyliła się i niespodziewanie złożyła pocałunek na jego bladych ustach. Ulair poczuł się, jakby jego najwspanialsze sny ziściły się, mimo iż nigdy nie marzył o niczym podobnym; chłód cofnął się pod naporem nieprawdopodobnego ciepła. W mgnieniu oka czarne myśli o popełnionej zbrodni i zdradzie elfki przerodziły się w cienie na dnie jego umysłu.
Czy uległ złudzeniu, czy dał się omamić magii elfów, czy przekonać zręcznej grze fałszywej kobiety — teraz to się nie liczyło. Gdyby mógł, roześmiałby się z radości, ta bowiem przepełniała go od stóp do głów; tak prawdziwie, jak nigdy dotąd.
— Naprawdę zwą mnie Verdą — powiedziała z uśmiechem, powstając z kolan. — Bywaj, Ulairze.
Nagle ogarnęła go dziwna senność.
Ostatnim obrazem w jego oczach był uśmiech elfki, ostatnim dźwiękiem w jego uszach jej słodki śmiech, a ostatnią myślą w jego głowach jej słowa: „Nasze ścieżki jeszcze się ze sobą pokryją”.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: Pn 14 kwi 2008, 15:23 
Offline
banita

Dołączył(a): Śr 26 mar 2008, 20:52
Posty: 50
Lokalizacja: Szczecin
Nno, coż... ponieważ nigdy nie czytałem fantasy, więc nie mam skali porównawczej, ale... no, mi się oczywiście podobało :) Właściwie to miła odmiana po godzinnym tłuczeniu "Zemsty" (lektury szkolnej), z której nic nie rozumiem, i nie wiem, z czego tu się śmiać (a ponoć to miało być śmieszne).

No, ale nie offtopując. Zawsze miałem pozytywne zdanie co do twórczości Nadiru Radeny i to opowiadanie go nie zmieni. Napisane jest to poprawnie, bez kwiatków i ciekawie. Czekam na dalszyciąg. :)

EDIT: Zapomniałem: na Bastionie Nadiru napisał, że nie ma ciągu dalszego. śkoda :( (do moderatora: można zmienić to ś na wielkie? Bo jak próbuję je napisać, to zawsze wychodzi małe. Nie wiem dlaczego...)
Ś. Ś. Ś. Patrz, można. jestem zajebistszy od Ciebie. Jacen.
Widzę, że można. A można w odpowiednim miejscu?

post by Kapitan Onoma

_________________
Temat do wycięcia albo do Wioski - Kapitan Onoma

KALAMARIAŃSKIE IMPERIUM
Dożywotni fan Vondy Neel McIntyre


Ostatnio edytowano Wt 15 kwi 2008, 21:53 przez Jhemiti, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: Pn 14 kwi 2008, 19:19 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 4283
Lokalizacja: Łódź
Przeczytałem.

Kurde, zawsze chciałem usunąć Ci jakiegoś posta, ale teraz jakoś nie mam serca. Respektuję Twój autorytet <;)>


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: Cz 24 kwi 2008, 10:20 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 630
Lokalizacja: Jugoslavija
Przed wami moje drugie opowiadanie nt. jugosłowiańskich wojen. Akcja znowu rozgrywa się w 1991 roku, ale tym razem w okolicach Vukovaru. Więcej nie powiem, żeby nie zaspoilerować.
Ważna uwaga: w tekście roi się od wulgaryzmów. I chociaż wam może się wydawać, że wstawiłem ich do dialogów zbyt wiele, zapewniam na 100%, że właśnie tak wyrażali się żołnierze w trakcie tej wojny – realizm jest zachowany na tyle, na ile to jest możliwe i na tyle, na ile znam wszystkie używane przez ex-Jugosłowian wrzuty, a przyznam szczerze, że nie znam wszystkich.
I jeszcze jedno: wulgaryzm „jebana twoja mać” jest bezpośrednim przekładem popularnego jugosłowiańskiego wrzutu „jebem ti majku tvoju”, dlatego właśnie tak to tu napisałem.


Wydarzenie niewarte wspomnienia

**********

Żołnierz nonszalancko trzasnął drzwiami, podciągnął spodnie, zapiął pas i rozporek, uważając by przypadkiem z ramienia nie ześlizgnął mu się karabin. Przy całym tym błocie zalegającym we wsi po popołudniowym deszczu, głupio byłoby teraz upuścić kałasznikowa, musieć go czyścić przez pół nocy, a przez drugie pół słuchać docinków kolegów z oddziału. To chyba byłoby najgorsze, stwierdził, ruszając w kierunku domu położonego po drugiej stronie ulicy, na samym skraju nieprzyjemnej, brudnej wsi-ulicówki składającej się raptem z kilkudziesięciu budyneczków.
Minął wojskowego, terenowego UAZa z wielkim czerwono-biało-niebieskim prostokątem wymalowanym na drzwiach, splunął na sczerniały wrak starego stojadina, po czym bez większego namysłu wpakował się do upatrzonego domu.
— Hej, kto to strzelał? Ty?
Pytanie nadeszło od strony wysokiego młodzika z fryzurą „na zapałkę”, który właśnie z niezwykłym zainteresowaniem wertował jakieś kolorowe czasopismo, podpierając ścianę przedpokoju.
— Nie, nie ja. Pewnie ktoś z naszych się zabawia.
Chłopak roześmiał się, ale raczej z powodu zawartości magazynu, a nie wypowiedzianej uwagi.
Zoran Djurković wzruszył ramionami, przeszedł obok chłopaka i zatrzymał się dopiero w syfiastej łazience przed przekrzywionym lustrem wiszącym smętnie nad zlewem pokrytym czarnymi zaciekami. Przejechał dłonią po trzydniowym zaroście, półdługich tłustych kędzierzawych włosach i skrzywił się do swojego odbicia. Wyglądał tak samo źle jak zwykle, z podkrążonymi oczami, nienaturalną bladością i czerwonawą szramą na policzku. Gdyby go teraz matka zobaczyła, pomyślałaby że Zoran skończył dziś nie dwadzieścia, a co najmniej trzydzieści lat.
Cóż, pomyślał, stara prawda mówiła, że wojna umie postarzać. Jeszcze parę miesięcy i jak nic będzie mógł się pochwalić pierwszym siwym włosem. Ale nie przeszkadzało mu to, lubił jak go uważano za starszego, bardziej doświadczonego. Dlatego wcale nie zamierzał chwalić się, że dziś ma urodziny. Skończyłoby się na wychlaniu całego zapasu rakiji, wyśpiewaniu paru świńskich piosenek, i Bóg jeden wie czym jeszcze.
Umył ręce, spryskał twarz zimną wodą, wytarł się kawałkiem wilgotnej, ale w miarę czystej ścierki, a potem pomaszerował do „kwatery głównej”, jak żartobliwie określali z kolegami największy pokój w domu. Usiadł ciężko na poplamionej, żółtej sofie, cisnął karabin obok siebie. Materacem tak skrzypnęło, że pozostali trzej żołnierze przerwali swoją gorącą, cowieczorną dyskusję o wszystkim i niczym.
— A ty gdzieś kurwa był? — spytał pierwszy z nich, Ratko, krępy facecik rodem z kosowskiej Mitrovicy. — Poruchać ustaszowskie dziwki?
— Chciałbyś, co, Ratko? — Dwaj pozostali, Branko, wysoki i piegaty okularnik, oraz Djordje, naturalnie łysawy, dwa razy starszy od reszty żołnierzy mężczyzna, ryknęli gardłowym śmiechem. — Wszystkie kurwy pouciekały do Vinkovci, jebana ich mać.
— Jebane ustasze — burknął Djordje i rzucił peta na podłogę, nie przydeptując go. — Wiecie, co słyszałem? Że te chuje nazywają nas czetnikami!
— Czetnicy — prychnął Ratko. — Już ja ich kurwa nauczę, że my jesteśmy Białe Orły, nie jacyś czetnicy... ale ty, Djo, tak patrzę na ciebie i se myślę, że jakbyś se zapuścił włosy i wykombinował czarną flagę z piszczelami, to byś kurwa był czetnik jak malowany!
— Spierdalaj — mruknął nagabnięty, w akompaniamencie śmiechów pozostałych żołnierzy. — No ale, Zoran, gadaj, gdzieżeś był?
— No właśnie, nie chwalisz się, a my tak ładnie pytamy. — Ratko zrobił minę niewinnego dziecka i zamrugał śmiesznie swoimi świńskimi oczkami. Djurković uśmiechnął się tajemniczo.
— A ty się zamknij i nie wal tych głupich min. No, Zoran?
Żołnierz ze szramą na policzku wzruszył ramionami.
— Poruchałem sobie, jak mówił Ratko.
— Weź mi tu nie pieprz i gadaj gdzieś... — Najstarszy Serb nagle zmrużył oczy. — Ty wcale nie pieprzysz, chuju jeden. Widzicie go, dziwkę znalazł i się kurwa nie chwali.
Już trzeci raz w ciągu ostatnich paru minut Zoran wzruszył barkami.
— A co miałem gadać? Sama mi dała, po dobroci.
— Po dobroci? Chorwatka? — Ratko wybałuszył oczy, reszta zareagowała zresztą bardzo podobnie, jeśli nie identycznie. — Bujasz.
— Nie bujam.
Niezachwiane zdecydowanie i pewność w jego słowach wywołały niemałą burzę. Djordje i Ratko zaczęli się przekrzykiwać, a co chwila do ich słów swoje dwa grosze dodawał milczący dotychczas Branko. Zrobił się taki rozgardiasz, że nie minęło parę sekund, a do pokoju wściubił nos chłopak, który w przedpokoju zaczytywał się jakimś czasopismem, czyli Nenad.
— Co jest grane?
— Zoran twierdzi, że wyruchał jakąś kurwę i jeszcze, że sama mu się dała.
— Sranie! Bo jeszcze uwierzę!
— Wasz problem — powiedział beznamiętnie Zoran, racząc swoich kolegów dziwnym półuśmieszkiem. — Nie wierzycie, to nie.
Znowu rozgorzała dyskusja, ale tym razem została przerwana gromkim okrzykiem Djordje:
— Cisza, jebana wasza mać, wrzeszczycie jak jakieś nieruchane dziewice...
— Dziewice są z zasady nieruchane — wtrącił Branko, tłumiąc chichot. Najstarszy z nie-czetników zmroził go wzrokiem.
— Ty się też kurwa zamknij, filozofie. To, żeś skończył ten wielki uniwerek w Belgradzie nie znaczy, że...
Zoran Djurković słuchał kolejnych salw przeplatanych wulgaryzmami wypowiedzi z pobłażliwym, nieco melancholijnym grymasem malującym się na licach. Kiedy miesiąc temu zapisał się na ochotnika do paramilitarnych serbskich oddziałów Białych Orłów, by walczyć w Chorwacji z ustaszami, wiedział że spotka w nich mnóstwo różnych i dziwacznych osobników, ale jego kompania chyba prezentowała się najbarwniej. Nie tylko pod względem wieku, życiorysów i pochodzenia, ale i słownictwa — a może przede wszystkim słownictwa. Dość rzec, że już nawet Branko klął jak szewc, chociaż z początku się przed tym wzdragał. Zoran był umiarkowanym użytkownikiem wulgarnych wyrazów, ale za to w niczym nie odstawał kolegom w paleniu — drugim po puszczaniu wiązanek ulubionym zajęciu bodaj wszystkich żołnierzy na świecie.
Trzeciego, zabijania, jeszcze nie poznali zbyt dobrze. Ba, kilka ostatnich starć z Chorwatami kończyło się bezładną wymianą ognia, a odległość była tak duża, że o zobaczeniu ewentualnych efektów nie można było nawet zamarzyć.
Djurković ponownie się uśmiechnął. Już niedługo, pomyślał, zerkając na swojego kałasznikowa, już niedługo wszyscy je zobaczymy. W zbliżeniu.
— Zachowujecie się jak gówniarze z zaburzeniami hormonów — powiedział w pewnej chwili, zręcznie wpinając się swoim stwierdzeniem w krótką przerwę w werbalnym obrzucaniu się błotem. — Nie możecie utrzymać chujów na wodzy, to was zaprowadzę do tej dziewczyny. Wielka mi rzecz.
Zbaraniali żołnierze spojrzeli po sobie. Widać było klarownie, że tego się nie spodziewali.
— Żartujesz? — spytał nieco nieśmiało Branko, poprawiając na nosie okulary. Djordje parsknął i walnął go otwartą dłonią w plecy tak, że owe poprawione okulary mało nie spadły na podłogę.
— A widzisz, żeby na jego buźce był uśmieszek? Pewnie, że kurwa nie żartuje.
— Ale ona nam, no... da? — Niedawny student był nadal pełen wątpliwości.
— Jak przyjdziemy, to może i nie dać, sami se kurwa weźmiemy — zadeklarował Ratko i już stał, gotowy do wyjścia, z karabinem na plecach, butelką piwa w ręce, pożądliwymi płomykami żarzącymi się w świńskich oczkach.
— Cóż za elokwencja — mruknął sardonicznie Branko, ale nie czynił dalszych protestów. Więcej, to on powiedział ochoczo: — Prowadź, Zoran!
Zoran poprowadził. Wylegli z domu niby wataha podpitych psów, kąsając się nawzajem ordynarnymi uwagami, wyjąc nacjonalistyczne piosenki, budząc mieszkających we wsi ludzi, co znamionowały kolejne włączające się światła. Nikt jednak nie odważył się wyjść i zbesztać ich. Za bardzo się ich bano, szczególnie po tej tajemniczej serii z karabinu. Znak czasów, pomyślał Djurković.
Żołnierz ze szramą na policzku doprowadził swoich kompanów pod próg domu, który nie tak dawno temu opuścił. Zadbany ogródek ciągnący się od furtki wzdłuż ogrodzenia dobrze świadczył o domownikach.
— Ty, a dlaczego tam się nie pali światło? — spytał podenerwowanym, podnieconym głosem Branko.
— Żebyś się głąbie kapuściany pytał, po to, kurwa — burknął Djordje i machnął ręką do Zorana. — No, Zoran, wprowadzaj nas.
Zoran wprowadził. Żołnierze, jeden po drugim, wkroczyli do środka, grzechocząc bronią, potupując ubłoconymi butami. Djurković kazał im być cicho. Nie zapalił światła w przedpokoju, skierował ich prosto do głównego, największego pokoju, puścił przodem. Dopiero wówczas pstryknął przełącznikiem.
Butelka Ratko z głośnym brzękiem rozbiła się na podłodze, piwo chlasnęło na jego buty, tworząc wraz z błotem dziwną, brunatno-żółtą mieszankę. Branko pozieleniał, osunął się na ścianę, zgiął wpół i jako pierwszy z czwórki żołnierzy serbskich wymiotował. Reszta nie utrzymała się dłużej, wstrząsana torsjami, wyrzygała do cna wszystko to, co zalegało w ich żołądkach. Nikt nie dał rady opanować odruchów. Nikt z wyjątkiem Zorana Djurkovicia, który odsunął się na bok i beznamiętnie patrzył na swoich kolegów duszących się w wymiocinach, mdłościach i suchych spazmach.
W pokoju były trzy ciała, wszystkie usadowione na sofie, wszystkie poszatkowane kulami, zakrwawione, z wyrazami przerażenia na ściśniętych, martwych obliczach. Jedna postać, kobieta, z długimi czarnymi włosami zaplątanymi chaotycznie na czerwonym od posoki czole, miała podwiniętą sukienkę i rozłożone nogi.
— Dla... dlaczego... — Blady jak papier Djordje nie zdołał dokończyć pytania, słowa uwięzły mu w gardle.
Czwarty raz tego wieczora, w momencie który pozornie najmniej się do tego nadawał, wzruszył ramionami.
— A czy to ważne? Niedługo wszyscy będziecie to robić. Ja tylko to przyspieszyłem, dałem wam zasmakować przyszłości. Nieciekawa ona, prawda? — Zoran mówił neutralnym tonem, utrzymując na twarzy równie obojętną, niemal kamienną maskę. — Zobaczycie, za parę tygodni uznacie to za wydarzenie niewarte wspomnienia.
Zoran Djurković wyciągnął z kieszonki papierosa, wyminął osłupionych kompanów z oddziału i na odchodnym dodał:
— Jeszcze możecie zrezygnować.
Zapalił, zaciągnął się dymem i zostawił ich samych.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: N 27 kwi 2008, 08:26 
Offline
Droid
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt 29 lip 2003, 20:23
Posty: 4283
Lokalizacja: Łódź
Nadiru Radena Sir!

Miałem nie czytać (po ostatnim twym opowiadaniu), ale bym stracił. Od lukrowanej słodkości twej opowieści, aż się porzygałem ze śmiechu. To je to, „job twoja mać” (to rusycyzm, wszyscy słowianie mają podobne określenia, u nas to wyewoluowało w trochę innym kierunku, poprzez.... do...). Wypisz wymaluj naturalizm wojskowy. Nic się nie zmienia od tysiącleci. Nawet język „wojskowy” w tak zwanych czasach pokoju. Mogłeś także poruszyć kwestię „zabaw” we własnym gronie (jak w „Cienkiej czerwonej linii”), albo z kozami (tam też), o co cię już podejrzewałem, ale może w tych rejonach słowiańskich wiara im zabrania? Tylko, czy Holonet jest odpowiednim miejscem dla twej opowieści? A potem w mediach gadają o bestialstwie, gwałtach etc. okupanta, czy kręcą jakieś gówniane filmy z „herosami”, ci co nigdy karabinu w rękach nie mieli i własnym życiem nie bronili „cywilizacji”...


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Twórczość niekoniecznie powiązana z SW
PostNapisane: Śr 21 maja 2008, 18:16 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt 05 gru 2003, 18:13
Posty: 630
Lokalizacja: Jugoslavija
Wracamy do fantasy. Teraz mniej klasycznie, bez udziwnień językowych, ale to nadal to samo uniwersum co w "Fortunnym spotkaniu" - tyle, że dziejącym się parę stuleci później (stąd też i sposób mówienia odmienny).
Trochę nie w porę daję to opo, bo niedługo zobaczycie na Holo mojego kolejnego fanfika, ale cóż poradzić, heh, mam dużo tekstów i kiedyś trzeba je opublikować...


Głos
z cyklu Opowieści z Eorthe

**********

— Po co tam idziemy? — spytała ciekawsko Głos.
— Żebyś się pytała.
— Czy ty zawsze musisz mi odpowiadać tak nieuprzejmie? — Głos zrobiła się burkliwa.
— A czy ty zawsze musisz mi zadawać głupie pytania? Poza tym dobrze znasz odpowiedź.
— Znam, ale to wcale nie jest głupie pytanie. Zapominasz, że stamtąd nie da się uciec? Że nikt nigdy nie opuścił tego miejsca żywy?
— Moja w tym głowa, żeby tak się nie stało.
— Jak sobie chcesz. — Głos była zrezygnowana. — Twoje zasrane życie. Twoja skretyniała głowa. Tylko potem, jak cię przerobią na sito, nie kwil mi, że cię nie ostrzegałam.
— Skończyłaś?
Głos milczała. Enver wykrzywił usta i zacisnął zęby. Lubił Głos. Nie miał najmniejszego pojęcia skąd się wzięła i kim była, ani czemu upierała się, żeby mówić na nią właśnie „Głos”. Nie wyjawiła mu swojego imienia, jeśli w ogóle miała jakieś. Parę dni zeszło, zanim przyzwyczaił się, że Głos to nie on, ale ona. Pewnego dnia pojawiła się i już. Enver nie wnikał dlaczego. Czasem jednak Głos robiła się piekielnie irytująca, jak ostatnio.
Każdy postawiony przez niego krok wzbijał w powietrze chmurę duszącego pyłu. Ścieżka prowadziła do strzelistej, czarnej budowli, którą jakiś opętaniec wcisnął na szczyt najwyższej góry w całej okolicy. Nieboskłon zasnuły szarobure chmury, w promieniu kilku kilometrów nie było niczego, co mogłoby wydać z siebie jakikolwiek dźwięk — nie licząc jego samego i chrzęszczącej przy najdrobniejszym ruchu płytkowej zbroi, którą nosił. Nie cierpiał hełmów, dlatego cieszyło go, że po drodze nie hulał żaden wiatr. Zadusiłby się na śmierć w tym całym kurzu.
— Nie przeprosisz mnie? — spytała miło Głos.
— Za co? — burknął, ścierając kropelki potu zbierające się na rzęsach. Było gorąco jak w piecu hutniczym albo jakiejś kuźni. Nagle poczuł się tak, jak gdyby setki długich, ale niezbyt ostrych szpilek naparło na niego z każdej strony. Westchnął z rezygnacją. Głos miała swoje sposoby. — Dobrze, przepraszam, zadowolona?
— Nie. To nie brzmiało szczerze.
Przewrócił oczami. Tym razem bardziej się postarał:
— Przepraszam.
— O, to już było całkiem, całkiem.
Przez resztę wędrówki na górę nie odezwali się do siebie ani słowem. Dobrze że okolica była całkiem bezludna. Przynajmniej nikt nie wytykał go palcem, jak jakiegoś wariata. Dość, że sam się czuł jak ktoś pozbawiony piątej klepki. Głos w końcu odzywała się tylko do niego, telepatycznie, czy jakoś tak. On musiał otwierać usta i naprawdę mówić, żeby go usłyszała. Kolejna niesprawiedliwość tego świata.
Stanął przed monumentalnymi wrotami, które zagradzały przejście do wnętrza czarnego zamku. Zadarł głowę. Z bliska budowla wydała mu się nieco mniejsza — ale i tak śmierdziała megalomanią.
— I co teraz poczniesz, geniuszu? Grzecznie zapukasz i ci otworzą?
— Drwij sobie, drwij.
Enver wysupłał z przypasanej sakiewki niewielki, oszlifowany obsydian, w którym tkwił fragment czerwonego kwarcu. Kamień oprawiony był w srebrzystą siateczkę.
— Nie przypomina mi to klucz.
Zignorował Głos i wyciągnął do przodu ramię z zaciśniętym w garści obsydianem. Wrota zaskrzypiały niby setka kocich pazurów skrobiących zardzewiałą tablicę i zaczęły się powolutku otwierać.
— Nie przeprosisz mnie? — spytał kąśliwie Enver, lecz nie doczekał się odpowiedzi. — Jesteś nieznośna.
— Dziękuję, nawzajem.
Głos zawsze miała ostatnie słowo. Enver wyciągnął z innej sakiewki miniaturową fiolkę zgniłozielonego płynu, potrząsnął nią, otworzył. Zawartość cuchnęła zgniłym mięsem. Ścisnął palcami nos w nadziei, że osłabi to odór mętnej cieczy i wlał ją do gardła. Skręciło go tak, że aż się zgiął wpół, ale wytrzymał i ustał na nogach.
— Smaczne?
Przeraźliwie kwaśny posmak eliksiru wywołał u niego odruch wymiotny, ale i teraz nie dał się ponieść fizjologicznym reakcjom organizmu.
— Jak najprzedniejsze wino. Powinnaś kiedyś spróbować.
Złapał za ozdobioną podłużnymi kawałkami ametystu rękojeść swojego miecza. Klinga syknęła, oswabadzana z czarnej pochwy, i zrobiła młynek. Enver śmiało wkroczył do ponurego wnętrza budowli, które tonęło w nieprzeniknionych odmętach ciemności. Przez chwilę jego źrenice delikatnie pulsowały — i nagle widział wszystko tak klarownie, jak gdyby ktoś w zamku na raz zapalił tysiąc pochodni. Mikstura na nocne widzenie sprawowała się wyśmienicie.
— Jeszcze możesz się wycofać — podsunęła mu Głos.
— Niedoczekanie twoje.
Znajdująca się za progiem sala, wyłożona czarnym marmurem oraz podparta dwoma rzędami smukłych kolumn z bazami w kształcie pentagonów, była tyleż imponująca, co niefunkcjonalna — spełniała za to wspaniale rolę straszaka. Samotny wędrowiec z kagankiem albo pochodnią mógł zwinąć się ze strachu od przygniatającego go z każdej strony, pozornie bezkresnego mroku.
Enver nie musiał się tym przejmować, od razu poszedł w stronę potężnych schodów, które widniały na samym krańcu wielkiej hali. Stopnie były gładkie, ale nie śliskie. Nie miał żadnych kłopotów z pokonaniem ich.
— Cholerny labirynt — bąknął, bacznie lustrując siedem krętych korytarzy odchodzących w różnych kierunkach od szczytu schodów.
— Wrota za tobą jeszcze się nie zamknęły — przypomniała mu Głos. Zignorował ją, z kolejnej kieszonki wyciągnął miniaturowe, okrągłe pudełko. Otworzył wieczko.
— Co to jest?
— Busola. Magiczna — od razu uprzedził jej pytanie.
— Och.
Nabłyszczona złotym pyłem wskazówka wskazała drugie od lewej wejście. Enver nie miał powodów, by nie ufać swojej busoli — parokrotnie uratowała mu życie — ale zaczął bardzo ostrożnie stawiać kroki. Korytarz piął się w górę, wił niby żmija, naprzemian zwężał i szerzył, karlał i ogromniał.
— Czemu te kryształy się świecą?
— Jakie... — urwał. Ametysty na rękojmi miecza lśniły purpurowym blaskiem. — Cholera...
Raptownie zakręcił ciałem piruet i machnął klingą na odlew. Coś brzęknęło, trzasnęło, chrupnęło i rozkołatało się po całej podłodze.
— Klasyczny kościotrup — powiedział z odrazą Enver, kopnąwszy pożółkłą czaszkę. — Spodziewałem się czegoś oryginalniejszego.
— Tak? — Głos była zdenerwowana. — Kryształy wciąż się świecą.
— O.
Odwrócił się i zmierzył korytarz uważnym wzrokiem, wyciągnąwszy szpic swojego oręża agresywnie przed siebie. Przeszedł kilkanaście metrów na leciutko ugiętych nogach, starannie kontrolując szybkość oddechu.
Atak przyszedł niewiadomo skąd. Niby nic go nie pociągnęło, nic nie uderzyło, ani nie pchnęło, ale mimo to zwalił się ciężko na napierśnik. Parę płytek pancerza boleśnie wbiło mu się w brzuch. Przeturlał się na plecy i kątem oka dostrzegł rozmazany kształt przelatujący przez ścianę.
— To już jest ciekawsze.
— Jest za tobą — zaalarmowała go Głos.
Z podłużnej kieszonki przyczepionej do zewnętrznej strony pochwy wydobył cienką, drewnianą rurkę. Położył miecz na nogach, wsadził do rurki lotkę, rurkę podetknął pod usta, przetoczył się na brzuch i z całej siły dmuchnął. Nie celował, co było trochę nierozważne, ale jego cel był tak duży, że tylko z wyjątkowym pechem mógłby spudłować.
Lazurowy obłok stęknął w zetknięciu z pociskiem, sflaczał i spłynął z powietrza na ziemię w postaci śluzowatej ektoplazmy.
— No i po sprawie. Mam nadzieję, że to nie był jakiś twój daleki kuzyn.
— Nie jestem duchem, Enver — wycedziła Głos.
— Żartowałem tylko — westchnął, mijając kupkę ektoplazmy. — Niepotrzebnie się pieklisz.
Szedł korytarzem poskręcanym niczym spartaczony koszyk zrobiony z jednej długiej wikliny kilka minut, nie napotykając żadnych przeszkód, nowych przeciwników, zapadni, wyskakujących kolców, gotowych go zmiażdżyć kul i tym podobnych przyjemności. Nawet powietrze, które winno zdradzać ślady duchoty, kurzu, czy niebezpiecznych gazów było krystalicznie czyste. Niepokoiło go to, czuł niezręczne napięcie spowijające jego muskuły. Dotarł do następnej sali, niewiele mniejszej niż poprzednia, ale za to kończącej się rozwartymi szeroko wrotami.
— Enver!
Ostrzegawczy krzyk Głosu osadził go w błyskawicznym przykucnięciu. Nad jego głową świsnął brzeszczot topora. Uniósł gardę, odwrócił się i ciął z dołu ku górze, morderczym hakiem. Szarozielona bestia runęła na posadzkę z krwistym plaśnięciem. Dwie kolejne nie przejęły się tym, zawyły, szczerząc garnitury piekielnie ostrych zębów, zaatakowały go razem — jedna zardzewiałą halabardą, druga krótką gizarmą. Enver sparował ciosy na bok, kopnął okutym butem w nogę najbliższego potwora, drugiemu zaś nieoczekiwanie odrąbał prawe ramię. Podcięty przeciwnik machnął na oślep halabardą. Enver z ogromnym wysiłkiem podskoczył i sierpowate ostrze broni przypadkiem, z rozmachu zdzieliło jednorękiego potwora w brzuch.
Po chwili niefortunna bestia położyła się nieopodal kompana bez swojej paskudnej głowy, która pofrunęła z przeciągłym świstem aż pod ścianę hali.
Enver zgarbił się, wypuścił z ulgą powietrze.
— Wróć, wyjdź z tego przeklętego zamku, proszę cię — powiedziała udręczonym tonem Głos.
— Dlaczego tak bardzo mnie uciskasz, żebym nie szedł dalej? — spytał gniewnie. — No, odpowiedz.
— Nie chcę, żebyś zginął — odparła cichutko Głos.
— Bo ty zginiesz ze mną? Dlatego?
— Nie. — Głos rozeźliła się, jakby oburzona tą sugestią. — Ja będę żyć, ale w innej głowie, może bardziej mądrzejszej i mniej zakutej niż twoja.
— I mimo wszystko...
— Tak, mimo wszystko — starannie zaakcentowała każdy wyraz.
Zmieszany i zawstydzony, podrapał się po głowie i milczał kilka długich chwil. Było mu głupio, jak dziecku, które coś straszliwie nabroiło. Miała całkowitą rację. Był wobec niej zbyt nieuprzejmy, nie zasługiwała sobie na tyle złośliwości. Niemniej jednak nie zamierzał zmieniać swoich postanowień. Chciał iść dalej.
— Dziękuję za to, co mówisz, ale jestem już za blisko celu, żeby podwinąć ogon.
— Nigdy nie jest za blisko.
— Myślisz? To literalnie parę kroków i...
Nie dokończył. Zwrócony twarzą do odległej komnaty na końcu hali, usłyszał za sobą złowieszczy klekot kościanych stóp i różnorodny tupot bardziej żywych nóg. Szkielety i inne bestie zaczęły się gęsiego wysypywać z korytarza.
— Teraz już, zdaje się, nie mam wyboru.
— Istotnie. — Głos zabrzmiała przejmującym smutkiem oraz zrezygnowaniem. — Biegnij.
Zrobił jak powiedziała. Co tchu rzucił się w stronę wrót po przeciwległej stronie sali. Dopadł ich zdyszany i spocony jak po parokilometrowym biegu, głowiąc się czym zamknąć potężne odrzwia. Nim wpadł na jakikolwiek sensowny pomysł, wrota same głucho się zatrzasnęły centymetry przed jego nosem.
Obszerna komnata niespodziewanie zalała się oślepiającym światłem. Enver odchylił się do tyłu, krzyknął, odruchowo puścił miecz i zakrył dłońmi oczy.
— Możesz już na mnie spojrzeć, człowieku.
Władcze, zimne słowa, którymi rozdźwięczało się pomieszczenie, nie wypowiedziała Głos, aczkolwiek pochodziły z ust kobiety. Odjął ręce od brwi i powoli uniósł powieki. Sala tonęła w najczystszym świetle słonecznym, jakie istniało. Złociste promienie wpadały do środka przez wysokie, prostokątne okiennice sięgające samego sklepienia. Każda z trzech lekko pochylonych ku wnętrzu ścian liczyła dokładnie po siedem wielkich okien.
Na kamiennym tronie, który musiał się zmaterializować w wybuchu światła, siedziała piękna, dostojna kobieta o iście arystokratycznych rysach i spiczastych uszach wykłuwających się z burzy gęstych, czarnych włosów spływających dwiema błyszczącymi kaskadami aż do jej pasa.
— Ty jesteś dawną Lady Mrocznych Elfów, słynną Lady Nieśmiertelności, pani? — spytał powoli Enver, po chwili oszołomienia podjąwszy swój miecz z podłogi.
— W rzeczy samej — odparła oschle. — Wedle zwyczajów obu naszych ras wypadałoby, abyś się wpierw przedstawił.
Lekko się zaczerwienił i zarazem zdziwił, że nie usłyszał żadnej cierpkiej uwagi Głosu. Lubiła w takich momentach wcinać się z jakimś szyderczym zdankiem, na które nie mógł odpowiedzieć w obecności innych osób, żeby nie wyjść na wariata.
— Ach, prawda, przepraszam. Jestem Enver z krainy Insob, pani.
— Witam cię, Enver. Widzę, że posiadasz wiele magicznego ekwipunku. Ametysty wykrywające, zbroja przeciw istotom niematerialnym... solennie przygotowałeś się do tej wyprawy. — Skinęła mu głową z uznaniem. Nie odgadł, czy autentycznym, czy udawanym. — Przejdźmy tedy do sedna. Masz jedno życzenie. Słucham.
Nieznacznie przekrzywił głowę, zmarszczył czoło.
— Jedno? W legendzie była mowa o dwóch.
— Legenda to legenda. Zawiera różne ziarna prawdy, ale nigdy całą prawdę. — Elfka uśmiechnęła się chłodno. — Słucham.
— To stawia sprawę w innym świetle, pani — rzekł z namysłem Enver, unikając wyjawiania swojego olbrzymiego rozczarowania. — Pozwolisz, że poświęcę chwilkę na zastanowienie?
— Oczywiście.
Enver stał przy wrotach, więc i tak nie mógł się już bardziej oddalić. Zrobił mądrą minę i niby mimochodem odwrócił się plecami do Lady Elfów.
— Głos, co o tym myślisz? — spytał szeptem. Głos milczała. Powtórzył pytanie nieco głośniej. Głos nie odzywała się. Zaniepokojony, nawet bardzo zaniepokojony, po raz trzeci zadał swoje pytanie, już półgłosem. Nie było dopowiedzi. Wszystkie kolory odpłynęły z jego ściętego oblicza.
— Głos? Gdzie jesteś?
Nie przejmował się już tym, że elfka może go usłyszeć.
— Głos?!
— Zniknęła, Enver.
Obrócił się na pięcie jak oparzony. Wbił spojrzenie w jej głębokie, błękitne oczy, odniósł wrażenie, że przebił się przez cielesną powłokę jej ciała i dotarł do nieśmiertelnej duszy. Jego żołądek niemalże przeistoczył się w kulę lodu. Lady Elfów nie kłamała.
Nie było jej. Głos naprawdę zniknęła. Ale... jak? Dlaczego? Co zrobił?
Oblała go fala rozpaczy, poczuł taką pustkę, jakby ktoś brutalnie wyrwał mu serce i, jeszcze bijące, zjadł na jego oczach. Przyzwyczaił się do Głosu, jej ezoterycznego, aksamitnego tonu, jej ciętych ripost i ciepłych słów, którymi obdarzała go z równą częstotliwością. Nie mógł uwierzyć, że teraz tak nagle miałby ją stracić. To było niemożliwe.
— Co z nią zrobiłaś? — warknął, zwężając gniewnie oczy. Tylko ona mogła to uczynić, tylko ona miała taką potęgę. — Odpowiedz!
— Głos odeszła.
— Nie, nie wierzę w to — żachnął się. — Ty ją zabrałaś. Wróć mi ją, natychmiast!
— Czy to twoje życzenie?
— Czy to moje...?
Zastygł w bezruchu, z lekko rozwartymi ustami. Oczy Lady Elfów były takie cudowne, piękne, fascynujące. Mądre. Dolna warga zadrgała mu. Nie było w nich złych intencji, nie było wzburzenia. Wszystko, co poprzednio robiła elfka, było zwykłą grą.
Był taki bezmyślny. Czego najbardziej na świecie pragnął? Wcale nie nieśmiertelności i pieniędzy, po które tu przybył. To rzeczy trywialne. Pewna wersja fragment legendy mówiła, że Lady Elfów spełniała jedynie te marzenia, które pochodziły prosto z serca. Czy to mogła być prawda?
Enver tak naprawdę najbardziej nie chciał samotności. Przerażało go, gdy myślał o tym, że zostanie sam. Ale czy musiał dojść aż do tego ponurego zamczyska, by to wreszcie pojąć? Musiał zaprzepaścić szansę na zdobycie czegoś nieosiągalnego, by zrozumieć, że w rzeczywistości najbardziej pragnie rzeczy prostej i, w teorii, łatwej do zyskania, rzeczy, którą może posiadać każdy człowiek?
— Tak — wydusił wreszcie przez zesztywniałe usta. — Tak, to jest moje życzenie. Proszę, wróć mi Głos.
— Życzenia stało się zadość — oznajmiła oficjalnie Lady Elfów.
— Głos? — Jego własny głos wprost wibrował z emocji.
Cisza.
— Głos?
Cisza.
Enver popatrzył z wyrzutem na Lady Elfów.
— Oszukałaś mnie, ona mi nie odpowiada!
— Zapytaj jeszcze jeden raz.
Nagle wróciła mu nadzieja.
— Głos?
— Jestem, Enver.
Przez moment bał się spojrzeć za ramię. To nie mogło się dziać, Głos była tylko w jego głowie, nie istniała — ale działo się. Głos stała tuż za nim, w powłóczystej białej sukni, z wyrazem bezbrzeżnego szczęścia i zdumienia na pięknej twarzy okolonej falistymi pasemkami orzechowych włosów.
— Ale... jak? — W głowie buzowało mu od dziesiątek sprzecznych emocji, miriadów pytań.
— Zrobiłeś to, Enver, zrobiłeś... — Załamał jej się głos, z intensywnie szmaragdowych oczu pociekły łzy szczęścia. Uśmiech powlekł jej zaciśnięte wargi. Rzuciła się do Envera i nie zwracając uwagi na zbroję, z całej siły przytuliła się do niego. Miecz ponownie runął na posadzkę. Drżącymi ramionami objął jej wstrząsane szlochem ciało. Sam również nie zdołał powstrzymać łez. — Zrobiłeś to. Nie wierzyłam, że... że poświęcisz swoje sny...
Niespodziewanie olśniło go.
— Nie chciałaś, żebym tu wchodził bo wiedziałaś, że znikniesz... na zawsze, prawda?
— Nie mogłam ci nic powiedzieć — szepnęła, cofając się, tak by mogła mu popatrzeć w oczy. — Przepraszam, że nie wierzyłam w ciebie... przepraszam.
Przyciągnął ją jeszcze raz do siebie, przez długą chwilę napawał się jej szczęściem. Nigdy nie sądził, że w swoim życiu będzie się kiedykolwiek z czegokolwiek tak bardzo cieszyć. Złączeni z sobą w objęciach, nawet nie spostrzegli zbliżającej się Lady Nieśmiertelności.
— Spełniłeś swoje najszczersze marzenie, skrywane tak głęboko w sercu, że dopiero w ostatnim momencie odkryłeś, iż to jego spełnienia najbardziej pragniesz — oświadczyła dystyngowanym, lecz przyjaznym głosem. — Tylko ci, którzy mają czyste serca, odchodzą stąd. Wy je macie i możecie odejść. Nikt nie będzie was niepokoił w drodze powrotnej.
Elfka odwróciła się niespiesznie, ruszyła z powrotem w stronę tronu.
— Dziękuję ci, pani — powiedział Enver przez ściśnięte łzami gardło.
Zatrzymała się na moment.
— Podziękuj sobie. I jej.

_________________
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma chaosu - jest harmonia
Nie ma śmierci - jest Moc


Ostatnio edytowano Śr 21 maja 2008, 19:18 przez Jedi Nadiru Radena, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 56 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
cron
...
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL